POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane tych, którzy odeszli » Jan Stanisław Kiczor » Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2010 r.
Zamknięty przez: Leszek Wlazło
2018-02-18, 20:01
Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2010 r.
Autor Wiadomość
Leszek Wlazło 


Wiek: 64
Dołączył: 18 Paź 2007
Posty: 18822
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2018-02-18, 19:59   Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2010 r.

Dojrzałość.

Kiedy dorośniesz do granic patrzenia,
Spostrzeżesz pustkę w źrenicach niektórych,
Knot wypalony po wielkich płomieniach
I pusty rynek. I zmęczone mury.

Obce ulice z czarnego kamienia,
Rozwarte okna gotowe do krzyku,
Gniew urodzony w dawnych nieistnieniach,
Chwiejne cokoły nieznanych pomników.

I nie ma domu poza zlepkiem świtów
Gdzie się krzątają jeszcze nieumarli,
I pustorogi posążek z granitu
Nad którym zmarniał kwiat araukarii.

Kiedy dorośniesz do własnej niemocy
Spostrzeżesz zimny pozór pocieszenia,
Wszelką wątpliwość zawiń w stary kocyk,
Trwaj pośród ciszy i nic już nie zmieniaj.


Świątecznie

Bo może tylko trzeba serdecznie przytulić
Ogrzać ciepłem dwoistość co zapada w ziemię,
Żółty zebrać ze świtów blask słonecznej kuli
Euterpe posłuchać. Zresztą, sam już nie wiem.

Na rozległych przestrzeniach zapanował spokój,
Adagio brzmi nutami nastrojowej pieśni,
Refleksy gwiazd zgubione w niezwyczajnym mroku,
Obszar cały się ciszą nasycił i przelśnił.

Dziecię z marnej kołyski spogląda wesoło,
Zanurzone w przeznaczeń zapisane karty
Echo gromkiej kolędy powraca ku stołom.
Nieznajomy wtulony w przestrzeń drzwi otwartych.

I tylko nostalgiczna myśl przemknie pod piecem
Ewokacja: dzieciństwo, opłatek i świece.


Pierwszy raz

Nie mogliśmy się sobie wzajemnie nadziwić;
Wszystko pierwsze w igraszkach, dotykach i pąsach
Nieśmiałość zabłąkana w myślach pożądliwych,
Jeszcze walczy z pragnieniem, wstydliwością kąsa.

Niezbadany czas złudzeń, obaw i ufności,
Przytulony wzajemnie do własnego ciepła,
W nierozpoznanej głębi uśmiech już zagościł,
Obszar nocy we własnych zatrzymany piekłach.

W powściągliwości gestów, wśród zauroczenia,
Podążając przez ciało niewyzbyte dreszczy,
Zdumieni urodzajem utkwionym w spełnieniach,
Obejmujemy ciemność, aby trwała jeszcze.

Dojrzeliśmy w zachwycie spełnionego rytu,
Tyle zmierzchów przed nami i krawędzi świtów.


Od początku

Gdy zmierzch do wyznań był już skory,
Zaplataliśmy nasze dni,
Ty cerowałaś mój życiorys
Środkiem mgły.

Wkładałem palce w przeszłe rany
Z niewiary w zwykłą szarość chwil
W uczuciach tkwiłem niepoznanych
Jak bez sił.

Zanika brzeg
I tylko ścieg
Znaczy ślady burz
Nie trzeba wielu zbędnych gestów,
By dojrzeć jedną z wielu zórz.

Zanika brzeg
I tylko ścieg
Znaczy ślady burz
Zmysł upojony trwa przedświtem
Rozleniwionym pośród wzgórz.

W przychylnych cieniach niewidoczni,
Pośród poduszek pełnych snów
Skryjemy myśli, niech odpocznie
Ciężar głów.

Zaszalejemy z tym nastrojem,
Pieszczotą otulając czas,
Biegł będzie taniec przez pokoje,
Chociaż raz.

Zanika brzeg
I tylko ścieg
Jak przebrzmiały ślad
Pod spiętrzeniami codzienności,
Coraz mniej starych, mrocznych fałd.

Zanika brzeg
I tylko ścieg
Jak przebrzmiały ślad
Figowe drzewko znów zielone,
Zdeptanej łące śni się kwiat.


http://www.youtube.com/wa...feature=related
lub
http://www.youtube.com/wa...feature=related


Resztki racjonalności

Czasami krzyczę już z przyzwyczajenia,
Ni to wabieniem, ni aktem rozpaczy.
Kształt wymyślony ukrywa się w cieniach,
Przedmioty nowych nabierają znaczeń.

Wszystko jak zawsze. Pod skorupą rzeczy
Jakaś stęchlizna i starości zamęt.
Fałszywą wrzawą jakbym czemuś przeczył,
Z rozczarowania pisząc swój testament.

Anioł z przydziału odmawia posługi;
Sam się zmieniając – wymienić chcę stróża,
Często na klęczkach tkwię w modłach za długich,
Nierozgrzeszoną listę wciąż wydłużam.

W spoufalaniu pragnień z bezradnością,
Czas swój owijam w bezsensowność życzeń.
Dobranoc mówię przemęczonym kościom,
Lecz tkwię w nadziei i dlatego krzyczę.


Poczekam

Zwilgotniały na wskroś moje oczy.
Lecz czemuż?
Wiatr zagrabił już liście
I w konarach przejrzyściej.
Sad w ponurość się własną otoczył
W milczeniu.

Dziś czekałem na ciebie noc całą,
Już świta.
Mgła zalega na łąkach,
Świerszcz już śpi i nie brzdąka.
Myśl zmęczona, pogięta jak pałąk,
W przesytach.

Nie jest źle, że tak późno, jesienią,
Nie zwlekaj.
Cóż, że świat już w szarugach?
Nam pisana noc długa.
Jarzębina lśni wciąż czerwieniejąc.
Poczekam.


Spacer

Starzejąc się, pochylam. Ziemia jest jak przeszłość
Popękanej ochoty, która legła w cieniach.
Niewyceniona chwila, pusty dom, piec, krzesło
Kpi z martwoty cielesnej w bezruchu istnienia.

Laska stuka donośnie lub do niej ktoś puka.
Odpowiedzią jest cisza i zawodzi echo.
Już żadnych nowych znaczeń nie pragnę, nie szukam,
Brak marzeń o zdarzeniach, które zwą pociechą.

Chłód murów i chodnika napawa wciąż dreszczem,
Z nierozgrzanej ochoty sączy się zwątpienie.
Gdzieś na końcu ulicy otwiera się przestrzeń,
Lecz żadnym nie potrafię nazwać jej imieniem.


Listy

III miejsce w konkursie "Między latem a jesienią" II edycja.

Dom o lecie zapomniał, już wystygł
Wszystkie ściany na jesień są chore,
Pisze długie, za długie wciąż listy,
Kiedy chandra odwiedza wieczorem:

Że się ból jakiś w nodze narodził
Że źle chodzą wskazówki zegara,
Chryzantemy już tylko w ogrodzie,
Że nic nie chcę, o nic się nie staram.

Wiatr unosi gdzieś słowa, bez kartek
Jest nadawca, brak tylko adresu,
Są uczucia, lecz pewnie nic warte,
Nie jest śmiesznie i nie ma szmoncesów.

Takie zwykłe, jesienne gadanie.
Lecz się przecież sens jakiś w tym ziścił.
Z rana do drzwi zapukał posłaniec,
Odpowiedzi wysypał. Garść liści.


Sfrustrowany wieczór

Wiruje w światłach karuzela
Sztuczną czerwienią z ciał przekłutych;
Serial już przestał rozweselać.
Z trudem zdejmuje mokre buty.

Wciąż poszukuję, bez efektów,
Sens życia zawisł na poręczy.
Na tle własnego konterfektu,
Przedwczesnym kacem mrok się zmęczył

Pospieszna randka pod trzepakiem,
Za jeden uśmiech, lub za grosik,
Spadają liście byle jakie,
Nikt na kolację nie zaprosił.

Palcem wykreślam deszcz na szybie,
Skrapla się chłodna wilgoć domu,
Na stole resztki łuski rybiej,
Co miała szczęście przynieść. Komuś.


Tworzenie

Tajemnica tworzenia, tajemnicą trudu.
Tułaczka, tupotanie, to tylko tonacja.
To towarzysz tragiczny trajektorii tekstu.
Tango tajemniczości. Tekstu trepanacja.

Talent, to tylko taki trudu temperament,
To tylko topografia. To tekstu tyczenie.
Triumf tylko tajemny torowiska tekstu.
Tak tylko traktowane, tylko tłumaczenie.


Żadne życie

Życzliwością – żeglowania
Życzy żona żeglarzowi.
Żeby żabę żarł żarłocznie
Żuraw życzy żarłokowi

Żeberkami żyje żebrak,
Żulia żyje żytnióweczką,
Żyrokompas żyłą życia,
Żeglarz żyje żaglóweczką.

Żołnierz żąda żywotności.
Żakinada żyje żywo
Żorżetowy żabot żonie,
Żniwiarzowi żytnie żniwo.

Żurawina - życzliwością
Życzy żucia żołądkowi.
Żwawy żyrant, że żyruje,
Żubróweczkę – żulikowi.

Żołdak żąda – żelaznego
Żywotnika żywopłotu.
Żałobnikom żadne żale,
Żadne życie – żal żabotu.


Było lato

Było słońce i morze,
Był ten drab, o mój Boże,
Co był czułym, troskliwym amantem,
Pieścił uszy wyznaniem:
Z tobą przyszłość, kochanie,
Bo bez ciebie, cóż życie jest warte?

A że czas był uniesień
Skorzystała. Lecz wrzesień
Nastrój zgasił i trosk jej przysparza,
Nowe budzi się życie,
Potajemnie i skrycie;
Nie wiadomo z kim iść do ołtarza.

To co piękne minęło
Podniecenie wygasło,
Wraca list z fałszywego adresu
I telefon wciąż głuchy
Zaginęły gdzieś słuchy,
Tych upojnych, wśród nocy, karesów.

Pozostało wspomnienie
Zamiast blasków są cienie
Jakie lato, tak przyszłość gorąca.
Choć co racja to racja,
Wzrośnie nam populacja.
A ów amant? A pies ci go trącał.


Nic nowego

Nic nam nowego nigdy nie napiszę.
Niewładność nocy, niewładna niewola.
Nostalgia nocne nagrywa nokturny,
Nadziei nutą. Nam, nasza niedola.

Nieubłaganie nadchodzą nowości.
Nowa narasta nisza neotyki.
Na narach niosą nowiutkie nargile,
Na nich nowinki. Nowe narkotyki.

Niebiosa nowych narratorów niosą.
Nieudaczników noc najdzie naskalna,
Nieprzyzwoitych nowych nut nadzieja,
Nietuzinkowa. Nie nazbyt nachalna.


Labirynt

Ktoś podgląda mnie z cienia i nie widzę oczu,
Biegnie cicho, tuż obok, a nie wiem czy boso,
Jak w półśnie, zmysł ze zmysłem, bezczelnie się droczy,
Śpiewy, jakby pokutne, w oddali się niosą.

Każdy krok po granicy myśli, pół oddechu,
Boli gwar, boli cisza i doskwiera pamięć.
Zagubiony w starości bezzębnych uśmiechów,
Czuję taki reumatyzm co wspomnienia łamie.

Jeszcze krok, jeszcze chwila, myśl koło zatoczy,
Powróci postrzępiona, wychudła boleśnie,
Pełna dziwnych omamów, znaków pół proroczych,
I żalu. Nie pamięta, że było coś wcześniej.

Wciąż tak brnę w pustce własnej, w niedopowiedzeniach,
Ktoś obok biegnie cicho, podpatruje z cienia.


Wszystko

Wszystko ktoś już napisał, wszystko ubrał w słowa,
Wydarł ze mnie, co męczy, w noc bezczelnie głuchą,
To, co moje, ktoś wcześniej w swoim wierszu schował,
Zwrotkami czarna północ pokłony śle duchom.

Wszystko kalką wydarzeń, które już za nami,
Już kochał ktoś tak samo, złorzeczył, przeklinał,
W czarowność świat owinął, omamił słowami,
Lub frazą fascynując, wers krótko przycina.

A przecież wciąż to samo co z myśli przejęte,
Rozluźnione gorsety w zbiorach nowych znaczeń,
Wiwisekcja wnętrzności spod skorupy śniętej,
Istnienia wciąż te same, nazwane inaczej.

Gdy niemodne, co z pięknem wiązało moc ducha,
Może lepiej zamilknąć i innych posłuchać?.


Dopóki jest nadzieja…

Między zgiełkiem a ciszą przestrzeni niewiele
Z wolna kropla za kroplą w obieg krwi się wciska
Nie ma letnich zapachów korytarzy zieleń,
Świat jakby w mniej nachalnych jawi się przebłyskach.

Markerem oznaczone gwiazdozbiory ciała,
Dźwięk cicho szeleszczący, jakby utkwił w mantrach,
I postać w ułożonej pozie skamieniała,
Beznamiętne spojrzenie znad Głowicy Gantra.

Wyczekanie samotne od świtu do świtu,
Wyrokiem brzmią wokoło przyciszone głosy,
Nadzieję czas przynosi z pamięci błękitów,
Że tę głowę czas jeszcze ubierze we włosy.

Parę drzwi i korytarz, przestrzeni niewiele,
Inny świat, inne życie, bez zapachu zieleń.


W drodze

Nie wiem co jest naprawdę z drugiej strony oczu
I czy trzeba oślepnąć by zobaczyć więcej,
Świat się zwęża ku nocy jakby właśnie poczuł,
Zapadanie w martwotę swoich własnych chęci.

Choć kaleki, a idę, ledwie szepcząc z cicha,
Wszystko widzę, choć drogę wymacam kosturem,
W czerń słońca bez zmrużenia, patrzę, wciąż oddycham,
Wygrzebuję z pamięci myśli poniektóre.

W tak zawiłej czułości, która się nie ziści,
Rozmodleniem wzdłuż biegną nieznane pacierze,
Świat w moim niewidzeniu fasady oczyścił,
A ziemia spochmurniała od nadmiaru wierzeń.

Idę własną zielenią, na przekór i w poprzek,
Nienazwane nazywam, co krok to przybytek,
Czasem noga niemrawo o krawędź się otrze,
Rozpadliny, jak groby nigdy nie zakryte.


Spotkania

Przy moim stole często siadają pospołu
Ci, których poznawałem przez minione lata,
Zwykli, przeciętni ludzie, niegodni cokołów,
Których czas się osiedlił w zielonych zaświatach

Los ich splótł z moim losem życiową podnietę,
Znajomi, przyjaciele, poznani przed laty,
Lub ten żebrak, co śpiewał ochrypłym falsetem,
Zanim przeszedł w krainę, tak jak on, garbatych,

Te same opowieści, w których cisza ziewa,
Zatroskane pytania, jak dziś mi się wiedzie,
Czasem milknę skupiony, bo przecież polewam.
Pijemy powolutku, przegryzając śledziem.

Coraz gości przybywa i ciaśniej przy stole,
Powitania, wspomnienia o chwilach za krótkich,
Jakiś skurcz się pojawia, zapomniany kolec,
I tylko coraz więcej trzeba wypić wódki.


A kiedy przyjdzie...

A kiedy przyjdzie taki świt,
Że mnie rozbolą kości wszystkie,
Chryzantemami będę kwitł,
Później opadnę - zwiędłym liściem.

A kiedy przyjdzie taki dzień,
Że się w pochmurność własną wtoczę,
Zakryje mnie mój własny cień,
Czas mnie otuli snu pomroczem.

A kiedy przyjdzie taka noc,
W bezwyobraźnię zanurzona,
Wystrzeli we mnie tysiąc proc,
Kamienowany, będę konał.


Samotność

Przestrzeń się określiła niewidzialną ścianą,
W rogu pająk leniwie wyplata nadzieję,
Znany dźwięk, co już ucichł, załopotał bramą,
Ktoś tam płacze, pogada, to znów się zaśmieje.

Wszystko pełne omamów, złudzeń i przesłyszeń,
Niecierpliwy tłum goni szukając namiastek,
Ciągle chmurne nokturny stukają klawisze,
I ciała nie rozgrzewa naklejony plaster.

Słuch uchwycił krok szybki, dudniący po schodach,
Zastygł pająk w milczeniu, dzwonek pierś wystawił,
Gdzieś się w kącie ocknęła tęsknota niemłoda,
Hałas zanikł, znów cisza ze słuchem się bawi.

Stół nakryty obrusem, z haftem wyczekiwań,
Dopieszczany dotykiem pomarszczonej dłoni,
Wgryza się w przepaść czasu wskazówka leniwa,
Świeca z wolna dogasa. Późno. Nikt nie dzwonił.


Nasz bieg

Czasem jesteśmy tylko chwilą nudy,
Fantasmagorią własnych wyobrażeń,
Odbitym światłem z krainy ułudy,
Kłującym ziarnem ukrywanych marzeń.

Wiatr nas przewiewa na wylot, boleśnie,
Świat wciąż gdzieś gubi i nie chce odnaleźć,
To, co się zdarza, zdarzyło się wcześniej,
Chociaż stoimy, coś pędzi w nas dalej.

Żywi, bezwolni, szeregowe kukły,
O niewidzących i chłodnych spojrzeniach,
W których czas dziwną obcość uwypuklił
I zapomnienie własnego imienia.

Jakaś się szarość w umyśle zaplotła,
Ducha ponurym stając się nadzieniem,
Wszystko zmieszane wrze w diabelskich kotłach,
Sypią przyprawy – nasze własne cienie.


Prośba

Gdy będziesz chciała odejść, nie mów ani słowa,
Po cóż tym, co się zdarzy, teraz mam się smucić?
Dziś jestem gotów udział w miłosnych wziąć łowach,
Spójrz, właśnie odnalazłem na schodach twój bucik.

Jeśli przyszłość jest smutna, nie dam gusłom wiary,
Nie poznam przepowiedni przed jej wypełnieniem,
Bo wiem, że gdy radości braknie murom starym,
Pokojem, korytarzem, przywędrują cienie.

Daj mi słowo, że kiedy doczekasz już mroku,
Zerwie się sieć pleciona z rozkoszy i blasków,
Nie rozlegnie się w ciszy odgłos twoich kroków,
I nigdy nie usłyszę drzwi wyjściowych trzasku.

Ja wtedy nieświadomy, marzył będę czule
Że za chwile powrócisz pełna niedosytów,
I będę oczekiwał pieszczot i przytuleń,
Tu na ziemi. A może w obszarach błękitu.


Ad deliberandum

Świat się zagmatwał, pogubił i zmienił,
Niemy głuchemu kanony tłumaczy,
Ślepiec wykłada teorię półcieni,
W dzieżach dojrzewa złej teorii zaczyn.

Szczere uśmiechy wsparte na zawiasach,
Głęboko skryte, co budzi nas w lękach
Po cmentarzysku dzisiaj sen zły hasał,
Tu sztuczne oko, obok sztuczna szczęka.

Wierzchni optymizm pozorami kłamie.
Czubkiem języka płyną słowa obłe,
Przez uszy wieje nędznych treści zamieć,
Podstemplowana poprawności godłem.

W supermarketach raj pod sufit sięga
Blichtrem, ułudą, wytyczona trasa,
Promocja uczuć w reklamowych wstęgach
Zapłata kartą, bez kolejki, w kasach.


Ad deliberandum (łac.) - do przemyślenia


Pierwsza randka

Wieczór rosą nawilżał krzew różanecznika,
Cichym lotem szybował półcień nietoperza,
W ogarniającej czerni krajobraz zanikał,
Gdym tobie, w przytuleniu, tajemnice zwierzał.

Powojnik się konturem na tle nieba znaczył,
Na tyczkach rozciągnięty w wędrówce ku górze,
A ja w jakiejś radości czy może rozpaczy,
Pragnąłem, by ten wieczór zatrzymać na dłużej.

Uchwycić wilgoć rosy, twoje chłodne dłonie,
Słowa, co między nami popłynęły zmrokiem,
Czarowność zaplątaną w podnietę urojeń
I ciebie w tej poświacie, która szła od okien.


Zaproszenie

Nie bój się nocy w altanie,
Po znoju drzemie już rżysko,
Piękniejsza rankiem powstaniesz
Nad wszystko.

Zmierzch się pogubił w półcieniach,
Że patrząc można nie widzieć,
Piękniej jest przeżyć wyśnienia
W bezwstydzie.

Coś się za drżeniem rąk kryje,
Zuchwałość dreszczem przenika,
I trwa, wśród ciszy niczyjej,
W półkrzykach.

Słów żadnych tutaj nie trzeba,
Po cóż ułudy czas płoszyć,
Zazdrości wiatr skryty w drzewach,
Rozkoszy.

A kiedy zapach powoju
Ocuci zmysły nad ranem,
Bez żadnych śpij niepokojów,
Zostanę.


Dla Ciebie

Śpij słodko. Ranne tańczą na twym licu dreszcze,
Pieszczotą przenikając sen w błogiej amnezji,
W zapachu się rozwija wilgoć chłodna jeszcze,
Kroplami ozdabiając bukiet świeżych frezji.

Zakochany w oddechu spokojnym i sennym,
Podświadomie utkwionym w głębinie rozkoszy,
W zapach kwiatów ubiorę czas ten niecodzienny,
I tej ciszy uśpionej będę miłość głosił.

W pieszczotę cię owinę i w myśli swawolne,
W uczucia tak oplotę jak pęd winorośli,
W zapachy które niosą wszystkie kwiaty polne,
Na łące którą śniłaś w całej zieloności.

Obudzisz się od blasku, gdy promieniem złotym,
Figlarnie twarz zabawi i skusi powieki,
Pierzchną senne rojenia podniebnym odlotem,
Utrwalą się pejzaże ze snu łąk dalekich.

Zostaną barwne frezje w wysmukłym flakonie,
W aromacie przedwiośnia słonecznie ciekawym,
A w kolor który z kwiatów tęczą się wyłoni,
Ustroję filiżankę twojej rannej kawy.

Jeszcze szeptem, co ciszy poranka nie dotknie,
Mnóstwo życzeń wymyślnych pod poduszką zmieszczę
I w szczerości myśl żadna w słowach się nie potknie,
Śpij kochana. Śpij smacznie. Poranek trwa jeszcze.


Tajemniczość

W nadrealności osadzona
Wśród struktur pełnych niedomówień,
Porozwieszanych na ramionach,
Przez które dreszczy płynie strumień.

W głąb wizji twoich światów sięgam,
Śledząc dziwadła i omamy,
Czasem mnie przeczuć wiedzie wstęga,
Czasem trop widzę rozpoznany.

Gdzieś się zapętla czasoprzestrzeń,
Ginie coś w ziemi, coś na niebie,
Zapach rozpływa się na wietrze,
I czy zrozumiem, sam już nie wiem.

Wciąż jawisz mi się form kaskadą,
Metafizycznym wprost zaklęciem,
Na przekór dobrym i złym radom,
Zgłębiam. I czekam. I nic więcej.


Wlazł kotek na płotek

W hołdzie Leśmianowi

Kot, co się był szczeliną wśród sztachet przeciskał,
Zrozpaczonych niemocą wobec tej swawoli,
Wskoczywszy na szczyt płotu mruczał i pchły iskał,
W omszałych służbą deskach nie czując niedoli.

W oddal ślepia kierował po żerdziach omszałych,
Zuchwale zglądał w czarno ułożone w smugi,
Bezkresem jawił mu się własny bezcień cały,
W pokrzywowych zieleniach mroczył się i gubił.

Niesyt samej zabawy, w kociej samotności,
Rozciągnięty w swą długość, strosząc grzbiet do słońca,
Wyśni własną bezczynność w pląsach zieloności,
Wąsiska strosząc jakby trzymał straż bez końca.


Senne widma

Nie potrzeba zbyt wiele, by ruszyć na żer,
Zadyszanym szeregiem nocnych kościotrupów,
Ktoś trzyma jeszcze wiosła lecz złamał się ster,
Rwą się szaty na strzępy przy podziale łupu.

Lepiej zamknąć się w sobie, bo straszna to rzecz,
Gdy zmysły przytępione nie słuchają pieśni,
W oczodołach rozbłysnął wykopany miecz,
Jakaś przyszłość się rodzi o której nikt nie śnił.

Przewrócone ulice, potępiony gmach,
Nie wiozą dostojeństwa puste karawany,
Jednym radość bezzębna, innym tylko strach,
Roztańczyły się mary na placu pijanym.

Brak jest słowa gdy usta wydalają zgrzyt
Rozzuchwala demony zmęczenie rozumu,
Nikt nie wie kiedy znowu może nadejść świt,
I czy go zauważy szalona czerń tłumów.


Aleam emis

Gdzieś uwikłane czyny i myśli,
Świat się rozszalał na wstecznym biegu,
I nic nowego już nikt nie wyśnił,
Gęstnieje zamęt pośród szeregów.

Kolejno odlicz – nikt nie zobaczy,
O marsz potyka się nadmiar kroków,
W łoskocie werbli brak jakichś znaczeń,
Chmurą pokryty horyzont wzroku.

Myśl zasklepiona trwa w formalinie,
Te same słowa a zmienne treści,
Gdy nie ma winnych, brak jest przewinień,
Jedyną prawdę afisz obwieścił.

Ktoś się okrzyknął zbawcą i królem,
Innym już zmyślne szykują pęta,
Nadwyżką liter piszą w tytule,
A treści przecież nikt nie spamiętał.

Mętność ułudy kryją kobierce
W nowe zastępy wciąż wabi blagier,
Bezmyślnie staje ślepiec za ślepcem
Aby nie ujrzeć, że król jest nagi.


Tajemniczość

W nadrealności osadzona
Wśród struktur pełnych niedomówień,
Porozwieszanych na ramionach,
Przez które dreszczy płynie strumień.

W głąb wizji twoich światów sięgam,
Śledząc dziwadła i omamy,
Czasem mnie przeczuć wiedzie wstęga,
Czasem trop widzę rozpoznany.

Gdzieś się zapętla czasoprzestrzeń,
Ginie coś w ziemi, coś na niebie,
Zapach rozpływa się na wietrze,
I czy zrozumiem, sam już nie wiem.

Wciąż jawisz mi się form kaskadą,
Metafizycznym wprost zaklęciem,
Na przekór dobrym i złym radom,
Zgłębiam. I czekam. I nic więcej.


Mane, tekel, fares

Nie pukaj do mnie zmierzchem, świtem,
Pukanie zawsze budzi lęk,
Zbieram uczynki źle uszyte,
Zza ściany martwy biegnie dźwięk.

Nie ma pająka ani chrząszcza,
Sczerniał firanki marnej splot,
Myśl pogubiła się gdzieś w gąszczach,
Za oknem stary, krzywy płot.

Nie pukaj proszę, żadnych pytań,
Upokorzenia trzymam kosz,
Łapami chciwie wagę chwytam,
Lecz kto dorzuci „wdowi grosz”?

Jest jak być miało, złowił duszę
Ten co się w ranny wgryzał świt,
Zostało ciało bez poruszeń.
Nie pukaj, proszę, do tych drzwi.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane tych, którzy odeszli » Jan Stanisław Kiczor » Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2010 r.


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo