POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane tych, którzy odeszli » Jan Stanisław Kiczor » Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2012 r.
Zamknięty przez: Leszek Wlazło
2018-02-18, 20:02
Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2012 r.
Autor Wiadomość
Leszek Wlazło 


Wiek: 64
Dołączył: 18 Paź 2007
Posty: 18822
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2018-02-18, 20:02   Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2012 r.

Noworoczna pragmatyka

Wszystkim, jakieś nadzieje, darmo umysł mącą,
Wymagając od losu korzystnych wyroków,
Logikę powierzają nieznanym manowcom,
Plącząc się w złudną miarę szczęścia – w Nowym Roku.

Płyną zatem życzenia, od Gdańska do Chiwy,
Co komu na myśl przyjdzie, co wymyślił właśnie,
I wszyscy grają role wielce przeszczęśliwych
I każdemu jest dobrze, a wokoło jaśniej:

Chromemu by nie kulał, ślepemu by widział,
Daltoniście, by lepiej dobierał kolory,
Bezdzietnemu, by dobrze chowała się dzidzia,
Niektórym, by poznali, co znaczy aprioryzm.

Więc już nowych nie będę rozpoczynał wątków,
Pozwolę sobie życzyć: Zdrowego rozsądku.


Byłem w mieście

Świat marznie coraz bardziej; potężnieją sople,
Zwisając z wyziębionych i zamarłych źrenic
I widziałem człowieka z pękniętym monoklem
Ciągnącego dobytek – wóz pełen kamieni.

Litość brzmi jak szyderstwo, nie grzeje współczucie,
Bramami się przemyka frustrat i anemik
Na rogu szczerzy zęby dostarczyciel uciech,
Po chropawych chodnikach stale węszą hieny.

A ktoś czuł się radośnie, jakby na wakacjach;
Kolorowe neony, reklamy na sklepie
I z podniebnych głośników płynąca oracja:
Jest nieźle, lecz niebawem, będzie jeszcze lepiej.

Elewacje na połysk, w bok – zamknięta furtka;
Dobrobyt lśni w alejach, reszta – na podwórkach.


Na Boże Narodzenie

To nie jest niemożliwe, by dostrzec anioły
I gwiazdę która dla nas wyłącznie jaśnieje,
Trzeba tylko wyjść z kręgu rozbawień chocholich;
Łatwiej wtedy odnaleźć zgubione Betlejem.

Wszystko lepiej się słyszy w ciszy białej drogi,
Kolęda w choinkową przenika poświatę,
I nie warto rozważać znaczeń aksjologii:
Cisza święta, noc święta i śnieg – jak opłatek.

Można jeszcze w tę radość zagłębić się bardziej,
Znajdując przynależność świątecznego stołu,
Gdzie treść życzeń najszczerszych, zrozumiesz i znajdziesz;
A kolędy dźwięk płynie z pobliskich kościołów.

I dziecię błogosławi i czas jakby stanął:
Dzwoni ktoś nieznajomy. Ty wiesz, że to anioł.


Moja wola

Wszystkich, którzy na to liczą,
Powiadamiam w grzecznej formie,
Że ni grosza (mogę przysiąc),
Nie dostaną w spadku po mnie.

Nikt mnie centem nie obdarzył
Zobowiązań nie mam żadnych,
Więc plon wielu kalendarzy,
Zbierze sąsiad – kościół farny.

Tych, którym nadzieje prysły;
(Nie chcą się pogodzić wcale),
Nie pocieszę – lecz z rozmysłem,
Wskażę swój środkowy palec.

Pozostałych proszę tkliwie;
Gdy już będę gdzieś tam hasał,
Niechaj wspomną mnie przy piwie.
Do konduktu – nie zapraszam.


List do pani J.

Przeczytałem już wszystko od ciebie,
Zabłądziłem w twój sen na odludziu.
Treść odbieram. Lecz jak? Tego nie wiem.
A listonosz mnie nie mógł dobudzić.

Jeszcze słyszę Arioso dolente,
Wnikające w podskórną część bólu
I w przestrzeni dla innych zamkniętej,
Szukam twoich znajomych konturów.

Późny wieczór. I pną się zdarzenia,
Dzikim chmielem podchodzą pod okno,
Moja część - jedna tkwi w zapomnieniach,
W drugiej jeszcze coś mogę osiągnąć.

Piszę długo, więc w drobnych szczegółach
Myśl zatracam i grę wielu znaczeń,
Ale chciałbym choć słowem otulać.
Nie potrafię, nie mogę inaczej.


Nic nie jest takie, jakim się wydaje

Kiedy wyrzucę z siebie wszystko, co bolesne,
Zostanie taka lekkość, że będę zmuszony
Zakotwiczyć przed wzlotem w nienazwaną przestrzeń
I posturę przed nagłym powiewem osłonić.

Biorę wagę, a na nią, na jedną z jej szalek
(Choć ukryta nostalgia z rozsądkiem się kłóci)
Ciskam wszystkie zgnębienia - pospiesznie, niedbale,
Byle tylko z pamięci - zapomnieć, wyrzucić.

A na drugiej łąk kilka i resztę beztroski,
Trochę cienia w ogrodzie, kilka drobnych marzeń
Z rozrywek układany codzienny jadłospis,
Nic ponadto, co mógłbym nazwać nadbagażem.

Upojony grą świateł, będę nektar sączył,
Wzorem łątki migocząc w kolorowych przedsnach,
Aż się szala wywróci i ujrzę wnętrzności,
By zrozumieć, że lekkość też bywa bolesna.


Kariera

Na cóż ci taka miłość na skraju polany,
Gdzie kurierem jest tylko szeleszczący strumień,
I dom ma twarde ławy z bali ociosanych,
Coca-Coli zaś źródło - udawać nie umie.

Odeszłaś w świat wyśniony, czerwone dywany
Pod które zamieciono porażki, zwątpienia,
A całej jarmarczności otwierane kramy
Oświetlają plan pierwszy, lecz grzebią w półcieniach.

Bezsenności brak uczuć, ale trwa zabawa
W przylepianie uśmiechów, nieszczere całusy,
Wywiad fałszem się przemknie po bolesnych sprawach,
Że coś chcesz, a nie możesz, że nie chcesz, a musisz.

Wtedy pomyśl o cichej, śródleśnej polanie:
Czysty strumień, dom ciepły, a w nim – mnie zastaniesz.


Ulica Uznamska

(Andrzejowi Umińskiemu)

Na Ulicy Uznamskiej (choćby pod dwudziestym),
Rosną brzozy płaczące, świerk i kilka sosen,
A co rano kot w futrze (zdaje się niebieskim),
Wizytuje swój teren, liżąc zimną rosę.

Sroki jazgot podnoszą wśród świerkowych igieł
O błysk wiszącej kropli, o refleks promienia,
Porannymi dźwiękami napełnia się tygiel;
Pająk sieci haftuje w kamiennych podcieniach.

Czasem może usłyszysz, jak na strunach liry,
Gra bogini skrzydlata i obłoczno-mgielna,
Wśród zapachów konwalii, maciejki i mirry,
Przez poświatę płynącą w księżycowych pełniach.

Można rzec, że świat w kruchą wciela się świetlistość,
Kreśląc barwne kontury na ostrych półplanach
I tylko na tarasie normalnieje wszystko;
Są napoje, zakąski. Jest piwo - jest piana.


Ty mnie z marzeń wyzwalaj

Przechadzasz się po mojej wiotkiej wyobraźni,
Lub siadając na ławce ukrywanych marzeń,
Dopieszczasz krajobrazy którymi ktoś wzgardził,
Na myślach rozwieszając kolejny obrazek.

Czyś świadoma, że mogę zagarnąć cię całą
W mroczność ze snów zbudzoną, której nikt nie strzeże,
Gdzie demony rozmyślną wykazując dbałość,
Wśród igraszek nie liczą na łaskę rozgrzeszeń?

Zawieszony pomiędzy żądzą i spełnieniem
Przeniknę wszystko twoje z poczuciem bezwstydu
I tylko różanecznik skromne rzuci cienie.
Trawa lekko się podda, chroniąc od niewygód.

A gdy już przepłyniemy nasz wspólny Rubikon,
Zostań ze mną na zawsze. Nie wracaj donikąd.


Śpiew ma się ku końcowi

A gdy się zamkną widnokręgi,
Spłynie zasłoną mrok pogodny;
Pustka przytuli się do ręki
I będzie tylko nieco chłodniej.

Może usłyszę pieśń łaskawą,
Zapach jaśminu wniknie we mnie,
Pożegna w biegu mały chrabąszcz
I będę mógł spokojnie ciemnieć.

Jeszcze coś brzoza wyszeleści,
Nutą rozgrzeszeń zabrzmią dzwony,
Biel skamieniała szlak nakreśli
I znajdę przystań - utrudzonych.


To be or not to be

Gdybym się nie urodził,
to żyłbym bezproblemowo.
Zresztą, komuż to szkodzi
że często to i owo
wciąż chodzi mi po głowie.
Co chodzi? Nie powiem.

Czasem się nie oszczędzam,
zakupy robię i sprzątam
lub patrzę jak wije się przędza
pajęcza – po kątach.
Zostawię. Nie jestem w stanie
rujnować czyjeś mieszkanie.

Od dawna mnie frapuje
trud, znój - nie mój, lecz innych.
Słuchając empetrójek
wcale nie czuję się winny.
I cenię ludzki wysiłek;
z ich strony to bardzo miłe.

Też mam swoje kłopoty;
chciałem z dziewczyną na wieczór,
a ona: - ty tylko o tym –
jakbym, cholera, coś przeczuł.
Dlatego jest w odwodzie
Lucynka – zresztą, jak co dzień.

Siedzę w ogródku, z godzinę,
pachnie bzem i fiołkami,
chwilami rozmarynem.
Ładnie – tak między nami.
Więc siedzę sobie przy piwie,
i pijąc ciągle się dziwię.

To zdziwienie właśnie dlatego,
bo napisał gdzieś, jakiś „łotrzyk”
że pewność jest cechą głupiego,
A dziwią się wciąż – ludzie mądrzy.


Paralaksa o poranku w mieście

Są dni bez znieczulenia. Bolą coraz szybciej,
gdy zleżałe podkłady odbijają głucho
mijających mnie ludzi. A pospieszne cienie
jakby chciały rozpoznać zagłębienia rany.

W chłodzie mgła się rozsnuwa, nieporadne słońce
chce przystanąć tuż obok. Jeden krok ode mnie.
Przyglądamy się sobie, lecz bez zrozumienia;
Gdy chcę zebrać część ciepła, jest pełne wilgoci.

Mógłbym chociaż oswoić celowość wędrówki,
ale szum się podnosi, gdy tuż przy zakręcie,
różańce samochodów nie całkiem nabożnie,
usiłują na skróty odmawiać zdrowaśki.

Zagnieżdżony sam w sobie, znajduję oparcie
w uniformach niechęci, śmiesznej bezradności.
Wśród gestów wyuczonych zaciska się przestrzeń
i zmusza do bezruchu. Światło wciąż czerwone.


Praetermisi, non amisi*

Nie ma potrzeby odtwarzać procesji
Dźwigając ciężar o wymiarach krzyża,
Gdy gaj oliwny jeszcze się nie prześnił,
A przepowiednie błądzą w syneklizach.

Dźwięczą srebrniki w wytartych kieszeniach
Zmierzchem się kontur każdej zdrady zatrze,
Pocałunkami można się wymieniać,
Albo wystarczy trzykrotnie się zaprzeć.

Lecz można usiąść na trzydniowym grobie
Gdzie leżą słowa tak ciężkie jak kamień,
Znaleźć wśród pytań tę jedną odpowiedź,
Ukrzyżowaną przez własną niepamięć.

Na tkance światła – obojętnej, martwej,
Nie szukaj kluczy – twoje drzwi otwarte.


*) przeszedłem obok, ale nie pominąłem


Nocne widowisko

Widziałem nocą takie mary senne
Tańczące rumbę po krawędziach zdarzeń,
Że płomień zastygł w pozycji półciemnej
A świec nie chciały przyjmować lichtarze.

Powiało chłodem z bezdennych czeluści,
W kącie się jakiś oczodół zaświecił
I szkielet błysnął, lecz całkiem goluśki;
Strwożony pająk we własne wpadł sieci.

Poprzez kotary przebiegało drżenie
I drzwi otwarte skrzypiały w zawiasach,
Po korytarzu snuł się cień za cieniem,
A jeden nawet jakby mnie zapraszał.

Umysł już zaczął poddawać się matniom,
Wtem, dzięki Bogu – naprawili światło.


Wyznanie

Nie zgadniesz, nie rozpoznasz – ile moich wcieleń
Miota się nieporadnie wśród twoich uśmiechów,
A marząc o całości - spełniam niezbyt wiele,
I marznę na krawędziach nocnego oddechu.

Spoufalam się z tobą w rozmarzeniach sennych,
Pierś do piersi przyciskam, półszeptami judzę,
Bezwstydnie karmię ciało grzechem niecodziennym,
Zanurzając się w rozkosz wyśnionych utrudzeń.

Czuję zamęt idący przez ciągłe pokusy,
Ciemność brzegu trawioną przez ofiarny ogień
I w mglistych formach tyle ukształtuję wzruszeń,
Że z nimi coraz trudniej, a bez nich nie mogę.


Koniec uprzejmości

Krowa - cierpliwie ludzkich - słuchała narzekań,
Że zbyt mało codziennie dostarcza im mleka.
Wreszcie, nie wytrzymawszy docinków i prztyczków;
Jak mordy nie otworzy: Won, od moich cycków!!!


Przebudzenie

Ledwo pierwsze przedświty zajrzały ciekawie
Za parawan forsycji rozpiętej przed domem,
A już w blasku wschodzącym wykąpał się kamień
Zrzucając krople rosy na mchy przebudzone.

Rozćwierkały się wróble witając dzień boży,
Listki z wolna rozwija cierpliwy niecierpek,
Wygodnie pędy w kątku cienistym ułożył
I marzy o spokoju, by zapaść w półdrzemkę.

Na pokrzywie biedronka liczy własne wdzięki,
Na poły nieubrana, naga jeszcze, bosa,
A w pradolinie łąki, wśród koniczyn miękkich
Trzmiel zaczyna gromadzić swój miłosny posag.

Wszystko w pląsach przenika światłami i cieniem
Wrastam cicho w ten bezmiar i sam się zielenię.


Transcendencja

A gdzie mi tam do szczęścia i jak mam go szukać,
Zawieszony na strzępach kraciastej koszuli,
Przechodziła tuż obok całkiem niezła „sztuka”,
Lecz tylko się wzdrygnęła, gdy chciałem przytulić.

Zapisałem się w strofy, całkiem przez przypadek,
(Nieczytelnych powodów nie pomnę genezy),
I tak wlazłem prawdziwej poezji w paradę,
Zakopując myśl w wersach urojonych przeżyć.

Wśród zgrzebnej wyobraźni tlą się rozmarzenia,
Może chciałbym, czy mógłbym – nie znajduję siły,
Jakaś część się ukryła w barwnych światłocieniach,
A reszta tylko żerem dla psów zbyt leniwych.

I tylko smutno czasem, gdy wzruszeniem ramion
Skwitowany błysk w oczach. A one nie kłamią.


Kocie rozterki

Ech, życie... kot pomyślał, "marcując" na dachu -
Coraz mniej przyjemności, coraz więcej strachu.
Jakże tu się zakochać, gdy świadomość boli,
Że tak łatwo z tej blachy można się sp.....lić.


Tłumacząc Jesienina

Lilianie


A widzisz, ile można znaleźć nowych znaczeń
W miękkodźwięcznej przestrzeni rzuconego słowa,
Które, grając tak samo, zawsze brzmi inaczej
Lub w pięciolinii sensów chce się podle schować.

Czasem wers niepokorny nie chce takiej pieśni
Biegnącej w szelest mowy i zmienność akcentów,
Jakby bez przekonania, że można dopieścić
I odziać w temperament – bez temperamentu.

Bawisz głosem bezdźwięcznym rozbrykane strofy,
Wiodąc na wierzch starannie ukryte podteksty,
Znalezionych obrazów oglądasz mikrofilm,
Z którego się wyłania moc różnych perspektyw.

A gdy kształt myśl właściwą znajdzie i ubierze;
Wiersz popłynie gawędą lub zabrzmi pacierzem.


Zakończenie

Umieram nie dlatego, że przyszedł czas na mnie
Który światła pogasi i oczy zachmurzy,
Lecz że jakąś niechęcią własne ciało karmię,
W beznadziei trzymając umysł coraz dłużej.

Nic nie bawi znaczeniem, czy przebiegłą treścią,
W retardacjach się gubię, w półsłówkach zatracam,
Nie potrafię podołać najprostszym zajęciom,
Ciało już nieposłuszne, a rozum zdziwaczał.

Poczernione kontury niosą mroki wspomnień,
Tylko szepty wokoło i nie wiem co znaczą,
Jakby jakąś wiadomość szeleściły o mnie,
Narastając w ton gniewu lub zwyczajnie płacząc.

I wszystko na minusie w księgach buchaltera;
Czas ogłosić upadłość i pora się zbierać.


Miasto - tryptyk

I.


Wszystko było zwyczajne.

Na Kadzielni lazurowa woda
odbijała promienie
wchłaniając nas w pamięć
która nie dostała szansy
aby przetrwać.

W MPiK-u Rafał czytał
swoje nowe wiersze
ja zaś stawiałem mu herbatę
bez słowa o tym,
że nie rozumiem.

Na Sienkiewicza spotykali się wszyscy
których dziś nawet
bym nie poznał.
Ale siadam czasem na ławce.
Czekam.
Nikt się nie zatrzymuje.
Też jestem
nierozpoznawalny.

Mimo to, wszyscy,
wciąż obok siebie.

W murach,
zaułkach Paderewskiego (dawna Buczka),
czy przy stoliku w "Sołtykach"
przy Rynku.
Jesteśmy,
choć wcale o tym nie wiemy.


II.


Pocałunki rozpoczęte gdzieś,
przy Toporowskiego,
biegły z nami do Rynku.
Ku zdziwieniu jednych
i obojętności innych.

Jechały z nami
autobusem
na Legionów (d. Marchlewskiego)

Czasem mówił ktoś o bezwstydzie
(z zazdrości)
lub o jurnej młodzieży
- z bezsiły.

I nie było deszczowych dni.

Za ekspresję spełniania
przyznawaliśmy sobie Oskary
nago
na czerwonym dywanie.


III.


Wystarczyło przejść
Bodzentyńską (d. Armii Czerwonej)
i tuż za kościołem
szło się na "pielęgniary".

Zapamiętałem zdumienie
pięknem przechodzącym
w piękno.
I wszystko na miarę swojej
codzienności
było cudowne.

pierzchliwe uśmiechy,
jawiły się chwilą
przelotu barwnego ptaka,
niekontrolowanego oddechu.

Później Rafał pisał
jeszcze dłuższe wiersze,
a mnie nie smakowała
herbata.


W uścisku

Podaj rękę. Powróżyć ci pragnę.
Wszyscy tylko szepczą po kryjomu;
Brak jest wieści naprawdę przydatnej,
I na życie jaśniejszych symptomów.

Czas już zerwać zbyt ciężkie zasłony,
Poznać prawdę, choć marna, chropawa,
Na nic zda się nam teatr pantomim,
Kiedy w słowie jest zbiór niedomagań.

Podaj rękę. I stań tuż przed progiem;
W liniach życia zakwitły równiny,
Nieba dostrzec, niestety nie mogę,
Ale jeszcze je kiedyś wyśnimy.

Przyszłość mizdrzy się bladoszkarłatnie
Linia szczęścia wykręca zawile
Przed zmówieniem modlitwy ostatniej,
Będzie tylko wciąż cieplej i milej.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane tych, którzy odeszli » Jan Stanisław Kiczor » Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2012 r.


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo