POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Odpowiedz do tematu POSTscriptum Strona Główna » PISANE WIERSZEM » Bajki » Bebec
Bebec
Autor Wiadomość
ajs 
Andrzej Szaflicki


Wiek: 69
Dołączył: 11 Sty 2009
Posty: 642
Skąd: Ostrów Mazowiecka
Wysłany: 2009-04-07, 22:16   Bebec

Kiedy szperam w mej pamięci,
gdy się w czas dzieciństwa cofam,
napotykam pewną postać
godną uwiecznienia w strofach.

*

Tuż, niemalże po sąsiedzku,
po przeciwnej stronie drogi,
wiódł swój żywot od pokoleń
Piekarczyków ród ubogi.

Z tej rodziny się wywodził
kumpel mój, imieniem Darek.
Czym zasłużył na mą pamięć?
Właśnie o tym zwrotek parę.

Choć jak każdy obywatel
nosił imię i nazwisko,
był potocznie Bebcem zwany
przez lokalne środowisko.

Oto jak pseudonim nabył.
Kiedyś w domu Piekarczyków
przyszedł czas na wielki remont.
Wśród malarskich pojemników,

płacht tapety kolorowej,
pędzli, szpachli i rupieci,
mały Darek się pałętał –
jak to zwykle robią dzieci,

lecz dopadła go znienacka
chęć na prace kosmetyczne:
zaczął czyścić zachlapane
farbą gniazdko elektryczne.

Skrobał je czymś metalowym
(gwoździem?... drutem?... – bez znaczenia)
w końcu trafił w dziurkę gniazdka –
skutek był do przewidzenia.

Prąd go nieźle poczęstował,
i aż cisnął nim o glebę –
leżał więc pod ścianą Darek,
wniebogłosy wrzeszcząc: bee!...bee!...

Wiele potem zim minęło
i niejedna przeszła wiosna,
lecz po owym incydencie
po wsze czasy Bebcem został.

Domek Darka był niewielki,
sporo zaś w nim żyło luda,
przeto na przeszklonym ganku
(zwał go daczą na Bermudach)

od wiosennych dni po jesień
mój kolega rezydował –
tam posilał się i sypiał,
tam też gości swych przyjmował.

Przyznać trzeba tu, że często,
nim się jeszcze Darek zbudził,
już pod płotem ktoś wystawał –
cóż – nikt z Bebcem się nie nudził.

Moją letnią garsonierę
miałem też od strony drogi,
byłem zatem mimowolnym
świadkiem Darka zbytków mnogich.

Gdy rozlegał się z mansardy
odgłos ryku bawolego,
był to znak, że swym ziewnięciem
wita światło dnia nowego,

kiedy zaś, po pewnym czasie,
w eter niosło się bekanie,
każdy mógł bez pudła zgadnąć:
właśnie Bebec zjadł śniadanie.

Uświęcony ów rytuał
kończył się na tym obrzędzie –
nie próbował nikt przewidzieć
jaki dalszy ciąg dnia będzie.

Bebec z rodu był najmłodszy
w licznym klanie Piekarczyków,
a przeróżnych ambarasów
wszyscy mieli z nim bez liku,

bowiem już od pacholęcia
czuł ogromny ciąg poznawczy,
zatracając gdzieś po drodze
instynkt samozachowawczy.

Dziecię rosło bez kompleksów,
sprytne, bezkompromisowe,
a pomysłów epokowych
zawsze miało pełną głowę.

Dobrze było mieć pod ręką
litr jodyny, wór przylepca,
kiedy weszło się niebacznie
w obszar działalności Bebca.

Także w szkole mogłem śledzić
jak Dareczek psoci, broi,
bo byliśmy w jednej klasie –
cud, że jeszcze szkoła stoi.

Uczył się mniej niż przeciętnie,
nie ciągnęło go do wiedzy
i zdecydowanie rzadziej
bywał w szkole niż koledzy.

Zawsze wolał niezależność –
szedł nad rzekę, lub do lasu:
- Uczyć się nie warto – mawiał –
- na głupoty nie mam czasu -.

Wszystkie jego psoty, figle
i wyczyny niebywałe,
mnożyć można w nieskończoność.
Tutaj ich kompendium małe.

*

Chciał brat rower pomalować,
ale Darek go wyręczył:
pomalował po sąsiedzku
świnie, by się brat nie męczył.

Sąsiad srogie larum podniósł –
na kilometr go słyszano –
kiedy ujrzał swoją trzodę
całą w błękit przyodzianą.

*

Gdy defekacyjne bomby
spławiał chytrze z prądem rzeki,
te, atrakcję stanowiły
w kąpielisku niedalekim.

Wspomnę tu, jak pewien pływak,
wśród ogólnej wesołości,
trafił twarzą w dziwny przedmiot,
o niewielkiej spoistości.

*

Ktoś pół słupa w gruz obrócił
z kalichlorku pięknym strzałem.
Oczywiście był to Bebec –
stałem w oknie, więc widziałem.

*

Przetestował z kolegami
wzmacniacz brata, cud techniki,
zamykając kota w szafie
i basowe dwa głośniki.

Brat pomysłu nie docenił,
zbeształ Bebca że idiota,
a mieliśmy taki ubaw
wszyscy. Może... oprócz kota.

*

Wielką, starą wierzbę zwalił
i zatarasował drogę,
bo na pomysł wpadł genialny,
by rozpalić w dziupli ogień.

Pień wierzbowy wyrównano
dość wysoko od podłoża,
co wykorzystała sprytnie
okoliczna dziatwa hoża.

Zaświtało w młodych głowach,
by był kikut ów pośmiertny
postumentem dla pomników.
Kto przewodził? Respons zbędny.

Skąd materiał – zapytacie –
na misterium tak wspaniałe?
Prosta sprawa: na pomniki
MY byliśmy materiałem.

Gęby sadzą wymazane,
albo inną barwą kłute,
pozy niekonwencjonalne
i z fizyki praw wyzute.

Gdy w godzinach późnych, mroku
osuwała się zasłona,
czatowaliśmy na pniaku
niczym Grupa Laokoona.

Czasem pomnik jęczał, stękał,
lub wydawał inne brzmienia,
lecz poniecham ich opisu,
by nie gorszyć otoczenia.

Jeden z kumpli miał latarkę,
która niosła mocne światło.
Siedział z nią w pobliskich krzakach,
dalszy ciąg przewidzieć łatwo.

Gdy zbliżała się ofiara
(to był pomysł, Boże drogi!),
koleś światło na postument,
babka dziki wrzask i w nogi.

Tam, gdzie każdy znał każdego,
gdzie od lat te same śmieci,
trwał świat cichy i niezmienny
niemal od dziesięcioleci.

Nic dziwnego więc że wiały,
jakby je Lucyfer gonił,
bo pomyślcie: cisza, ciemność,
znana droga, nagle... POMNIK!!!

Tu ze wstydem wyznać muszę:
tacy byli z nas artyści,
że widokiem rzeźb przeważnie
płeć strachliwszą raczyliśmy.

Z facetami poszło gorzej:
sparzyliśmy się na chłopie,
który czcząc majestat sztuki,
sprzedał nam po tęgim kopie.

*

Pewna cecha czynom Bebca
dodawała doniosłości,
budząc zachwyt, mir i grozę:
zanik lęku wysokości.

Elektryfikacją stała
w tamtych czasach mać ludowa –
o mą wioskę zahaczyła
duża linia przesyłowa.

Na mokradłach, polach, łąkach
słupy w niebo wystrzeliły
wielkie, niczym z baśni monstra,
żywym srebrem w słońcu lśniły.

Chociaż jeszcze bez przewodów,
jeszcze tu i tam usterka,
lecz na chlubę PRL-u
z ciekawością każdy zerkał.

Jedna z takich wież ogromnych
nieopodal szkoły stała –
pani, pośród ławek krocząc,
na ów cud popatrywała.

Wtem zachwiała się i zbladła,
szybko wzięła jakiś proszek,
bo na czubku Bebec siedział –
mały, niczym czarny groszek,

majtał nóżką nad przepaścią,
jak pajacyk na druciku.
Oj, zawrzało w całej szkole,
pani narobiła krzyku!

Do dziś widok ten pamiętam,
jak pedagogiczne ciało
w garniturach i w szpileczkach
pełnym gazem pod słup gnało.

Ale zanim przybieżeli,
Daruś zdążył dać drapaka –
gdy zobaczył co się święci
zlazł ze słupa, zniknął w krzakach.

Innym razem, też na lekcji,
nowy wybryk i afera –
na ekscesy swoje Bebec
miejsc i czasu nie wybierał.

Zatopioną w ciszy klasę
przeszył głosik zachwycony
dochodzący z końca sali:
- Patrzcie! Patrzcie! O! Kondony!

A za oknem... rzeczywiście
gumek ciągnął się korowód –
do okrzyku i zachwytu
dość istotny był to powód.

W panią jakby piorun strzelił –
nic nie mówiąc wyszła z klasy,
jeszcze tylko gdzieś na schodach
zastukały jej obcasy.

- To na pewno Bebec działa –
stwierdziliśmy w naszej szajce,
a po chwili z honorami
wprowadzono winowajcę.

W rzeczy samej – to Dareczek
błysnął znów talentem wielkim:
prezerwatyw nadmuchanych
sznur, złączonych jak serdelki,

uwiązawszy na niteczce
puszczał z dachu jak latawca,
lecz wiatr powiał niepomyślny
i zaliczył wpadkę sprawca.

Gdy już wszystkim z oczu zniknął
serdel z gum zapobiegawczych,
pani rzekła smutnym głosem:
- Oj Piekarczyk, oj Piekarczyk –,

a w jej oczach zatroskanych
tliła się pretensja słodka:
Czemuż to Piekarczyk senior
nie używał tego środka?.


Lecz największy wyczyn Bebca,
istny hit wysokościowy,
miejsce latem miał, nad rzeką,
w pewien piękny dzień czerwcowy.

Kąpielisko położone
tuż przy moście kolejowym,
zaludniało się dzieciarnią,
niczym mrowiem kolorowym.

Plaża, słońce, pluski, wrzaski,
roześmiane śniade twarze,
a tu nagle Darek mówi:
- Hej! Chłopaki! Na most włażę! –

Gdyby rzekł tak ktoś normalny,
brzmiałoby to jednoznacznie,
lecz że hasło rzucił Bebec
stwierdziliśmy: - Coś się zacznie! –.

I faktycznie: być na moście,
w tłumaczeniu z bebcowego,
należało brać dosłownie:
wspiąć się na wierzchołek jego.

Był zaś most naprawdę wielki:
przęseł sześć, kratownicowych,
każde w górę wypiętrzone
jak potężny łuk stalowy.

Od pomysłu odwieść Darka,
to jak wodę nosić sitem –
gdy coś sobie postanowił,
przyklepane i przybite.

Po nakrętkach, nitach, spawach
wdrapał się, już był na czubku.
Próżno gardła zdzieraliśmy:
- Bebec, spadniesz! Złaź, ty głupku! –

Lecz on usiadł na poprzeczce,
spinającej części przęsła,
nogi spuścił nad torami –
w każdym z nas się dusza trzęsła.

Siedział sobie, machał do nas,
podśpiewywał coś ochoczo,
kiedy nagle wieść gruchnęła:
- Rany boskie! Jedzie pociąg! –.

Zaistniałej sytuacji
pewien fakt dodawał grozy:
w tych zamierzchłych nieco czasach,
skład ciągnęły parowozy.

Pojął każdy, że gdy dołem
będzie mknęła bestia wściekła,
druh przez moment w komin zajrzy,
niczym do czeluści piekła.

Już dziewczyny chlipią ostro,
już się potwór mostem toczy
zionąc dymem, dysząc parą –
chłopcy odwrócili oczy.

Tłucze metal po metalu,
oniemiało kąpielisko.
Jeszcze gwizd lokomotywy.
Tuman dymu zakrył wszystko.

Rozwiewała się pomału
mgły zasłona szarobiała –
zwątpiliśmy, że z kolegi
choć kosteczka pozostała.

Każdy zerwał się by pobiec,
gdzie bebcowe truchło leży,
lecz ten siedzi, tam gdzie siedział
i w najlepsze zęby szczerzy.

- Ty debilu! Mogłeś zginąć! –
a on w śmiech: - No co, łatwizna!
Ale numer! Widzieliście?
Pociąg jeszcze mnie obgwizdał! –.

*

Chociaż tyle miał pomysłów,
lecz bynajmniej to nie wszystko,
bowiem był mój kumpel znanym
od bengali specjalistą.

Pora niewtajemniczonym
wyklarować tu i teraz,
czym jest bengal i w czym jego
specyfika się zawiera.

Otóż każdy ssak wytwarza
w swoich trzewiach gaz specjalny,
o zapachu niesubtelnym,
ale za to łatwopalny.

Lśni u źródła podpalony,
jak fajerwerk w karnawale –
ten widowiskowy efekt
nazywany był bengalem.

Ową zacną cechę gazu
mój kolega z pasją badał,
a surowca miał dostatek,
bo razowiec z cukrem jadał.

W domu, w szkole, na podwórku,
Bebec się nie obcyndalał:
poczuł wenę, brał zapałki,
emitował i odpalał.

Typ – powiedzmy – hmm... światowca,
zahamowań zero, wcale,
nawet raz wymowę rzeźby
uszlachetnił swym bengalem,

bo szczególnie gdy zmrok zapadł,
gdy już każdy kot był czarny,
bengal płonąc dawał efekt
piękny i spektakularny.

Tak więc feerię światłodźwięku
podziwiała co noc wiara –
można chyba to porównać
tylko z koncertami Jarre’a.

Dziwne, że nie doszło nigdy
do implozji i obstrukcji,
owa dysza osobliwa
nie posiada wszak redukcji.

Jednak wkrótce Bebec stwierdził,
że zbyt małolitrażowy
bengal ludzki jest, więc teraz
czas przerzucić się na krowy.

A obiektów do doświadczeń
mnóstwo miał – pastwiska całe.
Jak natrafiał na właściwe
wręcz pojęcia nie mam, ale

prawie nigdy się nie mylił –
z uchem u krowiego brzucha
trwał i z wielkim namaszczeniem
pozytywnych oznak szukał.

Gdy właściwy nastał moment
informował: - Tę nachodzi –
co znaczyło, że za chwilę
zwierzę jego trud nagrodzi.

Dużo wyższą szkołą było
ognia dać bengalem krowy –
musiał Darek z którymś z kumpli
tworzyć team dwuosobowy.

Bebec stał przy przetwornicy
z zapalniczką zapaloną,
a pomocnik podniecony
trzymał w górze krowi ogon.

Nagle... zapłon! Wąż ognisty
gruby niczym ramię płonął,
oświetlając okolicę
i publikę zgromadzoną.

Raz po raz świetliste bicze
siekły szarość popołudnia,
a łęg cichy, nadbużański
kibicami się zaludniał.

Jedną korzyść mi przyniosły
kumpla doświadczenia dzikie:
mogłem stwierdzić bez wątpienia –
krowa także ma mimikę.

Po zapłonie (sam widziałem,
więc przekonań swych nie zmienię)
na pociągłej, krowiej twarzy
malowało się zdumienie.

Kiedyś jednak na strzelnicy
miejsce przykry miał wypadek:
nieopatrznie Bebec krowie
napatoczył się pod zadek,

a że bengal właśnie gorzał
zakończyło się niepięknie:
strumień gazów wylotowych
sparzył ogniomistrza w rękę.

Wychowawczy trud podjęła
polonistka w naszej klasie –
stan ów zaczął jej doskwierać
już po niezbyt długim czasie.

Była miłą, starszą panią –
dobroduszną, uczuciową –
dbała o morale uczniów
i higienę językową.

Gdy spytała Bebca w szkole:
- Co z twą ręką? Skąd te strupy? –
odpowiedział z dumą w głosie:
- Od bengala z krowiej dupy –.

*

Znacie pewnie to przysłowie,
że gdy diabły już wymiękną
i gdy rady dać nie mogą,
wysługują się płcią piękną,

jednak po wyczynach Darka
inną treść sentencji wnoszę
od tej, która pań dotyczy:
diabeł nie mógł – Bebec poszedł.

*

Gdy odwiedzam stare kąty
wodzę wzrokiem po chałupie,
w której kiedyś druh mój mieszkał
i wciąż mam wrażenie głupie,

że w drzwiach zaraz Darek stanie,
by znów walczyć z życia prozą
i na powitanie wrzaśnie:
- Siemasz, Gigi amoroso! –.

Lecz sprzedana ojcowizna –
Piekarczyki się rozpierzchli –
jedni w Polsce, drudzy w świecie,
inni całkiem już odeszli.

Od lat kilkunastu Darek
po londyńskich kroczy brukach –
młode z gniazda wyfrunęły,
napomykał coś o wnukach.

Dzwonił do mnie tydzień temu:
- O! Cześć Darek! Jak ci leci? –
A on na to: - Wiesz, jak w życiu:
obowiązki – praca, dzieci –.

Zaskoczyła mnie niezmiernie
tak rzeczowa informacja –
Bebec w kapciach i w fotelu?
Niby co – stabilizacja?

Ale nagle... jest! Olśnienie!
Mam cię, bratku! Tyś nie spoczął!
Ty bengalski swój proceder
uskuteczniasz wciąż ochoczo!

Patrzcie – taka sprytna bestia,
że angole nie dociekły,
mimo sławy Scotland Yardu,
czemu krowy im się wściekły.

Mnie za sto powodów innych
jeden powód by wystarczył
tej bydlęcej epidemii:
przecież w Anglii jest Piekarczyk!

*

Nie wiem, czy go jeszcze ujrzę,
lecz powitałbym jak brata,
tak, jak witam wszystkich gości
z mego zielonego świata

i psociłyby jak kiedyś,
dwa huncwoty, dwa urwisy,
dwa źrebaki rozbrykane –
jeden siwy, drugi łysy.

Jeśli zaś ostatnie nasze
wspólne piwo już wypite,
w mej pamięci tulił będę
to, co było, co przeżyte

i gdy kiedyś go zobaczę
w świecie lepszym, w świecie nowym,
pójdę ostrzec gospodarza:
- Panie Boże, ukryj krowy! –

* * *

Jak to mam w zwyczaju swoim
wiersz zakończyć puentą chciałem,
lecz tym razem morał zbędny –
w życiu, życie jest morałem.
_________________

GODZIEN

dawno tak nie wyglądałem
jak ta szyba po ulewie
podchodzę do okna
godzien aby pozostać

/ks. Jerzy Hajduga/
 
 
Leon Gutner 
Leon Gutner


Wiek: 51
Dołączył: 18 Lut 2008
Posty: 8456
Skąd: Olsztyn
Wysłany: 2009-04-09, 23:18   

Po raz setny któryś tam .....z tą samą rozkoszą :D :padam:

Z ukłonem L.G.
_________________
" Każdy dzień to takie małe życie "
 
 
 
Leszek Wlazło 


Wiek: 69
Dołączył: 18 Paź 2007
Posty: 19046
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2009-04-10, 19:42   

Świetne Andrzeju i choć straaaaaaaaaasznie długie to jednak ani trochę nie nużące.Muszę to przeczytać mojemu koledze też Piekarczykowi, tyle że Krzychowi. :)
 
 
Marcin 

Wiek: 49
Dołączył: 16 Wrz 2007
Posty: 4610
Skąd: Lubin
Wysłany: 2009-04-10, 20:25   

Świetne :padam:
 
 
nuta niepokorna 
Danuta Zasada


Dołączyła: 22 Cze 2008
Posty: 14517
Skąd: Gliwice / obecnie Göteborg
Wysłany: 2009-04-21, 18:39   

razbrajalski jest ten Twój BEBEC ...... szkoda ze nie znam osobiście ;) :D
_________________
wieczność przed nami i wieczność za nami
a dla nas ... chwila - między wiecznościami
 
 
 
el 

Dołączyła: 16 Gru 2007
Posty: 8708
Wysłany: 2009-07-08, 22:06   

Kod:
i gdy kiedyś go zobaczę
w świecie lepszym, w świecie nowym,
pójdę ostrzec gospodarza:
- Panie Boże, ukryj krowy! –


Koniecznie :rotfl:
_________________
kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty
 
 
amandalea 
Lidia Kowalczyk


Wiek: 64
Dołączyła: 17 Paź 2007
Posty: 21336
Wysłany: 2009-08-23, 10:03   

Bomba :D :rotfl:
_________________
a po nas już nic
jeno popiół i zgliszcza
życie to jeden wic
rzekł uczeń mistrza
 
 
pątniczka 

Dołączyła: 29 Sie 2008
Posty: 4966
Skąd: chata za wsią
Wysłany: 2009-09-29, 17:48   

Dopiero teraz wyszperałam , ale frajdę z czytania za to jaką miałaaaałam ,
Pozdrówka
_________________
słowa palą, więc pali się słowa
nikt o treści popiołów nie pyta

J. Kaczmarski
 
 
pejcz
[Usunięty]

Wysłany: 2009-09-29, 17:52   

ech i gdzie ja tam do poetów...tu mamy POETĘ:)
 
 
myka 
monika


Wiek: 52
Dołączyła: 18 Lut 2010
Posty: 78
Skąd: z Krasnego Yorku
Wysłany: 2010-03-04, 17:58   

:rotfl: :rotfl: :rotfl:
boki mnie bolą od śmiechu :D rewelka, normalnie rewelka!
Tekst spójny, forma niezmienna do końca, rym i rytm ok, zresztą, kto by się czepiał formy przy takim języku ;p

:padam: :padam: :padam:
_________________
"do nieba piekielnie wysoko, do piekła cholernie nisko"
 
 
 
mgielka 


Dołączyła: 06 Gru 2013
Posty: 2351
Wysłany: 2018-04-04, 12:48   

... fantastycznie.... :rotfl: :rotfl:
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » PISANE WIERSZEM » Bajki » Bebec


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo