Mógł to być przystanek autobusowy,
poczekalnia u boga,
przestawiana ławka w parku, przemalowywana po raz? przykręcana do betonu, mocowana łańcuchami,
albo szeleszcząca trawa, uciekające pawie, wiewiórka albinos,
albo kilometry chodników, osiem pasów autostrady, lub piasek,
albo miękkie, rude igły sosen, kamienista plaża, dzieci na karuzeli,
mogła to być pusta sala muzeum, obraz, o którym tylko ona pamiętała, skrzypiący parkiet, kurz w słońcu, prostokąt błękitu z tytułem,
las w wietrznym szumie,
kwiat, który rozwinął się w mgnieniu, gdy go rysowała i obejrzała się na pół sekundy, mniej? bo podbiegł pies, mały, biały, kudłaty i szczeknął, gdy oczy wróciły do rysunku, scena była inna, nie było pąku, był fioletowy irys, świecący żółto-białą nowością wnętrza, wabił,
albo spacer kamienistym nabrzeżem lodowatego jeziora, gdy on schylił się po kamyk, okrągły, otoczak, pebble, kawałek bazaltowej skały, oderwany dawno, siłą,
kamyk, który jej podał, grzał dłoń, ciepły zastygłym słońcem popołudnia, suchy, daleko od fal, z pamięcią bryły,
trzymała go, obracała, szukała, czas w dłoni, okruch chwili, który kiedyś musiał się oddzielić od skały, jezioro przypływem zaglądało za falochron, żądało ekwilibrum, wymagało zwrotu, na miejsce, podglądało, woda zabierała obraz,
albo wiatraki, które wirowały w jedną stronę, rzucały długi cień, cień się kręcił, niemożliwa ucieczka przed wiatrem, przywiązani do siebie wolą wiatru, wiatraki przystawały na oddech, by rozejrzeć się,
delirium tańca po okręgu, taniec cienia na kukurydzianym rżysku, na którym nocą odświeżały ścieżkę sarny, z kierunkiem na gwiazdy, znikały w śmigłach wiatraków, zdziwione, traciły krok, wpadały na siebie,
albo gwiazdy odbite w kałużach, w szybach samochodów, kiedy patrzyli na deszcz leonidów, wierząc, że będą sami, a całe pobocze drogi zamieniło się w auto-amfi-teatr, gwiazdy spadały cicho, plejady w kałużach, sarny gubiły ślady,
szła niebem, polem, jeziorem, lasem, piaskiem, chodnikiem, parkiem, przysiadała na ławce, w poczekalni, czekała na autobus.
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Dziękuję Marku za wirtualne odwiedziny w tym zakodowanym świecie.
Fragment o rozkwitłym irysie, to najprawdziwsza prawda.
serdeczności E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
kwiat, który rozwinął się w mgnieniu, gdy go rysowała i obejrzała się na pół sekundy, mniej? bo podbiegł pies, mały, biały, kudłaty i szczeknął, gdy oczy wróciły do rysunku, scena była inna, nie było pąku, był fioletowy irys, świecący żółto-białą nowością wnętrza, wabił,
Stworzyłas magiczne obrazy... Pięknie mi się czytało... Będę wracać...
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty
Poetów na PS-owych stronach Poetów trudno zaciekawić prozą życia, która często jest... samą poezją.
Wiesz, wracając do irysa, to do tej pory nie mogę wybaczyć temu psiakowi, że odwrócił moje oczy. Czasem myślę, że może irys rozkwitł w tamtej chwili, bo psiak szczeknął? Nie wiem, nigdy się nie dowiem, chyba że uda mi się przewinąć film do tamtego dnia ...
serdecznie E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Mógł to być przystanek autobusowy,
poczekalnia u boga,
przestawiana ławka w parku, przemalowywana po raz? przykręcana do betonu, mocowana łańcuchami,
albo szeleszcząca trawa, uciekające pawie, wiewiórka albinos,
albo kilometry chodników, osiem pasów autostrady, lub piasek,
albo miękkie, rude igły sosen, kamienista plaża, dzieci na karuzeli,
mogła to być pusta sala muzeum, obraz, o którym tylko ona pamiętała, skrzypiący parkiet, kurz w łońcu, prostokąt błękitu z tytułem,
las w wietrznym szumie,
kwiat, który rozwinął się w mgnieniu, gdy go rysowała i obejrzała się na pół sekundy, mniej? bo podbiegł pies, mały, biały, kudłaty i szczeknął, gdy oczy wróciły do rysunku, scena była inna, nie było pąku, był fioletowy irys, świecący żółto-białą nowością wnętrza, wabił,
albo spacer kamienistym nabrzeżem lodowatego jeziora, gdy on schylił się po kamyk, okrągły, otoczak, pebble, kawałek bazaltowej skały, oderwany dawno, siłą,
kamyk, który jej podał, grzał dłoń, ciepły zastygłym słońcem popołudnia, suchy, daleko od fal, z pamięcią bryły,
trzymała go, obracała, szukała, czas w dłoni, okruch chwili, który kiedyś musiał się oddzielić od skały, jezioro przypływem zaglądało za falochron, żądało ekwilibrum, wymagało zwrotu, na miejsce, podglądało, woda zabierała obraz,
albo wiatraki, które wirowały w jedną stronę, rzucały długi cień, cień się kręcił, niemożliwa ucieczka przed wiatrem, przywiązani do siebie wolą wiatru, wiatraki przystawały na oddech, by rozejrzeć się,
delirium tańca po okręgu, taniec cienia na kukurydzianym rżysku, na którym nocą odświeżały ścieżkę sarny, z kierunkiem na gwiazdy, znikały w śmigłach wiatraków, zdziwione, traciły krok, wpadały na siebie,
albo gwiazdy odbite w kałużach, w szybach samochodów, kiedy patrzyli na deszcz leonidów, wierząc, że będą sami, a całe pobocze drogi zamieniło się w auto-amfi-teatr, gwiazdy spadały cicho, plejady w kałużach, sarny gubiły ślady,
szła niebem, polem, jeziorem, lasem, piaskiem, chodnikiem, parkiem, przysiadała na ławce, w poczekalni, czekała na autobus.
och Elu a są te stany nieświadomości, i jak zza mgły głosy i obrazy, szalenie mi się podoba, takie wyłączenie patrzenia realistycznego, a zajrzenie pryzmatem zza siebe, chyba wtedy troszkę bez emocji, w spokoju i z czystą ciekawością ,śmiejąc się beztroską lub na chłodno oceniac, albo wszystko na odwrót, z wielkimi emocjami, bo przecież jesteśmy i składamy się z emocji
pozdrawiam Cię serdecznie
Basiu dziękuję za odwiedziny.
Tak czasem jest, że się jest, ale się nie jest, taki stan obok.
Czasami jest to bolesna świadomość świadomości.
Pewien rodzaj medytacji, gdy człowiekowi udaje się na chwilę spojrzeć na nowo na rzecz, którą zna od zawsze, moment, który udaje się przeanalizować sekunda po sekundzie, jakby wydarzył się zupełnie komuś innemu (w rosyjskiej literaturze nazywano to "ostranieniem").
serdecznie E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Elżuniu wybacz, że rzadko zaglądam do prozy poetyckiej i dłuższych tekstów, przeważnie jestem tak zmęczona, ze nie potrafię dłużej skupić się na tym co czytam, a nie chciałabym przeczytać po łebkach i napisać jakąś bzdurę.
Choć gdybym powiedziała, że nie zaglądam w ogóle byłoby to kłamstwo
_________________ a po nas już nic
jeno popiół i zgliszcza
życie to jeden wic
rzekł uczeń mistrza
Li, dobrze że się dobrowolnie przyznałaś do zaglądania tutaj
Ja po prostu od jakiegoś czasu mam syndrom rozdartej sosny...
Proza? Poezja? Rzucam monetą... Orzeł, czy reszka?
serdecznie E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Tak czasem jest, że się jest, ale się nie jest, taki stan obok.
- wystarczy ułamek sekundy i tracimy coś nieodwracalnie, niby jesteśmy obecni duchem a jednak coś czy ktoś rozproszy uwagę - może tak miało być - temat nieuchwytny moment stracony na zawsze
fotografia artystyczna świetnie współgra z twoją prozą
- Elu posyłam buziaczka
_________________ Jestem jaka jestem. Niepojęty przypadek, jak każdy przypadek.