kiedyś słońce było jaśniejsze, uśmiechy bardziej szczere, wzór na szczęście mniej skomplikowany, a to miasto zamiast smutnym i złośliwym wrakiem, było mi bratem, którego kochałam nad życie.
Kiedyś miałam oczy jasnoniebieskie nieprzenikliwe, a nadzieje takie słodkie, pucołowatwe…
Kiedyś widziałam nas, jak kroczymy ramię w ramię i odwiedzamy nasze miejsca, na przykład już nieistniejącą bibliotekę Instytutu Psychologii na Piłsudskiego.
Czy to uczelnia, czy też człowiek, w pewnym momencie musi ukrócić swoje wydatki. Zlikwidować nierentowne.
Pamiętam Pana Józefa, leciwy staruszek, studenci go uwielbiali, dla wszystkich zawsze miał najszczerszy uśmiech i chęć pomocy.
Myszkowałam, by znaleźć perełki i kserować je do woli, a potem chomikowałam, by w chłodniejsze dni, otulić się i nakarmić ich mądrościami.
Naszą bibliotekę połknęła Jagiellońska; zastanawiam się, ile podobnych zjadła na życzenie próżnych rektorów.
W naszej bibliotece nie było kart elektronicznych, ani też elektronicznych uśmiechów i elektronicznej pomocy.
Na przerwach, między zajęciami, odwiedzaliśmy kwitnące przed Kolegium Śląskim mirabelki, nieziemsko pachniały, dobrze wiem, że tak pachnie tylko wolność, ale kolejnej wiosny je ścięli. Dlaczego?
Pamiętam twoją dezercję, wszyscy zastanawiali się, gdzie przepadł nasz starosta, dlaczego od tak rzucił sobie studia i nikogo o tym nie poinformował, pytali się mnie. Dopiero wtedy zrozumiałam. Wszystko.
Pamiętam przeprowadzkę naszej Uczelni z Kolegium na Ingardena, była jak pożegnanie przeszłości i przywitanie tego, co nieuniknione.
Kiedyś to miasto było inne, lecz po woli zaczęło tracić duszę. Kiedy ją straciło?
Teraz mnie tam nie ma, i nikt spoza nie może przekroczyć bram, złowroga zaraza tańczy nad niedolą mieszkańców.
Kiedyś obca ci była nienawiść, taka co jednym mrugnięciem powieki zmiata z ziemi, nie wstydziłeś się być sobą. Teraz jesteś brzydki, taki robaczek bardzo nieciekawy. Pragnienie władzy nad drugim człowiekiem przeistoczyło z motyla w larwę już bezpowrotnie, a przecież larwa musi na czymś żerować – to nazywamy w psychologii nieodwracalną regresją.
Co zrobisz, gdy włączę ci „Hair”, pomyślisz: od początku zaplanowałem wszystko, czy zaledwie przez ułamek sekundy przemknie ci obraz tego, że stałeś się dokładnie tym, z czym walczyłeś, by po chwili zapomnieć ten przebłysk i uciec przed nim jak najdalej, ty marny strzępie człowieka, który to z zachłanności sam zjadłeś siebie.
Czasem lepiej poprosić przechodnia, tak po prostu.
Przyjacielu nieznajomy przyślij mi Planty targane wiatrem, chmarami zszarzałych liści, tylko kilka migawek, chwil zadusznych. Uchwyć je dla mnie i schowaj.
Kiedyś słońce było jaśniejsze, uśmiechy bardziej szczere, a wzór na szczęście mniej skomplikowany, – niejedna jestem w tym odczuciu. Nie jedno tkwi w nim pokolenie, a przecież przychodzą i odchodzą ich całe dziesiątki, a nawet setki…
_________________ Kiedyś, spotykając kogoś, zastanawiałam się, czy dana osoba mnie lubi, a teraz w tej samej sytuacji, zastanawiam się, czy to ja lubię tę osobę.