POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Odpowiedz do tematu POSTscriptum Strona Główna » PISANE PROZĄ » Różne gatunki prozy » Laura w Krainie Rzeczywistości
Laura w Krainie Rzeczywistości
Autor Wiadomość
PoparzonaKawą 

Dołączyła: 09 Gru 2019
Posty: 595
Wysłany: 2021-07-01, 22:21   

Dość realistycznie napisane, nie wnikam czy fikcja literacka czy też nie, taka luźna relacja z codziennych zmagań.
Życie osób z niepełnosprawnością, na pewno jest trudne, wymaga bardzo dużo samodyscypliny i uporu. Napawa optymizmem postawa większości fizjoterapeutów - dobrze, że są ludzie, którzy wykonują pracę z powołania, chcą naprawdę pomagać.

pozdrawiam
_________________
Nazywam się KATRINA
 
 
impresje

Dołączył: 10 Lip 2020
Posty: 246
Wysłany: 2021-07-01, 23:01   

PoparzonaKawą napisał/a:
Napawa optymizmem postawa większości fizjoterapeutów - dobrze, że są ludzie, którzy wykonują pracę z powołania, chcą naprawdę pomagać.

pozdrawiam
:padam:

Zgadzam się z Katriną, a przy tym Laura ma ładny sposób przekazu swoich doświadczeń. :cool: :)
_________________
Pozdrawiam.
 
 
impresje

Dołączył: 10 Lip 2020
Posty: 246
Wysłany: 2021-07-02, 00:20   

Jeszcze jedno Diano, co do terapeutów jeżeli są dobrzy to fantastycznie, ale i między nimi zdarzają się też dyletanci, o czym przekonała się Laura i Ty dobrze to opisujesz. :)

Fajnie że udostępniasz rozdziały z pamiętnika, dobrze się czyta.
_________________
Pozdrawiam.
 
 
LittleDiana 


Wiek: 25
Dołączyła: 25 Sty 2021
Posty: 31
Wysłany: 2021-07-10, 20:45   

Rozdział Dwudziesty drugi - Ostatnie czerwcowe wspomnienia.
**
Straszny ten upał, co? Powietrze praktycznie da się kroić nożem. Od gdzieś właśnie poniedziałku, a może nawet i dłużej czuję się jakbym wlazła do piekarnika. Każde ubranie wydaje mi się nieodpowiednie bo i tak mi gorąco. Na zewnątrz da się wyjść dopiero około godziny dwudziestej. Chodzenie wczoraj zaliczyłam dopiero po zmroku, bo się wcześniej nie dało. Na tarasie siedzę dopiero właśnie około godziny dwudziestej. Trudno jednak tam długo usiedzieć, bo bardzo szybko zlatują się rożnego rodzaju komary. Więc tak sobie zazwyczaj siedzę do dwudziestej drugiej, następnie idę na szybkie mycie i spędzam zazwyczaj noc przed czatem w tle słuchając ruskiego post-punku czy innego sovietwave. Oczywiście cały czas towarzyszy temu włączony wiatrak bo też w nocy jest strasznie duszno. Nawet jak próbuję zasnąć to tak średnio mi to idzie bo Norbert gdzieś do drugiej nad ranem ma włączonego Netflixa. Kiedy ja byłam na turnusie to on stwierdził że sobie weźmie mój telewizor skoro od grudnia oglądałam cokolwiek może z dwa czy trzy razy to mi telewizor zbędny. Ogólnie się cieszę że wziął ode mnie te pudło. Jednak nie lubię jak do późnej nocy robi sobie maratony serialowe moim kosztem. Nie dość że przez drzwi świeci mi światło które bije z telewizora to na dodatek wszystko jest tak głośno, że nawet przez zamknięte drzwi słyszę głośno i wyraźnie kwestie aktorów grających w tym kryminalnym serialu. Pal licho gdy mam wolny dzień, bo następnego to mogę sobie spać nawet do dwunastej. Gorzej jak mam do Tośki na rano to muszę się wyspać. No ale cóż, są rzeczy ważne i ważniejsze...
Postanowiłam wczoraj że zasnę sobie o północy. No i faktycznie o tej północy kompa wyłączyłam. Tyle że zasnąć nie mogłam. Raz że zaczęłam analizować czy Ada i Paweł naprawdę mnie lubią, by potem przypomnieć sobie wszystkie straszne historię zasłyszane w moim życiu. Tak więc zasnęłam gdzieś o trzeciej nad ranem a budzik na dzisiejsze pisanie miałam nastawiony na wpół do dziewiątej, możecie sobie wyobrazić jak się wyspałam…

No dobra, koniec tych przydługich wstępów. Trzeba do końca opisać turnus! O ile w poprzedniej notce mieliśmy opisane raczej pozytywy to tutaj niestety zetkniemy się z jego gorszą stroną. Zacznę od tej najgorszej czyli zajęciach z Miłoszem. Miłosz jest jak mówiłam jednym z tych terapeutów których nikt nie lubi. W sumie chyba jest jedynym którego właśnie NIKT nie darzy sympatią. Pozostali mają raczej swoich zwolenników i przeciwników. Miłosz ma natomiast tylko tych drugich. I tu nie chodzi już o jego terapię, a bardziej o zachowanie. I to nie tak, że miałam pierwszy raz w życiu z nim zajęcia, bo to by kłamstwo było. Na grudniowym turnusie też miałam nieprzyjemność z nim ćwiczyć. Niestety nie brał pod uwagę moich stanów emocjonalnych, gdy wpadłam w panikę to od razu rzucał tekstami typu „No to się najlepiej poddaj” Nie było to zbyt miłe. Dlatego nie zareagowałam zbyt optymistycznie na wizje zajęć z nim. Jednak do ostatniej chwili próbowałam zachować optymizm. Nawet wtedy gdy dowiedziałam się że przypadła nam najmniejsza sala w całym ośrodku i to taka bez okien. Serio, pracować to tam się średnio dało, a ja kleiłam się do materaców, bo byłam w krótkich spodenkach. Ogólnie nie wiem czy to ważne, ale Miłosz jest rok młodszy ode mnie, ale zachowuje się jakby miał tyle lat co Norbert, albo jeszcze mniej. Skacze, przechwala się, udaje, że bije się z lustrem. Trochę żałosne. Te bycie dziecinnym być może jeszcze byłabym w stanie znieść, ale nie tego że terapia jest kiepska. Zachowywał się jakby nic z tego kursu nie zrozumiał. I to nie tylko jest moja opinia, ale także Ady i Marcelego z którymi był na tym samym kursie. Od początku mi coś nie pasowało bo dokładnie wiedziałam jak ta metoda powinna wyglądać. On robił wszystko totalnie odwrotnie. Nie zapewnił mi na przykład niezbędnej asekuracji tylko wygłupiał się na drugim końcu i tak ciasnej sali. Kiedy zdawałam raport przyjaciołom to ci tylko potwierdzili moje obawy. Było tak poważnie, że nawet Paweł miał z nim rozmawiać, nie wiem czy ta rozmowa odbyła się na pewno, bo nie miałam jak o to zapytać (a raczej kiedy), jednak terapeuta nieco się poprawił. Nadal nie jest on dobry w tym co robi i następnym razem wpisuję moich przyjaciół do karty. A was by nie wkurzało gdyby terapeuta nie przestrzegał podstawowych zasad własnej metody? Nie bez kozery wymagane są do niej osobne sale. Dziecko ma się skupić. Jednak trudno się skupić czy mi czy tym bardziej dzieciom gdy drzwi są szeroko otwarte a na korytarzu było pełno ludzi bo i w ośrodku tkwiło ich od groma. Wytłumaczenie Miłosza jest takie że przed drzwiami postawił mały wiatrak, bo takie są upały że się nie da wysiedzieć. Owszem, tak były upały. Ja się wręcz cała kleiłam do tych miękkich materacy na których było dane mi siedzieć, jednak wiatrak jest malutki i z powodzeniem dałoby się go wstawić do środka salki. Wtedy byłby i wilk syty i owca cała, bo mielibyśmy chłodek a ja nie miałabym rozpraszających dźwięków z otoczenia. No i dosłownie Miłosz co dziesięć minut robił sobie i mi dziesięciominutową przerwę. No sorry, ale te zajęcia miałam tylko pięć razy w tygodniu, u nas na wschodzie ta metoda nie jest zbytnio znana,więc nie jechałam tam siedemset kilometrów by sobie z nim pogawędzić. Zresztą nie było nawet z kim ale o tym zaraz. Jeszcze bym miała dla niego jakieś resztki wyrozumiałości gdyby nie rozumiał tej metody, ale się jakkolwiek starał. Jednak w moim przekonaniu mu się po prostu nie chciało pracować. Nawet już się nie starałam być dla niego bardzo miła. Bardzo wredna też chyba nie byłam, ale miałam dokładnie w czterech literach co sobie o mnie Miłoszek pomyśli, bo i tak pewnie nawet go nie obchodzę jako pacjentka, a co dopiero jako istota ludzka! Kiedy przypadkowo trafiałam go w twarz plastikowymi kuleczkami gdy miałam rzucać nimi do koszy które trzymał w obu rękach. ine czułam winy. Nawet się cieszyłam, że go bolało. A dobrze mu tak! On coś tam sobie jęczał, ale miałam na to mówiąc brzydko – wywalone.
Tak jak Paweł mówił poprawiły mi się moje cięte riposty. A przy Miłoszu już totalnie nie hamowałam swoich słów. On chyba po prostu odbierał to jako żarty, bo jego odpowiedzi nie były zbyt serio, ale kto tam go może wiedzieć. Podam wam jeden przykład jako dialog. Rzecz miała się o jakąś zdesperowaną dziewczynę którą Miłosz po prostu znał,i to poszło po prostu tak:
- No wiesz Laura, ta laska to straszna desperatka była... – i tu ja weszłam mu w słowo.
-Desperatka, powiadasz? Jeśli chciała z Tobą chodzić no to faktycznie wysoki poziom desperacji z jej strony!
I tu byłam strasznie dumna, że pomimo iż mam raczej mentalność grzecznej dziewczynki to potrafiłam mu się odgryźć, może to było trochę dziecinne, ale te uczucie było tego warte! Miłosz oczywiście żartem odpowiedział że da mi popamiętać za ten tekst, jednak nie przejęłam się zbytnio.
Jak na narcyza przystało to się musiał oczywiście też pochwalić swoim jestestwem i ogólną w jego mniemaniu niesamowitością. Kiedy wspomniałam mu, że nie do końca podobała mi się pewna ośrodkowa impreza na którą wyciągnęła mnie mama, to ten stwierdzi, że ogólnie to ja nigdy prawdziwej imprezy nie widziałam, bo prawdziwa to taka gdy policja puka ci do drzwi a kanapa wylatuje przez okno. Odparłam mu na to, że takie imprezy są specjalnością środowisk patologicznych. Terapeuta mi na to odpowiedział, że patola to by było gdyby takie coś działo się co tydzień, a nie że raz na jakiś czas. Stwierdziłam że się nadal nie zgadzam. Teraz mi nawet przyszło do głowy takie porównanie. Skoro impreza z wezwaniem policji i kanapą lodującą przed blokiem to nie jest patola to jednorazowy napad na bank też nie powinien być przestępstwem! Dobra, może podchodzę do całej sprawy zbyt serio, ale po prostu zwyczajnie gościa nie trawię.
Pewnego dnia zapytał czy mam jakiegoś absztyfikanta. Tak, dokładnie użył tego słowa. Odparłam że nie, oraz że nigdy mi się nikt nie podobał. Nie chciałam Miłosza wtajemniczać w sprawę zauroczenia w nauczycielu za czasów liceum. Dla mnie to zbyt prywatna sprawa. Jedynie Ada i Paweł wiedzą o tej całej sytuacji i to dość zdawkowo. W sumie to nigdy nie prosili o szczegóły, a ja też za bardzo nie chciałam o tym gadać bo nie było w sumie o czym. Żadnej więzi między mną a szanownym nauczycielem nie było. Oczywiście kiedyś wydawało mi się że było inaczej, że jego żarty i pomoc są skierowane tylko do mnie. Czas i brak kontaktu stanowczo mnie otrzeźwiły w tej kwestii.
No, ale wracając do Miłosza. Nie byłby sobą gdyby nawet kiedy zadawał mi pytania nie wspomniał o sobie samym. Ogólnie to on ma dziewczynę, studentkę fizjoterapii. Przychodzi do ośrodka na praktyki czy zastępstwa i nawet raz miałam z nią jakieś tam zajęcia. W przeciwieństwie do jej ukochanego to wydaje się być całkiem miła. Nie wiem co ona w nim widzi doprawdy. Ada zna ją dłużej niż Miłosza, bo to jej daleka znajoma i też nie rozumie co ona robi z takim bucem. No, ale już mniejsza o to. Miłosz zapytał czy mam Tindera. Odparłam że nie. On na to że zanim zaczął chodzić z Agnieszką to miał. Oczywiście nie zapomniał wspomnieć o swoim szalonym powodzeniu wśród kobiet. Niby sikały w majtki z zachwytu gdy dowiedziały się że nasz narcyz pracuje z dziećmi. Tylko ciekawe czemu z nim żadna nie została? Nie zdziwiłabym się gdyby jego charakter na dłuższą metę je wkurzał. Anyway, polecił mi żebym szukała sobie faceta który właśnie pracuje z dziećmi, bo tacy są najlepsi. Pewnie miał na myśli że takiego jak on sam, można to było wyczytać między wierszami. Potem dodał że najlepiej gdybym poszukała sobie miłości w ośrodku, wśród terapeutów. Poczułam się zmieszana, tak jakby ktoś mi kazirodztwo proponował. Ja w ogóle nie postrzegam fizjoterapeutów jako facetów, nawet tych którzy by być mogli w moim typie. Dla mnie są kumplami,ewentualnie kiedyś dobrymi wujkami. Ich dotyku podczas zajęć nie odbieram w żaden sposób emocjonalnie. Zdziwiła mnie więc ta propozycja Miłosza, poczułam się niekomfortowo. O dziwo tym razem nie rzuciłam nawet cięta ripostą tylko zmieniłam temat. Mam nadzieję, że to nie był po prostu żaden podryw z jego strony….
Na ostatnich zajęciach zapytał jak ogólnie oceniam jego pracę. Mimo wszystko głupio mi było mówić że jest beznadziejny, bo jest tego nie ukrywajmy. Może powinnam mu od razu powiedzieć całą prawdę, więc może to trochę moja wina. Odparłam natomiast że ma potencjał, ale jeszcze mało umie i to nie jest kompletnie Pawła poziom. Chyba Miłosz poczuł się wzruszony i wręcz pochwalony. Tak sugeruję po jego mimice z tamtego dnia. On mówi że nawet nie śmie się do Pawła porównywać, bo Paweł ogarnia tą metodę od paru lat, a Miłosz wtedy pracował nią swój pierwszy tydzień. Podziękował mi za zajęcia po czym wyszłam. Wyszłam wręcz z ulgą i mam nadzieję że do niego nie wrócę, ani na te zajęcia ani na żadne inne.

Opowiem wam teraz o innym gościu który mnie wkurzył, w sumie to bardziej wkurzył moją mamę niż mnie. Nie jest to jednak terapeuta, lecz pacjent. Dodajmy do tego, że pacjent wykorzystujący bardzo swoją niepełnosprawność przy czym zgrywający wielce samodzielnego chłopaka. Pamiętacie jak napisałam wam jeszcze przed turnusem o pacjencie z ośrodka który ma swoją grupę gdzie terapeuci wstawiają posty z jego osiągnięciami? Nie pamiętam czy go jakoś nazwałam, ale przyjmijmy, że jest Danielem. Otóż Daniel przyjeżdża samodzielnie na turnusy. Jednak na tym jego samodzielność się kończy. Ma to samo co ja, tyle że w o wiele gorszym stopniu. Jeździ na wózku i to w sumie jedyna czynność którą sam potrafi zrobić. Moja mama zgadzała się na jedynie doglądanie go co parę dni, ewentualnie czasami miała mu przynieść śniadanie ze stołówki. Nie sądziła jednak że w sumie przy nim będzie musiała spędzać więcej czasu niż przy mnie. Okazało się, że on potrzebuje pomocy we wszystkim i jednocześnie nie ma problemu by prosić o nią ludzi, nawet w nadmiarze, zupełnie nie zastanawiając się czy mają czas. Tak jak mówiłam – Daniel nie jest samodzielny. Chłop jedynie co się sam ubierze i napędzi wózek. Trzeba mu pomagać w toalecie, na stołówce. Codziennie wymagał wręcz rano kawy. A gdy mama nie przychodziła o ustalonej porze potrafił przyjść do nas i nie tyle co poprosić tylko z pretensjami zapytać czemu nie przyszła. Mało go obchodziło, że ja miałam zajęcia czy po prostu nie mogła. Kazał też się zaprowadzać na zajęcia bo tak będzie szybciej, przez co ja często zostałam odbierana ze swoich później niż powinnam. Warto też dodać, że gdy nie było tak jak on chciał to potrafił być bardzo wściekły. Jego pokój był sprzątany wręcz codziennie, pomimo że w sumie nie było tam czego sprzątać, bo pokój był wyposażony jedynie w dwa łóżka, szafę, stolik z telewizorem i szafkę nocną. Jednak i tak musiał być sprzątany według zaleceń lokatora bo inaczej mama słyszała kąśliwe komentarze na temat że kobiety w tych czasach to nic nie potrafią. Tak samo było też z praniem. Mama wieszała na suszarce, a on siedział obok na wózku i wydawał polecenia. Raz gdy nie miałam ostatnich zajęć i Sara mnie odprowadzała do pokoju to widziała tą scenę, bo działo się to na korytarzu gdzie znajdowały się drzwi do pokoi. Dopiero wtedy chyba mi uwierzyła, pomimo że mówiłam jej o całej sytuacji wcześniej. Następnego dnia właśnie przyznała mi rację że faktycznie Daniel wykorzystuje moją mamę i powinnam z nim o tym pogadać, bo w końcu nie po to przyjeżdża sam żeby się wyręczać innymi. W sumie nie było za bardzo czasu rozmawiać bo to i tak był ostatni dzień turnusu. Jednak parę razy zwracałam mu uwagę na inne rzeczy. Na przykład gdy jadł pozostawione przez kogoś chipsy czy gdy przeklinał na stołówce. Nie wydaje się że mnie lubił za takie teksty, pomimo że dawał mi parę razy czekoladki. Według mnie to było bardziej na udobruchanie mojej mamy za to że robiła za jego opiekunkę. Na pewno nie był to podryw, bo jak sam stwierdził niepełnosprawnej dziewczyny to by nie chciał bo nie byłaby mu w stanie pomagać. W sumie to ja też bym go nie chciała. Najgorsze że przez tego debila muszę zmieniać terminy turnusów, bo jak sam powiedział to chce być na każdym naszym turnusie. Mama powiedziała mi że nie ma mowy, bo ona się bardziej na tym turnusie zmęczyła niż cokolwiek innego. No to teraz trzeba kombinować. Przez Daniela nie będę na turnusie wtedy gdy są urodziny Pawła. Trudno, i tak mi lepiej składać życzenia na fejsie niż na żywo bo się stresuję. Chciałam się zapisać na drugą połowę września. Niestety nie ma wolnych miejsc. W sumie trudno stwierdzić, że ja chciałam, bo to bardziej mama chciała. Mi ten termin nie pasuje z dwóch powodów. Po pierwsze nie będzie Sary bo wtedy się hajta, a po drugie będzie Edyta. Mama koniecznie właśnie chciałaby być na turnusie z Edytą bo ta ją tak inspiruje… Dlatego nawet kazała mi się zapisać na drugi rok na drugą połowę września bo Edytka będzie. Miałam nadzieję że o niej zapomni. A co do turnusu to najbliższy wolny termin jest dopiero na drugą połowę października. Trochę długo, a wszystko przez cholernego Daniela! Normalnie bym pojechała właśnie na pierwszą połowę października na urodziny Pawła, ale Daniel się wpierdzielił na turnus…. Niech sobie z własną matką przyjeżdża! Chociaż z drugiej strony to się nie dziwie że nie chce z nią jechać. Jego rodzicielka to alkoholiczka, chleje od rana do wieczora. Nie oznacza jednak że Daniel ma wymagać pomocy od w sumie obcych mu ludzi. No ludzie!

Za to moja mama oprócz pilnowania Daniela, mocno rozwinęła się towarzysko. Praktycznie co wieczór siedziała przed budynkiem z koleżankami czy też uczestniczyła w imprezach ośrodkowych. I w sumie to by było super gdy mogłabym wtedy sama w pokoju odreagować cały dzień zajęć gapiąc się w sufit. Ale nie! Mama z racji że sama się chciała rozerwać to pomyślała, że ja też koniecznie muszę. Na szczęście wiele razy udawało mi się odmawiać. Jednak nie zawsze była mi dana taka przyjemność. Raz tuż po zmroku dałam się wyciągnąć właśnie na siedzenie przed budynkiem na jakiejś wygodnej kanapie opartej o szklane drzwi ośrodka. Niestety zebrały się jej koleżanki plus Daniel. Nie czułam się komfortowo i praktycznie co chwilę prosiłam mamę że chcę już wracać do pokoju. Miałam wrażenie, że obecne tam panie bardzo oceniają moje milczenie. Wtedy to były tylko podejrzenia, ale jednak bardzo szybko miały okazać się faktem. Kiedy jedna z matek, nazwijmy ją Ilona zapytała czemu ja tak bardzo chcę iść do pokoju to odparłam, że chcę po prostu trochę odpocząć, że nie przepadam za ludźmi. Wtedy właśnie Ilona zauważyła, że jestem introwertyczką, i że po prostu lubię być sama. Na to moja mama zaczęła narzekać, że w ogóle nie mam znajomych, że ciągle tylko komputer mnie zajmuje i ewentualnie ćwiczenia, że nie jestem tak rozrywkowa i towarzyska jak Daniel a powinnam być. Kurde! Przecież ja mam znajomych do cholery! Mam Adę i Pawła, a mama o ich istnieniu doskonale zdaje sobie sprawę tak samo jak o istnieniu Natalii. Nawet pokazywałam rodzicielce jej zdjęcie. Miałam nadzieję, że Ilona mnie wybroni. Nagle jednak zmieniła front, powiedziała, że to nienaturalne, szczególnie gdy odparłam iż nigdy nie byłam na osiemnastce żadnej z koleżanek z klasy, co już uznano za nienormalne. A Ilona powinna wiedzieć, że skoro istnieje takie coś jak introwertyk to zazwyczaj takie stworzonko tych imprez zazwyczaj nie lubi, no chyba że w naprawdę zaufanym, małym gronie i to bez tańców i głośnej muzyki. Mama natomiast nie dała sobie wytłumaczyć że istnieje takie coś jak introwertyzm, bo przecież wśród ludzi powinnam czuć się bezpiecznie i wszystkich ich lubić No tak! Praktycznie umarłam ze śmiechu wewnątrz duszy gdy Ilona wspomniała, że powinnam udać się do psychoterapeuty ponieważ nie mam koleżanek nigdzie blisko siebie. Brzmi to jak hipokryzja patrząc na to że jej córka wyklina każdego terapeutę od męskich przyrodzeń i panien lekkich obyczajów przez co prawie żaden z nich nie chce z nią ćwiczyć. Więc kto tu potrzebuje terapeuty? A pytań do mnie było dużo. Na te dotyczących ludzi odparłam że nie lubię ich bo nie są nie na moim poziomie. Gdy opowiadałam to Pawłowi podczas wypadu do domu przyjaciół to poradził mi poćwiczyć dyplomację. Może to i racja. Panie za jeszcze dziwniejsze uznały mój brak zainteresowań facetami, nawet chociażby Lewandowskim. Poczułam się osaczona i z ulgą przyjęłam powrót do pokoju.
Następna sytuacja miała miejsce już w drugim tygodniu. Było karaoke na zewnątrz,tuż po kolacji. Bardzo nie chciałam iść, jednak kto by mnie tam słuchał! Postanowiłam że skoro wypchali mnie tam na siłę to będę siedziała pod ścianą co i uczyniłam, było o tyle łatwo że siedziałam po prostu na wózku. Z dala dosięgały mnie głosy mamy i Ilony że introwertyzm w moim stopniu to już musi być leczony psychoterapią. Byłam tak wkurzona że na każdą próbę kontaktu mamy odpowiadałam fochem, że aż w końcu odprowadziła mnie do pokoju. Pomimo późnej pory napisałam do Ady. Ta mi odpisała, że mama pewnie chciała dobrze, tylko że niektórzy ludzie nie rozumieją, że to co dla nich jest fajne nie musi być fajne dla innych mieszkańców planety. Nie wiem czemu, ale po tej wiadomości poczułam wyrzuty sumienia i wróciłam na imprezę, zatańczyłam do paru piosenek z mamą. Ona była zachwycona, a ja przerażona głośną muzyką. Jak ludzie mogą się przy tym bawić?
W drodze do pokoju spotkałam jeszcze matkę pewnego bliżej nieznanego mi chłopca. Zapytała wprost czemu nie wychodzę i czy mama mnie przypadkiem nie trzyma w pokoju. Uznałam to za szczyt bezczelności, ale odparłam, że wolę czytać albo odpocząć. Zrozumiała. Okazało się nawet że obie czytujemy Musierowicz. Niestety obie mamy odmienne gusta co do ulubionych postaci. Ona kocha Gabrielę której ja nie cierpię. Nazywa ją jeszcze dobrą matką! Jak można nazywać dobrą matką kogoś kto uporczywie zataja informacje o ojcu przed dzieckiem! I dziwiła się, że lubię właśnie te dziecko, czyli Laurę Pyziak. Nawet syn tej pani był zaskoczony. No ale ta pani to idealna czytelniczka Musierowicz, poddana całkowicie komentarzowi odautorskiemu bacząc zupełnie na zachowanie postaci. Na szczęście się nie pokłóciłyśmy, a rozmowa zakończyła szybko.

No i to koniec na dziś, opisałam wszystkie moje wydarzenia z turnusu i od następnego tygodnia będę już dawała raporty z bieżących wydarzeń.
Jestem tak zmęczona, a tu jeszcze trzeba sprawdzić tekst trzy razy i poćwiczyć w międzyczasie…
Trzymajcie się!
 
 
impresje

Dołączył: 10 Lip 2020
Posty: 246
Wysłany: 2021-07-11, 16:53   

Cytat:
Skoro impreza z wezwaniem policji i kanapą lodującą przed blokiem to nie jest patola to jednorazowy napad na bank też nie powinien być przestępstwem!
:D

Dobrze zauważyłaś.

Cytat:
Ada odpisała, że mama pewnie chciała dobrze, tylko że niektórzy ludzie nie rozumieją, że to co dla nich jest fajne nie musi być fajne dla innych mieszkańców planety.
:cool:

Ada ma rację. Diano dobrze się czyta. :)
_________________
Pozdrawiam.
 
 
LittleDiana 


Wiek: 25
Dołączyła: 25 Sty 2021
Posty: 31
Wysłany: 2021-07-11, 18:19   

Dziękuje za miłe słowa! Szczególnie że na innym serwerze znów dostałam dużo hejtu. Tym razem od nowego czytelnika. Przeczytał dwa ostatnie rozdziały i stwierdził że Laura zbyt serio podchodzi do rehabilitacji. Że chciałby mieć tak proste problemy. Że to wszystko pewnie siedzi mi w głowie, że rehabilitacja przecież Laury nie uzdrowi. Nie wiadomo czemu uznał że Laura uznała urazu po wypadku. Dodał że na rehabilitację lekarze wysyłają gdy nie ma szansy na wyleczenie i tak się doi kasę. No i skoro Daniel jest w takim stanie jakim jest to znaczy że rehabilitacja nie działa… A jedyny kontakt tego kogoś z niepełnosprawnymi to wnuczka znajomych której eksperymentalna terapia wzroku w USA się nie powiodła. Drugi czytelnik dodał,że terapia działa ponieważ Laura w to wierzy.
Przez te słowa chciałam rzucić pisanie,ale w sumie doszłam do wniosku że trzeba edukować ludzi na temat niepełnosprawności,bo świadomość społeczna jest słabiutka…
 
 
LittleDiana 


Wiek: 25
Dołączyła: 25 Sty 2021
Posty: 31
Wysłany: 2021-07-17, 17:58   

Rozdział Dwudziesty trzeci - Lato na wsi i w mieście
**
Hej. Jakoś jestem dzisiaj zestresowana wizją pisania notki. Ostatnio dostałam wiele różnych komentarzy. Nie był to typowy hejt, ale raczej niezrozumienie tematu o którym piszę. Nie zmienia to faktu, że mocno się tym wszystkim przejęłam i nawet myślałam o zawieszeniu działalności pisarskiej, bo czytelnicy nie do końca zrozumieli moje intencje. Czy oznacza to, że nie umiem przekazać to co chciałam napisać? Albo czytelnicy wymagają ode mnie czegoś zupełnie innego? Być może. Ja swoją pisaniną chcę tylko przybliżyć wam jak się żyje osobie niepełnosprawnej. Nie ma tu i raczej nie będzie wielkiej akcji, pościgów, strzelanin i romansów. Zwykła szara proza życia. I wiem, nie każdego musi to interesować. Sama świadomie wybrałam sobie niszowy target, więc teraz nie powinnam przeżywać że jest niezrozumiały. Ot, takie prawa rynku,czytelników. Jednak po jakimś czasie uświadomiło mi to, że to jest dokładnie ten powód dla którego powinnam pisać. By ludziom ten temat był bardziej przyjazny. Nie mam zamiaru jednak robić tego na siłę. Wiem, że zazwyczaj robię błędy typu zbyt duże spacje pomiędzy zdaniami czy takie że moje teksty są po prostu zbyt długie,jednak z drugiej strony chcę dokładnie wszystko opisać. Szczególnie jeśli chodzi o turnusy, bo tak rzadko tam jestem (z porównaniu z domem) a są dla mnie tak ważne, że chcę żebyście uchwycili każdą ich barwę. Jednak dzisiejszy rozdział będzie krótszy niż pozostałe. Dlaczego? Zwyczajnie po prostu w ten szatański upał mniej się działo. U Tośki w tym tygodniu byłam tylko raz. Miałam być dwa. W czwartek co prawda na piętnastą i tylko na godzinę, ale mamie się miało opłacać, bo chciała załatwiać coś w ubezpieczalni która mieści się w końcu w tym samym budynku co gabinet Tośki. Jednak w czwartek rano okazało się, że młody nie dostarczył jakiś dokumentów mamie i już się jej nie opłacało, więc cały plan poszedł sobie dokładnie gdzieś. Ja musiałam pisać do terapeutki że jednak nie przyjadę, a przecież szukała specjalnie kogoś kto się zajmie jej dzieckiem na tą godzinę. Byłam wkurzona, ale ewentualnie ćwiczyłam sama w domu co w ten upał nie było wcale takie łatwe. Co się naustawiałam tego wiatraka by wiał mi po nogach to tylko ja wiem.
A co do turnusów to nie wiem czemu wkręciłam sobie, że skoro już będzie po wakacjach to na pewno będzie wolne miejsce w drugiej połowie października. Kiedy wysmażyłam o to mejla do ośrodka to okazało się, że miejsc nie ma nawet wtedy! W sensie, mam termin na drugą połowę listopada, ale przecież to strasznie długo! Poza tym skoro mam miejsce już zaklepane od tamtego roku to ten debil i pasożyt zwany Danielem pewnie zdążył się już na niego wbić! Jak ja go nienawidzę, jego wygodnictwo doprowadza mnie do szału, muszę przez to zmieniać wszystkie moje plany, więc nawet nie wiadomo czy pojadę w tym roku, staram się jednak tym nie zamartwiać.
Pomimo upałów mam jednak raczej coraz lepsze nastawienie do świata. Może to właśnie przez te upały? Jest mi tak gorąco, więc nawet nie fantazjuje nad domniemanym odejściem Pawła i Ady z ośrodka którym zarządza upiorna szefowa. Może to właśnie te zmiany o których mówili Ada i Paweł gdy byłam u nich?

Mi te lato kojarzy się głównie z kompotem. Pewnie zapytacie czemu? A może nawet nie zapytacie bo odpowiedź jest tak oczywista jak to, że teraz umieram z gorąca. Otóż jest lato i jest z czego robić ten kompot. Mamy za domem mikroskopijny sadek i rosną tam czerwone porzeczki. Kompot jest z nich idealny ponieważ nie jest zbyt słodki co się dość ładnie komponuje z moją dietą. Zresztą od diety ostatnio robię dość dużo wyjątków, ale ogólnie ją trzymam dlatego nie przytyłam zbyt wiele, a jeśli waga mi nagle skoczy do góry to znowu będzie ona bardziej konserwatywna. Lepiej być szczupłą, nie dość że lepiej się przy tym wygląda to i się lepiej chodzi.
W tamtą sobotę oprócz tego, że pisałam notkę to na jakąś dobrą godzinę mama wyciągnęła mnie z domu na werandę by właśnie zrobić pierwszy w tym roku kompot. Usiadłam sobie wygodnie na wiklinowym fotelu przykrytym ręcznikiem, abym sobie tyłka nie upiekła od tej wikliny. Oczywiście fotel był ustawiony tuż przy ścianie budynku naszego domu, tak bym czuła się pewniej. Moim zadaniem było to aby odseparować łodyżki od porzeczek. Owoce trafiały do jednej miseczki natomiast zielone gałązki do drugiej. Przyglądałam się przy tym mojego podwórku. Wszystko było w pełnej zieleni, trawa i drzewa wręcz biły życiodajnym kolorem. To po prostu takie piękne! Gdyby nie było tylko tak gorąco! Nawet w mojej ulubionej, szerokiej, skromnej różowej sukience czułam się jakby ktoś mnie do wrzątku wsadził. Cała robota przy moich „szybkich” ruchach szła mi dosłownie jak krew z nosa. Wymyśliłam więc inny sposób. Chwytając łodyżkę w dwa palce, po prostu przesuwałam wzdłuż niej te palce. Tak wszystko mi zdecydowanie szybciej poszło. Przez chwilę nawet Lenka mi pomagała ale jak to z czteroletnimi dziećmi bywa szybko znudziła ją ta mozolna robota. Wolała biegać do tego mini sadku i przynosiła mi co różne owoce. Szkoda że nie porzeczki tylko maliny i wiśnie, ale mama i tak ugotowała z tego miksu całkiem smaczny kompot. Bratanica po raz drugi w tym miesiącu zapytała czemu mam takie krzywe palce gdy je prostuję najmocniej jak się da. Znowu dałam jej tą samą odpowiedź : Że taka się urodziłam. Wątpię by w tym wieku Lena zrozumiała co to jest Wcześniactwo czy Mózgowe Porażenie Dziecięce. Tą wiedzę dopiero przekażę jej jak będzie starsza. Oczywiście jeśli zapyta, nic na siłę, może nie będzie ją to interesować.

No to na początku opowiem wam co się działo nie tyle co w tym tygodniu na zajęciach u Tośki, tylko na poprzednich. Gdybym opisała tylko te z tego wtorku to byście nie wiedzieli o najważniejszych sprawach. No to tak w tamtą środę (bo nie udało się we wtorek) ruszyłam do Antoniny z twardym postanowieniem, że nie będę opisywać jej jak wyglądał turnus bo pewnie gdybym jej powiedziała o tych negatywnych aspektach typu zajęcia z Miłoszem to by czuła mściwą satysfakcję że u niej jest najlepiej. Nie dałam jej więc okazji by takie coś poczuła. Za to opowiadałam o dobrych stronach mojego pobytu, czyli coraz lepszym samodzielnym chodzeniu, tego że na zajęciach z Sarą sama weszłam na dużą salę. Niby się cieszyła, ale na kilometr było widać że udaje, strasznie to przykre było. Każdy inny fizjoterapeuta cieszył się z każdego mojego postępu, nawet jeśli nie była to jedynie zasługa tej osoby. Ba, nawet na turnusie Sara podkreślała że moje postępy to nie tylko jej zasługa, ale też innych terapeutów oraz mojej ciężkiej pracy. A tu zupełnie inne podejście.

Zanim jednak zaczęłyśmy nasze zajęcia to dowiedziałam się, że Elki nie zastanę przez długi czas w gabinecie. Czemu? Otóż jest w ciąży. I nie jest to niestety taka zwykła,książkowa ciąża jak u Tośki która pracowała na wyrywki do ósmego miesiąca stanu błogosławionego. Ciąża Elżbiety jest natomiast bardzo poważna. Dziecko nie rośnie. Jest to bardzo duży problem przez który lekarz zakazał jej pracować, chociaż wcześniej sam na pracę zezwolił. I to nie jest tak, że ta ciąża jest jakaś świeżutka. Elka jest teraz w piątym miesiącu. Wychodzi na to, że już w styczniu nosiła w sobie swoją córeczkę. Nagle poczułam trochę żal a trochę niezrozumienie. Dlaczego nie powiedziała mi wcześniej? Przecież musiała wiedzieć! A ja durna ciągałam ją po parkach i bibliotekach! Teraz już bardziej rozumiem naciskania Tośki na to bym z Elką została w gabinecie. Gdybym o wszystkim wiedziała to bym przecież sama bym powiedziała, że chętnie zostanę w środku, nie miałabym tak złego zdania na temat Antoniny. Z drugiej strony trochę będę za Elką tęsknić. W końcu to ona najbardziej mnie wyciągała na spacery, do biblioteki. Śmiało mogłam z nią pogadać na takie tematy jak irytująca rodzina czy również wkurzająca moja rehabilitantka a jej pracodawczyni czyli Tośka. Nawet nie zdążyłam jej opowiedzieć o tym jak to Antonina próbowała mi obrzydzić turnusy. Elka sama ostatnio za Tośką nie przepadała, więc jestem pewna że i tu pewnie znalazłybyśmy wspólny grunt. Obie uważamy że Antonina uważa się ostatnio za ósmy cud świata, spoczęła na laurach a na każdego innego terapeutę który nie pracuje dokładnie tak jak ona to patrzy wilkiem. We dwie stwierdziłyśmy że to niedopuszczalna i z lekka niepedagogiczna postawa, szczególnie że w tym gabinecie pracuje się głównie z dziećmi. Jestem jedyną z dwóch dorosłych pacjentów (w tym jedyną dorosłą pacjentką) Jednak że moje schorzenie podchodzi pod neurologię dziecięcą to na temat jego temat największą wiedzę mają terapeuci dziecięcy, więc takich się po prostu trzymam.
Oczywiście ciąża Elki narobiła trochę problemów – trzeba było zatrudnić nowe terapeutki. O tym już wiedziałam jeszcze długo przed wieścią o ciąży Elżbiety. Nie skojarzyłam jednak faktów. Terapeutki zawsze mówiły że mają za mało rąk do pracy a za dużo dzieci,więc wydawało mi się całkiem naturalne to że kogoś szukają. No i znalazły się dwie dziewczyny. Pierwsza ma na imię Róża i odpowiada głównie za integrację sensoryczną, czyli teoretycznie mogłabym mieć z nią zajęcia, bo przecież też mam zaburzenia czucia i równowagi. Druga ma natomiast też na imię Elżbieta i ona już prowadzi terapie ręki, czyli na przykład uczy dzieci z problemami kończyn górnych pisać, rysować a w gorszych przypadkach nawet chwytać. Niestety moje szczęście nie potrwało długo ponieważ Róża po dwóch tygodniach pracy wzięła urlop, od lipca aż do sierpnia. Natomiast Elka numer dwa ma też dyżury w przedszkolu w którym pracuje, więc Antonina została znowu na lodzie i to cud że znalazła dla mnie chociaż czas raz w tygodniu. Chociaż dla mnie to i tak za mało.

Co do tamtej pamiętnej środy to było tak, że Tośka wróciła właśnie z kursu, (podobno drogiego zresztą) który polegał na pracowaniu na kościach. Pani która ten kurs prowadziła przywróciła do sprawności dziewczynę która wpadła pod motorówkę wodną i miała poharatane z lekka kości i mięśnie. Super, naprawdę się cieszę jej szczęściem, tyle że u mnie problem polega na zupełnie czymś innym. U mnie uszkodzona jest cześć mózgu odpowiedzialna za ruch,wysyła ona błędne sygnały do układu nerwowego, więc dlatego mam między innymi zbyt napięte mięśnie czy tendencje do przykurczy oraz nieprawidłowy wzorzec chodu. Praca na kościach nie rozwiąże tu problemu, no ale skoro Tośka chciała to niech próbuje. No to zabrała się za moją twarz, postanowiła ją rozluźnić. Z racji, że chciała aktywować moje śliwianki bym się tak nie śliniła w nocy jak dotychczas, to musiała mi wkładać ręce do gęby(oczywiście w rękawiczkach) co dla osoby z nadwrażliwością dotykową nie jest zbyt przyjemne i powodowało u mnie odruch wymiotny. Chyba zresztą u każdego by taki odruch powodowało. Podobnie też wkładała mi te palce od nosa. Jej zdaniem mam stan zapalny i dlatego gorzej mi się oddycha ostatnimi czasy. Na szczęście nie wkładała zbyt głęboko bo nie miała do tego niezbędnego płynu czy tam żelu do USG. Tyle wygrać. Reszta zajęć przebiegała już całkowicie normalnie bo poszłyśmy na ten ogólnodostępny korytarz by trochę pochodzić. Wszystko wyszło nawet całkiem okej. Gdy szłam z dwoma kulami to terapeutka się oddalała bardziej niż zwykle. Nie mówię, że nie panikowałam, ale trochę mniej niż zwykle,więc tu już był sukces. Przy chodzeniu z jedną kulą przez pierwszą trasę nawet szłam w miarę płynnie i nie czułam strachu, dopiero gdy raz się prawie pośliznęłam zaczęłam się bać i iść sztywno niczym drewniana kukiełka. No, ale i tak było dobrze. Najbardziej podobało mi się jednak chodzenie bez kul. Co prawda nie było tak dobrze jakbym chciała, bo często miałam momenty spastyki. Mocno się przy tym chwiałam oraz nie obciążałam zbyt mocno lewej nogi, następnym razem postaram się bardziej. Jednak nadal potrafiłam się zatrzymać i postać trochę dłużej co już jest dużym osiągnięciem. Ogólnie byłam zadowolona z tych zajęć, ale najbardziej podobały mi się te wtorkowe o których zaraz wam opowiem. Były super, bo w terenie, mimo że nie poszłyśmy do biblioteki.
W poniedziałek wieczorem zapytałam terapeutki co będziemy robić następnego dnia. Ona napisała, że może gdzieś wyjdziemy. Na to ja zapytałam czy mam brać plecak bo po cichu liczyłam na to że następnego dnia wypożyczę sobie w końcu książkę „Nutria i Nerwus” bo to dobrze znani, chociaż nie zawsze uwielbiani Borejkowie, piękny klimat wakacji i moja ulubiona Laura Pyziak odgrywa tam bardzo ważną rolę. Trochę się wręcz wkurzyłam na wieść że plecaka mam jednak nie brać. Wyobraziłam sobie, że całe wyjście będzie polegać na chodzeniu przed budynkiem, jednak mile się zaskoczyłam.
Następnego dnia gdy już zjawiłyśmy z mamą przed budynkiem to zastanawiałyśmy się czy wchodzić do środka. Nie było jednak mi to dane bo na progu spotkałyśmy Antoninę która kazała nam iść w stronę jej samochodu. Czyli szykowała się dłuższa wyprawa! Już dawno takiej nie było! Więc to dlatego miałam nie brać plecaka. Wsiadłyśmy, kule wzięłyśmy na tył i ruszyłyśmy jak się okazało w stronę dawno obiecanej fontanny. Oczywiście rehabilitantka zaparkowała trochę dalej niżby mogła chociażby po to bym przeszła się po głośnym mieście co ma mnie i mój układ nerwowy nauczyć przyzwyczajać się do nagłych i głośnych dźwięków. Owszem, było głośno, ale chyba jeszcze gorsze było te gorąco. Zegar wskazywał dopiero dziewiątą a już było dwadzieścia osiem stopni! Pomimo że ubrana byłam cała na biało to i tak czułam, że się topię w całym tym ukropie i zastanawiałam się jak będę chodziła po tych wszystkich schodach, no bo przecież nie pojechałyśmy tam sobie tylko na tą fontannę popatrzeć. Po mojej prawej był rząd małych sklepików, większość tematyczna typu wędkarski czy taki z tkaninami do szycia oraz o dziwo mijałyśmy kafejkę internetową (takie coś jeszcze istnieje?!) Właściciele tych przybytków w dużej większości siedzieli w drzwiach swych sklepów i wachlowali czym się dało.
Niestety już z daleka widziałam że w fontannie była wymieniana woda, więc z początkowego zdjęcia nici ale nie przeszkodziło mi to by bliżej do niej podejść. Musiałam pokonać schody które nie miały poręczy, może dlatego że była ich niewielka ilość, więc musiałam się wspomagać tylko kulami. Tośka mnie asekurowała jednak w żaden sposób nie dotykała. Poradziłam sobie lepiej niż myślałam – praktycznie zero paniki. Pokonałyśmy te schody z dwa razy, jednak uznałyśmy, że to za mało,więc przeszłyśmy na drugą stronę ulicy. Tam były wysokie betonowe schody z kilkoma barierkami, raz były one po lewej, a raz po prawej stronie schodów. Tym samym ćwiczyłam chodzenie po schodach raz z prawą a raz z lewą kulą, chociaż czasami pomimo barierek wybierałyśmy opcje chodzenia z obiema kulami bym mogła być przygotowana kiedyś na dreptanie po schodach bez barierek. Lewą nogą bardzo ocierałam o schodek gdy robiłam krok prawą, więc zrobiła mi się dziura w skarpecie na lewej nodze, co zresztą widać na zdjęciach. Na górze okazało się, że nieco dalej jest lodziarnia, jednak żadna nie wzięła z nas hajsu, ale obiecałyśmy sobie że gdy następnym razem tu będziemy to pójdziemy tam na lody i będzie to nagroda za wdrapywanie się po tych stopniach. Kiedy schodziłyśmy jakaś miła pani która właśnie wchodziła z dziećmi na górę pomachała mi i krzyknęła „Dasz radę!” Było to bardzo urocze z jej strony i doceniam to że, ludzie czasami potrafią być mili. Przez całą wyprawę robiłyśmy zdjęcia, w sensie wtedy gdy mogłam stać w miarę bez asekuracji czując się bezpiecznie, czyli przed fontanną, betonowymi schodami oraz na samym ich szczycie, no i na ławce pod rozłożystym drzewem gdzie nastał upragniony odpoczynek. Zawsze dokumentujemy tak najważniejsze wyprawy. Przed tą ławką na której siadłam to się działa najzabawniejsza sytuacja. Nie byłyśmy tam jedynymi które chciały wypocząć. Jakaś starsza pani z pieskiem typu York na nasz widok opuściła miejsce z pewnym krótkim komentarzem, pewnie aby nie wyjść na niekulturalną chamkę. Mówiła do Tośki
- Mój Fifek bardziej się boi pani córki niż córka jego.
O dziwo to nie był pierwszy raz kiedy zostałam wzięta za córkę Tośki pomimo że jest między nami jedynie dziesięć lat różnicy i technicznie raczej nie jest możliwe bym jej córką była, nie jesteśmy nawet do siebie zbyt podobne. Zastanawiam się czy ja wyglądam tak młodo czy moja terapeutka tak staro. Zresztą nieważne, obie się z tego śmiałyśmy. Po krótkim odpoczynku ruszyłyśmy w drogę powrotną. O dziwo do samochodu szło mi się znacznie lżej, pomimo że byłam cała zgrzana a moja twarz była bardziej czerwona niż pomidory w sezonie.

W domu wstawiłam na fejsa i insta zdjęcia które mi wysłała Tośka. Oczywiście nie wszystkie tylko te co ładniejsze. Dodałam do tego krótki opis zajęć. Dostałam dużo lajków i wspierające komentarze. Ba, Marceli dał mi nawet komentarz z serduszkiem. Niby to miłe, ale bałam się że Norbert to zauważy i będzie gadał że Marceli to mój facet. Dla Norberta każdy facet w którym wchodzę w interakcję to mój chłopak. Głupie myślenie, ale on tak ma.

Na messengerze odbyłam jeszcze krótką rozmowę z Elką w której pogratulowałam jej ciąży. Okazało się że byłyśmy niedaleko jej mieszkania i że jak będziemy tam znowu to nas zaprasza w odwiedziny. Miło z jej strony.

Na tym chyba zakończę dzisiejszą notkę. Ostatnio zaczęłam czytać milion razy czytane „Dane Wrażliwe” Ewy Nowak i zawsze mnie ta powieść zachwyca.
Trzymajcie się!
 
 
impresje

Dołączył: 10 Lip 2020
Posty: 246
Wysłany: 2021-07-18, 02:12   

Odzew na pamiętniki Laury będziesz miała różny, nie zrażaj się tym. Proza nie musi być naszpikowana akcją, wystarczy że jest szczera i ze smakiem podana. Laura przyciąga pozornie negatywnych odbiorców, jednocześnie jej doświadczenia są cenne i trafiają do publiczności. Sama zauważyłaś że czytający mają małą znajomość tematu, dlatego warto pisać. Teksty nie są za długie, a błędy kosmetyczne, w mig poprawisz jak będzie taka potrzeba. Piszesz z humorem i ze szczerymi zrozumiałymi emocjami. Super.
_________________
Pozdrawiam.
 
 
LittleDiana 


Wiek: 25
Dołączyła: 25 Sty 2021
Posty: 31
Wysłany: 2021-07-24, 17:28   

Rozdział dwudziesty czwarty - Laura, Pseudo influecerka
**
Hej!
Obiecałam sobie, że moje notki od tej pory będą zdecydowanie bardziej optymistyczne. Na mnie też to będzie lepiej wpływało. Jednak co zrobić jeśli stało się coś negatywnego? Kryć to przed wam nie ma sensu. W sensie, nie jesteście oczywiście wywiadem śledczym żeby odkryć moje sekrety. Chodzi o to, że jak wszystko będę w trzymać w sobie to mi zdecydowanie na dobre nie wyjdzie bo się zamknę wewnętrznie. Nie jest to tego warte. Na początku opiszę wam rewelacje pogodowe, by potem przekazać raczej negatywne wieści a na koniec przejdę po prostu do pozytywów których w tym tygodniu nie zabrakło. Pomimo że tydzień raczej był pechowy.

No to miałam zacząć od rewelacji pogodowych i tak będzie. O ile jeszcze parę tygodni temu wszyscy słyszeliśmy o burzach przebiegających nad krajem, to do nas dotarły ostatki tej pogody i dopiero w niedziele wieczorem. W sumie dobrze się złożyło, bo nie chciało mi się siedzieć wieczorem na tarasie, więc z ulgą przyjęłam burzowe chmury. Miałam nadzieję, że posiedzę sobie na czacie i zamienię parę zdań z ludźmi na temat aury na zewnątrz, chociażby na pokoju mojego województwa. Jednak nie mogło to nastąpić. Normalna, typowa burza szybko przeistoczyła się w ulewę z mocnym wiatrem i piorunami. Moją matę która zazwyczaj leżała na tarasie gdzieś zwiało, deszcz był tak mocny że przez okna mojego pokoju nie dało się przez te strugi deszczu nic zobaczyć. Całą familią zgodnie wyszliśmy nad werandę przed domem by podziwiać wybryki zmian klimatycznych. Teraz sobie tak myślę, że to nie było zbyt mądre. No bo co gdyby nagle trafił w nas jakiś piorun? To wcale nie jest taka fantazja z kosmosu wzięta, przecież czasami pioruny trafiają w ludzi. Tak zginął starszy brat mojej babci.
Szybko znudziło mi się patrzenie na deszcz. No bo ile można patrzeć na wiatr, wodę lejącą się z nieba i błyskawice? Taki widok, nawet gdy te zjawiska pogodowe są bardziej obfite niż normalnie jednak bardzo szybko nudzi. Posiedziałam trochę, nagrałam filmik i chciałam iść do domu, jednak mama nie chciała mnie tak szybko zaprowadzić do środka. W końcu uległa i wróciłam do pokoju gdzie spędziłam resztę wieczoru.

Mam straszne wyrzuty sumienia. Naprawdę, większych chyba nigdy nie miałam. Pomimo że na ten tydzień upały zelżały to prawie nie ćwiczyłam. To znaczy w poniedziałek zaczęłam, ale było mi bardzo trudno. Miałam zmiany nastrojów bez powodu, czułam ból w dolnej części pleców. Wszystko to się składało w logiczną całość że zbliża się miesiączka. No i tego dnia umówiłyśmy się z mamą na spacer naszymi wiejskimi drogami. Wytrzymałam może z pół trasy. Z powodu nastroju i bólu chyba wszystkich mięśni szło mi się tragicznie, sztywno i o niemal dwa razy się nie wywróciłam. Jak z Natalią pisałam to sama też twierdziła że to może być na okres. I to się okazało prawdą już wieczorem, we wtorek nie ćwiczyłam z tego powodu. W środę miałam jechać do Tośki na ósmą rano. Jednak ta godzina nie pasowała ani rozżalonej hormonami mi (bo w sumie nic mi wtedy nie pasowało) ani też mojej mamie bo było za rano. Tak więc zostałam bez rehabilitacji przez cały tydzień. Już w tamtym tygodniu pomimo ćwiczeń lekko zaczynało mnie boleć biodro i chciałam to Tośce przekazać. Bez ćwiczeń ten ból jeszcze się powiększył, tak więc chcę przeżyć weekend i udać się do Tośki w najbliższym możliwym terminie.

W międzyczasie moje wkurzenie na to, że nie mogę mieć rehabilitacji u Tośki chociaż dwa razy w tygodniu wzrosło do takich rozmiarów, iż postanowiłam działać. Pierwszym moim celem była ta przychodnia specjalizująca się w MPD. Kiedy patrzyłam na zdjęcia to trudno było w ogóle uwierzyć że to wszystko jest na Fundusz. Duże pomieszczenia, wiele zabiegów, psycholog. Całość naprawdę wyglądała zachęcająco. Oczywiście miałam obawy że mnie nie przyjmą, ale nie były one jakieś wielkie. W końcu moje schorzenie podchodzi pod neurologię dziecięcą, więc miejsce wydawało mi się idealne. Spisałam z internetu numer telefonu i dałam mamie. Sama zdecydowanie nie czuję się dobrze rozmawiając przez telefon. Raz nawet specjalnie nie odbierałam telefonów od darczyńców, bo się bałam z nimi rozmawiać. Czułam się niekomfortowo i nie wiedziałam zwyczajnie co powiedzieć. Dlatego namawiałam mamę by to ona zadzwoniła do tej przychodni co w czwartek rano zresztą uczyniła i to nawet przy mnie. Obie siedziałyśmy wtedy na tarasie. Na początku pani po drugiej stronie słuchawki zareagowała dość optymistycznie. Jednak radość w jej głosie ucichła gdy wyszło że mam prawie dwadzieścia sześć lat. Okazało się, że pełnoletnich nie biorą. Świetnie! Tak jakby niepełnosprawne dzieci nigdy nie dorastały! Albo gdy jest się takim dorosłym dzieckiem to się z automatu traci się dużą część możliwej pomocy! Aż zazdrościłam córce Ilony i reszcie jej familii. Jest to Polska rodzina, ale mieszkają w Niemczech. Tutaj przyjeżdżają tylko na turnusy, bo tam takiej formy rehabilitacji nie ma. Za to tam ma bez limitu rehabilitację miejscową na rzecz państwa parę razy w tygodniu. A jest dorosła,parę lat młodsza ode mnie i nawet nie jest obywatelką Niemiec! A ja nie mam prawa do pomocy w swoim kraju, bo dorosłych najwidoczniej spisano na straty. Poczułam smutek i złość na siebie za to, że nie jestem parę lat młodsza. Mama jednak nie odpuściła tak szybko i zaczęła tam smęcić na temat, że bardzo potrzebuję rehabilitacji, bo będę mieć przykurcze gdy się nie ćwiczy a prywatna rehabilitacja jest dość droga. Oczywiście to wszystko jest prawdą, ale wkurzył mnie ten ton rodzicielki,taki pełen rozpaczy. Trzeba jednak przyznać że odniosło to oczekiwany skutek, bo pani po drugiej stronie jakoś zmiękła. Kazała zadzwonić następnego dnia pomiędzy jedenastą a dwunastą, bo wtedy będzie osoba która odpowiada w tym przybytku za te wszystkie prawne mankamenty. No i mama zgodnie z instrukcjami zadzwoniła. Niestety ta druga osoba chyba nie była aż tak przychylna jak pani z dnia poprzedniego. Powiedziała że nie ma takiej możliwości. I że owszem, prowadzą rehabilitację dla dorosłych, ale tylko z lekkim i umiarkowanym stopniem niepełnosprawności. Ja natomiast mam znaczny. Czyli nagle po prostu jestem zbyt niepełnosprawna na pomoc! Zupełnie nie rozumiem tej postawy! Czy to ma jakieś uzasadnienie prawne? Dlaczego tak zrobili? Czy to dlatego że łatwiej się z takimi pracuje? A może bali się że pójdzie do nich ktoś z neurologią dorosłą na przykład po udarze i nie dadzą sobie rady? Nie wiem o co tu chodzi, ale odesłali mnie do przychodni z której jest Sławek. Co śmieszne to właśnie tam powiedzieli że jest taka wypasiona przychodnia i tam się specjalizują w MPD a oni (czyli Sławkowa przychodnia) niezbyt się na tym znają, co zresztą pokazały zajęcia ze Sławkiem, sami wiecie, bo o tym wiele razy wam już pisałam. Więc chyba w tym roku obejdę się bez rehabilitacji na NFZ, bo potem znowu będę pospinana po Sławku i mam zwyczajnie dość bucery tego typa. Chamskich tekstów typu „Masz taki kiepski humor bo ktoś Ci do kawy nasrał?” to już nie mam ochoty słuchać. Pozostaje mi jedynie szukać prywatnie. Kiedy sześć lat temu próbowałam tej taktyki to mi zdecydowanie nie wyszło, bo większość terapeutów z mojego miasta konsekwentnie poszła bardziej w kierunki typu leczenie bóli, czy rehabilitacji po złamaniach. W sumie się nie dziwię z finansowego punktu widzenia to się zdecydowanie bardziej opłaca, bo takich pacjentów zawsze będzie pełno. Jednak przez sześć lat mogło się dużo zmienić i może jest chociaż jeden fizjoterapeuta neurologiczny który weźmie tak dużego dzieciaczka jak ja. Oczywiście ja to jak ja, jeszcze się za to nie zabrałam. Jestem za to dumna z siebie bo nie żaliłam się ani Adzie ani Pawłowi czy też Marcelemu. Będą o mnie pozytywniej myśleć, jeśli nie będę im teraz zwalać na głowę moich żalów w których i tak nie mogą mi pomóc. Napiszę do nich o tej całej sytuacji dopiero gdy właśnie kogoś znajdę (jeśli w ogóle będę szukała) i dam relacje z pierwszych zajęć do ich oceny. No i może wspomnę o tej narośli co mi się robi na plecach. Mam szczerą nadzieję, że to nie jest garb, tak jak mi mama sugeruje… Chociaż w czym oni mi mogą pomóc chociażby bez zdjęcia tego dziwnego stanu? W ramach pozytywnego nastawienia gdy już o nich myślę, to staram się nie rozpaczać nad potencjalnym odejściem przyjaciół, a raczej próbuję myśleć o naszych rozmowach, wizytach u nich w domu czy nawet wyobrażać sobie te przyszłe wizyty. Coraz lepiej mi to wychodzi. Staram się też nie przypominać sobie o tym, że następny turnus dopiero w listopadzie. Mam nadzieję jednak że jakieś miejsce zwolni się wcześniej. Jedno jest pewne, muszę się od poniedziałku wziąć ostro za ćwiczenia, a jeśli do sierpnia Tośka będzie miała dla mnie tylko jedno miejsce w tygodniu to poszukać kogoś dodatkowego do rehabilitacji miejscowej. Wiem, że to nie jej wina, że Elka jest w ciąży, a Róża ma wszystko w tyłku i wzięła długi urlop, ale też muszę myśleć o własnym zdrowiu. Staram się też nie zadręczać tym że nie ćwiczyłam ten tydzień z powodu tego okresu oraz trzydniowej wizyty Lenki, bo trudno ćwiczyć gdy małe dziecko biega ci pod nogami. Czasami się tym bardzo martwię, czasami nie. Staram sobie wytłumaczyć że w wakacje zawsze biorę sobie tydzień wolnego od ćwiczeń i to był najwyraźniej ten tydzień.

Przez ten cały czas bardzo zbliżyłam się do Natalii, chociaż przecież już byłyśmy blisko wcześniej. W przerwach od czytania dużo pisałyśmy, to ona mnie pocieszała mnie gdy nie udawało się z tą rehabilitacją, żartowałyśmy o Świadkach Jehowy, bo obie oglądamy sympatyczny kanał byłych Świadków, czy po prostu pisałyśmy. Ostatnio Natalia ma zajawkę na Instagram. Pstryka sobie częściej zdjęcia, czy to selfie czy ze spacerów i wstawia. Robi to zwyczajnie dla zabawy oraz chęci testowania fajnych produktów. Fajnie jej to wychodzi, robi dobre fotki, ma coraz więcej lajków no i fajnie się dziewczyna rozwija. Ustawiła sobie nawet konto na profesjonalne, w kategorii „Blog osobisty” i tak się bawi. Ma coraz więcej obserwujących i fajną społeczność oraz dostęp do statystyk. Ja, jak to ja trochę ze mnie papuga i też tak zechciałam. Uznałam że to będzie fajna zabawa, w końcu i tak wstawiam ostatnio coraz więcej zdjęć, więc i tak jest tak jakbym już się tak bawiła. Również ustawiłam sobie konto na profesjonalne by mieć wszystkie te bajery która ma przyjaciółka i powiem wam, że mnie też się to spodobało. Każde nowe serduszko przekonuje mnie że warto. W wyobraźni widzę siebie jako skromną porządną influecerkę która zarabia na recenzji książek i może nawet sprzętu rehabilitacyjnego! Wtedy być może zacznę na tym wszystkim dorabiać i nikt już nie będzie narzekał że nie pracuję! Kurde, trochę wyobraźnia mnie poniosła, bo wiem że to może zwyczajnie nie wypalić,a nawet jak wypali to długa droga przede mną. Chyba muszę nabrać trochę więcej pokory i mniej fantazjować, bo się szybko wypalę.
Wczoraj by bardziej urozmaicić moją świeżo zaczynającą się „karierę” dodałam krótką recenzję „Danych Wrażliwych” Co prawda czytałam już to tysięczny raz, ale zawsze fascynuje mnie historia Niny. Z powodu samotności w rodzinie i braku przyjaciółek, w rozmowie z byłą przyjaciółką wymyśla sobie chłopaka o imieniu Paweł. Okazuje się, że w ich miasteczku ginie chłopak który nazywa się Paweł Olcha. Nina go znała, owszem chodzili razem na plastykę, ale to tyle. Jednak wszyscy w szkole uznają że byli parą, bo Niny po jego śmierci nie było trzy dni w szkole. Tak naprawdę nie było jej z powodu zapalenia ucha środkowego,ale o tym nikt nie wie. Nastolatka korzysta z nadanego jej prawa do żałoby i z jednej strony napawa się troską otoczenia, z drugiej męczy się w udawaniu a z trzeciej podejrzewa wszystkich o szpiegostwo. Właśnie te miotanie się w kłamstwach i pomiędzy własnymi uczuciami chyba mnie ujęło, uwielbiam takie książki i mogę je ciągle czytać! Niestety chyba użytkownicy insta nie podzielają mojego zdania, bo mam tylko dziesięć lajków, Natalia mówi jednak żeby się nie zniechęcać tak szybko, że z każdym postem będę mieć więcej serduszek. Mam nadzieję, że to prawda bo czytam kolejną książkę tej autorki - „Dzień Wszystkiego” i mam zamiar wstawić zapowiedź recenzji a parę dni potem samą recenzję.

No to ja już kończę na dzisiaj. Co myślicie o tym że rozdziały są coraz krótsze? To plus czy raczej macie wrażenie że piszę na „odwal się” ?

Trzymajcie się!
 
 
impresje

Dołączył: 10 Lip 2020
Posty: 246
Wysłany: 2021-07-24, 18:37   

LittleDiana napisał/a:
No to ja już kończę na dzisiaj. Co myślicie o tym że rozdziały są coraz krótsze? To plus czy raczej macie wrażenie że piszę na „odwal się” ?
:)

Długość notki zależy od chęci pisania. Warto otworzyć się do terapeutów na temat problemów związanych ze zdrowiem, być może są w stanie doradzić.
_________________
Pozdrawiam.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » PISANE PROZĄ » Różne gatunki prozy » Laura w Krainie Rzeczywistości


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo