Dołączyła: 05 Gru 2007 Posty: 863 Skąd: z przedmieścia
Wysłany: 2007-12-30, 19:52 Schody i drzwi
Schody i drzwi
Zima tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego piątego roku, styczniowy wieczór poukładał ludzi za zamkniętymi drzwiami własnego życia. Zbliża się pora kolacji. Na poddaszu pruszkowskiej kamienicy Natalia Sosnowska, urzędnik magistratu, matka pięciorga dzieci dorabiająca do pensji szyciem, przygotowuje posiłek dla swego męża Stanisława. Wrócił z pracy zmęczony, pracuje jako wagowy w składnicy złomu. Przez pół dnia ustawia i waży samochody przywożące złom do składnicy. Sfrustrowany inteligent, były inżynier drogowy, lekceważony przez kierownictwo z powodu swoich skłonności do alkoholu, niezbyt potrafi odnaleźć się w nowej roli wagowego. Nadmierny pociąg do wysokoprocentowych trunków pozbawił go poczytnego stanowiska. Teraz, śliniąc dokładnie kopiowy ołówek, zapisuje zważone kilogramy w wielkiej księdze. W przerwie zjada kanapki przygotowane przez żonę i łapie muchy, aby nakarmić okazałego pająka mieszkającego w rogu jego portierni-wagowni. Duży, czarny, opasły pająk zadomowił się tam już na dobre. Wandzia, pięcioletnia córka Natalii i Stanisława, przychodząc do ojca zawsze patrzyła z niepokojem na to czarne zwierzątko wiszące na srebrnych nitkach przy suficie. Nie rozumiała dlaczego ojciec zabija niewinne muchy, by nakarmić inne stworzenie.
Dziś Wandzia nie myśli o pająku, nie patrzy z zainteresowaniem, jak ojciec ślini ołówek i zapisuje cyferki na kartce podzielonej liniami. Kiedyś dostała od ojca kilkach takich kartek, aby móc pisać literki, zna już całe abecadło i potrafi nawet przeczytać gazetę. Ojciec jest z niej dumny. Wandzia ma iść do sklepu pana Piekarskiego kupić tacie papierosy, zapałki i piwo. Ojciec miał w pracy imieniny pana Władysława, zmiennika. Wypili tylko po litrze czystej na głowę. Jak oznajmił, „nie miał czasu na zakupy”. Wandzia, pomimo swoich pięciu lat, nie raz chodziła do sklepu sama, lubiła zakupy. Jest bardzo rezolutną dziewczynką zawsze dokładnie liczy pieniążki i sprawdza wydaną resztę. Wie, że ojciec złościłby się gdyby przyniosła za mało, lub nie daj Boże zgubiła pieniążek. Ale dziś… Jak ma dziś przejść obok piwnicy? Rano był w kamienicy pan policjant i jacyś ludzie w czarnych ubraniach. Zabrali pana Brzezińskiego. Wandzia nie wie jeszcze gdzie, lecz słyszała jak mama Ewy Choińskiej rozmawiała z panią Brzezińską.
- Haniu, co za nieszczęście ciebie spotkało, kto by pomyślał, twój Czesław powiesił się. Kochana przyjmij moje kondolencje, co ty teraz poczniesz sama… i taki wstyd.
- Ciężko nam się żyło po tym jego wypadku w fabryce. Czesio nie mógł znaleźć pracy, brakowało na chleb, czuł się winny. Tłumaczyłam – „poradzimy sobie jakoś” Jednak on był niesłychanie odpowiedzialny za cała rodzinę i to go gnębiło. Wczoraj przyszedł kolejny rachunek za światło, nawet go nie pokazał, powiedział: Idę się przejść. Wyszedł, a za pół godziny puka do mnie Janek Sandurski. Nie zdążyłam otworzyć dobrze drzwi, a on krzyczy: - Haniu, Czesław powiesił się! Przy piwnicy Adamczaków! Na pasku od spodni! Odciąłem go, ale było za późno. Nie żyje!
- Co za tragedia! A wiesz, że wisielcy nie mogą zaznać spokoju. W odpokutowaniu za grzech, który popełnili plączą się po miejscu, gdzie dokonali tego czynu, to znaczy ich duch się błąka..
- Nie myślisz chyba, że Czesio będzie nas straszył?
- Nic nie wiadomo kochaniutka.
Wandzi po małej główce przebiegają różne myśli. Trzymając w rączce karteczkę z zakupami: dziesięć Sportów, zapałki i piwo, zakłada paltko i buciki. Nie lubi sznurować, jednak w nie zawiązanych niewygodnie zbiegać po schodach. Trudno by było uciekać, gdyby duch pana Czesława właśnie wtedy, kiedy będzie przechodzić obok piwnicy, wybrał się na spacer. Wandzia jest sprytną dziewczynką, wszystkie ubranka dla swoich lalek szyje sama i potrafi robić piękne domki z kartonowych pudeł po makaronie, ale dziś… Dziś nie chce być dzielna, dziś chciałaby usiąść w swoim kąciku pod mansardowym oknem, utulić swojego marynarzyka, gwiazdkowy prezent od Mikołaja i zaśpiewać mu kołysankę.
Musi wyjść, gdyby nie poszła, tata będzie bardzo zły, pobije mamę, a może i brata lub ją… Musi iść do sklepu! Chwyta za klamkę, otwiera drzwi, ciemny korytarz nie zachęca do pójścia dalej. Szuka włącznika. Jest! Rozbłysło światło, może śmiało schodzić po schodach. Lubi biegać po nich wspólnie z Justyną, swoją przyjaciółka, gdy bawią się razem, lecz teraz chętnie zawróciłaby z powrotem do mieszkania. Oby tylko światło nie zgasło. Schodzi odważnie w dół, trzecie piętro, drugie… na pierwszym ciemno… Przepaliła się żarówka? A może stłukł ją Antek spod ósemki? Mama zawsze mówiła, że to straszny łobuziak. Chwila konsternacji, jak iść dalej, myśli: pobiegnę szybko, może duch pana Czesia nie zauważy mnie? Zatrzymuje się na półpiętrze… Stało się coś dziwnego, nie widać schodów… Czy duchy potrafią zabierać schody?… To tylko parę stopni, przeskoczę, a jak wpadnę? Tam jest wielka czarna dziura, zapewne w niej mieszka duch powieszonego pana Czesia, a może i inne duchy. Co duchy robią z małymi dziewczynkami..? Antek opowiadał, że wygryzają im języki, aby nie mówiły za dużo, obcinają ręce i nogi, a resztę zakopują po uszy w piwnicznym węglu. - Boję się…wrócę na górę, powiem ojcu, że nie było nikogo u pana Piekarskiego. Tak, wrócić się, szybko! Wandzia wbiega kilka stopni w górę i zatrzymuje się… Nie! Ojciec rozzłości się, będzie bił mamę. Choć nie ma jednej nogi, stracił ją na wojnie, jest silny i ma swoją drewnianą kulę do bicia, podpiera się nią, gdy zdejmuje protezę.
- Nie chcę by mama płakała!
Dziura gdzieś zniknęła, schody powróciły. Wandzia zbiega prędziutko po stopniach. Jeszcze tylko przejść obok piwnicznych drzwi. Będę szła na paluszkach, duch nie usłyszy moich kroków. Przypomina się jej krótki wierszyk, który mówił tata:
Dobranoc, pchły na noc, karaluchy spod poduchy jak cię będą gryźć proszę do mnie przyjść. Mieszkam na ulicy rycy-pycy pod numerem czarownicy, trzecie piętro pod schodami, zamykam się agrafkami.
- To tylko bajka, przecież czarownic nie ma na świecie - tak mówiła mama.
- Nie ma czarownic, nie ma duchów! – powtarza, dla dodania sobie odwagi - dochodząc do piwnicznych drzwi zwalnia, wolniutko z paluszkiem na buzi, przechodzi obok. Otwarte, oby nie usłyszały jej kroków. Wreszcie dotyka klamki wyjściowych drzwi, otwiera energicznie i wybiega na podwórko. Uliczne latarnie i biel leżącego śniegu rozświetlają mrok, strach pozostał za zamkniętymi drzwiami.
Do sklepu pana Piekarskiego jest niedaleko. Wychodząc z podwórza skręca się w prawo i jeszcze raz w prawo. Przechodzi się jakieś trzysta metrów , później trzeba przejść na drugą stronę ulicy. Wandzia wie, trzeba obejrzeć się w lewo, potem w prawo i jeszcze raz w lewo, jak nie widać samochodu, można przechodzić na druga stronę, tak uczyła mama.
- A które to prawo?- kredens w kuchni stoi po prawej stronie, jak patrzę na okno - już wiem które to prawo!
Nic nie jedzie. Dziewczynka przebiega przez ulicę. Jest już przy sklepie pana Piekarskiego – zamknięte. Tatuś powiedział, że jak sklep będzie nieczynny mam iść od zaplecza. Wandzia puka nieśmiało do mieszkania, wstydzi się, że tak późno, ale przecież ojciec kazał. Pan sklepowy otwiera drwi. Ma białe włosy i jest taki ogromny, ale uśmiecha się miło.
- Poproszę dziesięć Sportów, piwo i zapałkę – podaje karteczkę – tata mnie przysłał.
Wielki pan sklepowy śmieje się.
- Zapałkę, jedną..?
- Nie, pudełko – odpowiada speszona Wandzia.
- Nie smuć się, żartowałem, lubię cię Wandziu, ładna z ciebie dziewczynka i taka dzielna. Nie zimno ci, tak się trzęsiesz? Czemu ojciec tak późno posyła ciebie do sklepu? Nie mógł przyjść sam?- padają pytania.
- Tatuś jest zmęczony. W pracy miał imieniny kolegi, pił – Wandzia spuszcza ze wstydem głowę.
- Rozumiem - Piekarski dobrodusznie gładzi dziewczynkę po włosach – proszę weź zakupy, idź zanieś ojcu, tylko uważaj jak będziesz przechodziła przez ulicę.
Poczekaj, Wandziu, odprowadzę ciebie?- dodaje.
- Nie, dziękuję panu! Tata gniewałby się i powiedział, że jestem gapa i niezdara. Dziękuję panu - Wandzia grzecznie dyga nóżką.
- Do widzenia!
Znowu jest na ulicy, czeka ją jeszcze ponowne przejście obok piwnicy, stara się o tym nie myśleć, przygląda się przechodniom. Jedni zamyśleni, drudzy roześmiani, lubi patrzeć na ich twarze, gdyby miała kredki, namalowałaby je, a szczególnie tą panią w długich jasnych włosach, jest taka piękna i tak miło się do niej uśmiechnęła.
Wandzia dochodzi do swojego domu. Drzwi kamienicy zamknięte, a za drzwiami… Co jest za drzwiami? A jeżeli on tam stoi i czeka na nią? Postoję na podwórku, może ktoś z sąsiadów będzie wracał do domu, wejdę z nim. Spogląda na okna kamienicy, w większości palą się już światła, zapewne wszyscy są w domu… chyba, że pan Krawiec, on późno wraca. Poprawię bałwanowi nos, ktoś przekrzywił marchewkę.
- Nie zimno ci bałwanku? – pyta.
Trzeba wracać, tata będzie niezadowolony. Wandzia podbiega do drzwi , otwiera niepewnie, pali się światło, uff… drzwi od piwnicy są zamknięte, wbiega po schodach. Pani Ewa mówiła: „duchy nie straszą jak jest widno”. Biegnie coraz szybciej, jest już na swoim poddaszu. Odpoczywa chwilę.
- Nie bałam się, jestem dzielna, tatuś zawsze mówi: trzeba być odważnym. Naciska na klamkę, wchodzi do mieszkania. Podaje ojcu papierosy, zapałki i piwo, jest rozradowany, nawet ją pochwalił i dał pięćdziesiąt groszy za drogę, tylko nadal krzyczy na Adama, że nie potrafi powiedzieć całego pacierza z pamięci. Adam jąka się, płacze. Jest starszy o rok od Wandzi, ale nauka przychodzi mu trudniej. Wandzia prosi ojca:
- Tato ja powiem, ja! Adam przynosi węgiel i naostrzył nóż, a ja tego nie potrafię. Tatusiu, nie męcz go, ja powiem, zobacz już cały umiem na pamięć, posłuchaj!
- Ojcze nasz, któryś jest w niebie: święć się imię Twoje, przyjdź Królestwo Twoje, bądź wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi… - zaczyna płynnie.
Ojciec siada na łóżku, otwiera piwo, zapala papierosa, słucha. Ciepły głos dziecka i wypite piwo działają uspokajająco.
- Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. – z ust dziewczynki płyną dalsze słowa pacierza.
Ojciec słuchając zasypia. Dzisiaj już nie będzie bił mamy. Wandzia kładzie się w łóżku obok swojego brata, przytula się, próbuje zasnąć. Wie, że ojciec nie obudzi się, jednak malutkie serduszko bije mocno. Podchodzi do niej mama, całuje na dobranoc… Zasypia. Noc.
Los dziecka, które musi rosnąć szybko. za szybko... Znałam kiedyś taką Wandzię... Kiedyś nawet powiedziałam jej, że jak będzie uciekała z domu, to pójdę razem z nią... Powiedziałam też tacie o tym uciekaniu. Najpierw się śmiał, a potem dał mi na lody i kazał uciekać z Madzią tylko do lodziarni. Później zrozumiałam, że ktoś mógł coś zaradzić, ale nie ja...
Są momenty, że interpunkcja i granice zdań raczej do korekty.
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty
Zosiu dobrze wczułaś się w los małej dziewczynki podążając jej myslami. Przeczytałem z zainteresowaniem. W trakcie czytania jednak troszeczkę przeszkadzało mi to co sam staram się rugować ze pisanej poezji, a mianowicie dużej ilości zaimków. Podam kilka przykładów w których spokojnie bez nich możnaby się obejść:
Lubi biegać po nich wspólnie z Justyną, swoją przyjaciółka
lekceważony przez kierownictwo z powodu swoich skłonności do alkoholu
Będę szła na paluszkach, duch nie usłyszy moich kroków
Wandzia jest sprytną dziewczynką, wszystkie ubranka dla swoich lalek
przygotowuje posiłek dla swego męża Stanisława
dziś chciałaby usiąść w swoim kąciku pod mansardowym oknem, utulić swojego marynarzyka
Nie powinienem się wypowiadać, gdyż jestem tylko czytelnikiem prozy, ale może przyjmiesz ten głos czytelnika do przemyśleń. Pozdrawiam.
smutne jest to opowiadanie
Los małej dziewczynki i tej rodziny nie jest zbyt łaskawy
Dzisiaj nikt by nie wysłał pięcioletniego dziecka po zakupy samego
ale 65 roku zdarzało się
Ciekawa jestem czy nie zaniechałaś pisania
Opowieść - wciągająca
z chęcią przeczytałbym coś jeszcze Twojego autorstwa
_________________ Jestem jaka jestem. Niepojęty przypadek, jak każdy przypadek.