Wysłany: Dzisiaj 10:56 Chopy! Pójść do medyka to szyćko w tobie znajdom!!!
(...)
Chociaż człowiek może dbać o siebie, stara się utrzymać sprawność, nie jest do tego księciem fotela i właścicielem pilota telewizyjnego w domu, jednak, w miarę upływu czasu życia, różne części własnego ciała zaczynają szwankować; wyrabiają się przez długoletnie użytkowanie. Od ich napraw czy zaleczenia mamy medyków. Od profilaktyki mamy… siebie. Ale „my, mężczyźni, nie musimy chodzić do lekarza, jeśli nic nie boli lub nie ma objawów zewnętrznych. Jesteśmy twardzi. Nie to, co kobiety, które z byle czym latają po przychodniach, aby przy okazji poplotkować w kolejkach z innymi oczekującymi pacjentkami”. W tym powiedzeniu jest zawarte nasze podejście do dbania o własne zdrowie.
Nie odbiegałem od typowego przedstawiciela płci męskiej. Jednak którejś zimy coś mnie podkusiło. Trochę już miałem też dość ciągłych nagabywań, abym „profilaktycznie…”. Poszedłem do lekarza rodzinnego, aby po kilku latach przypomnieć sobie jego twarz. Jeszcze go poznałem. Pierwszy punkt został zaliczony: „Na pamięć nie narzekam”. „Panie doktorze, prześwietliłbym płuca, tak dla własnego spokoju. Palę papierosy, niedużo i słabe, ale jednak”.
No i się zaczęło… W opisie zdjęcia RTG napisali, że jakaś szara plama za mostkiem, że nie mogą określić, co to. „No i po co ci to było” – sam siebie w pierwszej chwili strofowałem. Jednak druga zasada, którą się podpierałem „Jak już zacząłeś, to nie przerywaj, tylko dokończ” – ponagliła mnie do działania.
Ponowna wizyta u lekarza rodzinnego nie trwała długo. Medyk przeczytał, skrzywił usta i zaczął stukać w klawisze komputera. Wyciągnął pismo z drukarki:
– Panie B... trzeba to dobrze sprawdzić. To karta DiLO na tomograf komputerowy w naszej przychodni przy szpitalu. Na nią szybciej pana zarejestrują.
– To te CITO czy jak tam? – dopytałem odruchowo, oglądając wręczoną kartę z obu stron. Pierwszy raz w życiu widziałem, aby skierowanie było tak duże i szczegółowo opisane.
– Nie. DiLO przyspieszy na tomograf. Zrobią panu najpóźniej w miesiąc, a na CITO to kilka miesięcy.
– Aa, dziękuję, panie doktorze.
Na drugi dzień odstałem swoje w rejestracji przychodni przyszpitalnych. Obsługująca pani wzięła DiLO, przeczytała, następnie spojrzała w swój komputer i po wypisaniu papierka podała mi go wraz z moim skierowaniem:
– Proszę. Badanie będzie pan miał za trzy miesiące.
– Za trzy? – Zaskoczyła mnie odległym terminem. – Doktor, który mnie skierował, powiedział że na te DiLO to najdłużej miesiąc.
– A pan ma DiLO? – Spojrzała na dokument w moim ręku. – A, tak, faktycznie.
– Przecież go pani dałem, czytała pani. – Ostatkiem sił powstrzymałem się przed podniesieniem głosu, chociaż ciśnienie mi podskoczyło. Na szczęście jego parametry nadal miałem bardzo dobre. To był ten pozytywny efekt w miarę aktywnego sposobu życia.
– Tak, tak – odpowiedziała bez zmiany tembru głosu i wyciągnęła rękę. – Pan mi odda karteczkę.
Spojrzała ponownie w ekran komputera i wypisała nową. Przeczytałem dokładnie treść. Tym razem termin był wyznaczony za miesiąc. „No! Jak dobrze, że wtedy zapytałem, co to jest to DiLO – odetchnąłem z ulgą. – Gdyby nie to, wziąłbym pierwsze i miałbym badanie dużo później. Co za cholera z niej, no! Czytała, co jej dałem i termin późniejszy mi chciała wcisnąć, jak na zwykłe CITO!”. Już miałem jej głośno przygadać, ale kolejka oczekujących była długa. Zrezygnowałem. Niech tam!
Po miesiącu, już z wynikiem badania tomografem komputerowym, zameldowałem się u pani doktor od chorób płucnych. Przyjęła mnie bardzo miło, oglądnęła zdjęcia i odczytała wyniki. Zadała kilka pytań. Pokręciła głową:
– Coś tam jest, ale trudno określić. Wyniki są niepewne. W najbliższą niedzielę będzie u nas na dyżurze pani doktor z Centrum Onkologii w Bydgoszczy. Niech sama spojrzy. Dopiszę pana wyjątkowo do listy. I wpisuję, że nie wolno panu palić papierosów.
Co jest?! Wpierw to DiLO, teraz awaryjne dopisanie mnie do listy pacjentów u medyka od raka?! Już w najbliższą niedzielę?!
Poczułem lekkie mrowienie. Ale „sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało”. Do tego ten zakaz palenia… i taka od niej podzięka, że powiedziałem jej prawdę! A przecież ojciec zawsze powtarzał, że w rozmowie z kobietą milczenie jest złotem!
Po dojściu do samochodu zapaliłem papierosa, patrząc smętnie na unoszący się dymek, rozwiewany przez wiatr. „Nawet nie wiesz, fajeczko, że jesteś ostatnia (1) – uniosłem ją w palcach i obejrzałem z każdej strony. – Zostałaś wyróżniona, ciebie wybrałem. A co z twoimi dwiema towarzyszkami? – zaglądnąłem do środka paczki. – jak już, to od razu. Nie ma co przeciągać. Zostawię was na murku. Ktoś się połasi. Chociaż w dłuższym okresie czasu nie jest to dla niego z mojej strony prozdrowotny uczynek, ale niech ktoś ma chwilę zadowolenia.
W niedzielę kolejna miła pani doktor, tym razem z Bydgoszczy, poświęciła mi dość dużo czasu. W konkluzji badań stwierdziła :
– Trzeba to dokładniej ocenić. Za dwa tygodnie przyjedzie pan do mnie na oddział w Centrum Onkologii.
– A na długo, pani doktor? Po badaniu będę mógł wrócić do domu?
– Zobaczymy – odpowiedziała wymijająco.. – Lepiej rozwiać wątpliwości, co to jest. Może… – Uśmiechnęła się nie dokańczając zdania.
Od małego bobasa byłem życiowym optymistą, a takie nastawienie „poprawia zdrowie, każdy lekarz to powie”. Przyjąłem więc z dwóch możliwości jej dwuznacznej odpowiedzi tę pozytywną opcję. Pojadę do Bydgoszczy, sprawdzą, co i jak, uspokoją mnie i wrócę tego samego dnia do domu. Przecież się uśmiechnęła, a więc nie jest źle!
…Z początkiem kwietnia zajechałem na ogromny parking przyszpitalny w Fordonie, leśnej dzielnicy dzisiejszej stolicy Kujaw. Nowe budynki Centrum Onkologii, położone wśród lasów, tworzyły ładny komponent współgrający z okolicą, do tego z dala od hałaśliwego centrum miasta. Drugim plusem był darmowy parking, co współcześnie jest rzadko spotykanym podejściem „frontem do pacjenta i przybywających w odwiedziny”.
Podbudowało mnie to. Trochę zdziwiło mnie polecenie sekretarki w rejestracji: „Proszę się przebrać przed pójściem na oddział”. Dres miałem. Nigdy nie wiadomo, czy się nie przyda. Przydał się. Widocznie takie mają zwyczaje przy dokładniejszych badaniach. Przebrałem się i zameldowałem na oddziale szpitalnym.
…a tam nastąpiła siurpryza, znaczy zaskoczenie. Otrzymałem tyle wolnego czasu, z dala od gonitwy dnia codziennego i innych zajęć, że z nudów zacząłem opisywać na bieżąco to, co mnie spotkało. Przyznali go niespodziewanie dużo, tak iż mogłem poświęcić się pisaniu.
(...)
-----------
(1) W mieszkaniu pozostały nienaruszone dwie paczki papierosów. Leżą w barku i przy każdym otwarciu drzwiczek kuszą, a ja im pokazuję gest Kozakiewicza mówiąc „a wała!”. To dobry trening panowania własnej woli nad skłonnością i chęcią.