Siedzimy w ogromnej, z rudawo-złotymi obiciami sali i słuchamy koncertu. Ładnie grają, ładnie śpiewają, ale syn koniecznie chce wychodzić, bo ważne sprawy ma.
I
- Kupić takie inne jedzenie bym chciał, egzotyczne, żeby się zastanawiali skąd? Gdzie?
- Możesz zamówić gotowe dania – tłumaczę, praktycznie podchodząc do tematu.
- Zamówić? Może to myśl – odpowiada syn.
Idziemy szarociemnym podwórzem, okolonym złociejącymi już drzewami a w powietrzu czuć zapach jesieni.
II
Szykuję kanapę do spania. Nie jest to łatwe, bo miejsca mało, żeby bambetle poprzekładać i poukładać na nowo z sensem. Wsuwam rękę pod kołdrę w jeden róg kanapy i czuję ciepło. Zaskoczona, podnoszę kołdrę a pod kołdrą: dziewczyna. W piżamie i się uśmiecha. Leży w piżamie i się uśmiecha. Do mnie, bo jestem w pokoju sama.
- Co pani tu robi? – pytam, używając pani, bo dziewczyna wygląda młodo, ale dojrzale.
- Ja? Leżę.
- Ale skąd się pani tu wzięła?
- Z ogłoszenia – odpowiada.
- Nie rozumiem? – na to ja.
- Dałam ogłoszenie, że zajmę czyjeś łóżko na jedną noc, bez żadnych zobowiązań. Chciałam sprawdzić, jak się śpi w obcym łóżku. No i dostałam ten adres.
- Ale tu pani nie może spać, tu będzie spał mój syn, a na leżance jego dziewczyna – odpowiadam.
- Mnie to nie przeszkadza. On może tu spać. Ja tylko mam sprawdzić, jak to jest spać w obcym łóżku.
- Wykluczone – stwierdzam kategorycznie, ściągając z niej i z kanapy kołdrę.
III
Do pokoju wchodzi mój syn. Już w piżamie a za nim jego dziewczyna w koszuli nocnej.
- O co chodzi? – pyta syn, poprawiając spodnie od piżamy. – Skąd się tu wzięłaś? – pyta młodą kobietę na kanapie.
- Z ogłoszenia – odpowiada tamta i się uśmiecha.
- Jakiego ogłoszenia? – wtrąca się do rozmowy dziewczyna syna.
- Ja wam wszystko wytłumaczę – przerywam. – Teraz tylko muszę się zastanowić, jak was poukładać.
Rozglądam się po pokoju i nie wiem, co robić. Kto, gdzie, z kim.
- Pani i ja na kanapie. Ty – zwracam się do dziewczyny syna - na leżance. A ty – mówię do syna – idź do drugiego pokoju.
- Uważam to za niesprawiedliwe – dopomina się o inne traktowanie syn, ale wychodzi z pokoju.
IV
Nad ranem dzwonek do drzwi. Młoda kobieta wstaje z kanapy i wychodzi do przedpokoju.
- Jesteś gotowa? – słyszę obcy kobiecy głos z korytarza.
- Tak, mam tylko tę piżamę – odpowiada mój gość z ogłoszenia.
- To jedziemy – mówi obcy głos.
Wracam w sen, ale tylko na moment, bo nagle słyszę pisk i huk.
Odsuwam zasłonę za leżanką pod oknem i widzę ulicę szarzejącą w kolorach świtu. Na rogu gmatwanina trzech samochodów. Z jednego wysiada kobieta, mój gość z ogłoszenia i łapie się za głowę.
V
Za oknem wybuchają głośne fajerwerki, kolorowe kłębki dymów.
•••••••
budzę się.
odsłaniam okna.
jesienne słońce wchodzi do sypialni.
na czarnej komodzie nieporuszony siedzi budda.
pachnie cytrynową bazylią.
Stoję na mrocznej ulicy. Niewielki zielony autobus już ma ruszać, ale ja muszę wsiąść do niego, żeby powiedzieć do widzenia.
Wsiadam.
I
W środku jest tłoczno, lecz natychmiast zauważam koleżankę, która czeka na uścisk i cmok w policzek.
- No to jeszcze raz, trzymaj się, pa, postaram się zadzwonić po południu – mówię i zaczynam przepychać się do wyjścia.
II
Autobus ruszył zanim wysiadłam. Naciskam przycisk dzwonka, żeby dać znać kierowcy, że chcę wysiąść. Autobus jedzie dalej. Kierowca, nawet się nie obejrzał, żeby sprawdzić, kto nacisnął przycisk.
III
Czuję się jak w pułapce. Moja koleżanka zniknęła, na jej miejscu siedzi jakiś osowiały staruszek licząc drobne wysypane na kruchą dłoń.
- Jedenaście, trzynaście, piętnaście siedemdziesiąt pięć. Wystarczy – mówi do mnie. Podaje mi pieniądze i spogląda przy tym smutno. Ma bardzo jasne, zielone oczy.
IV
Wyciągam rękę po pieniądze, są kolorowe, jak żetony, pod spodem mają malutkie światełka. Nie ma na nich żadnych cyfr. Pytam:
- Skąd wiesz dziadku, że to piętnaście siedemdziesiąt pięć? – i patrzę na staruszka. Ale go tam, gdzie był - dopiero przed sekundą przecież - nie ma.
V
Autobus jedzie dalej. Przyciskam jeszcze raz dzwonek, ale kierowca nadal mnie ignoruje.
- Ja wysiadam – zaczynam przekrzykiwać pasażerów, ale nie wiem, czy mnie słyszy.- Słyszy pan? ja wysiadam!
- Niech pani nie krzyczy, ja dobrze słyszę.
- To niech się pan zatrzyma, ja wysiadam!
- A gdzie pani jedzie?
- Ja nigdzie, ja wysiadam!
- Tu nie ma przystanku – odpowiada kierowca i jedzie dalej.
VI
Autobus zatrzymuje się po chwili i wsiada grupka kobiet z małymi szczeniakami w koszykach. Zaczynam się przepychać do wyjścia, ale kobiety krzywo patrzą i strofują mnie, że przeszkadzam, że szczeniaki się boją i żebym się nie pchała.
- Ale ja wysiadam! – próbuję przekrzyczeć kobiety i szczeniaki.
VII
Nie zdążyłam. Autobus rusza. Kobiety siadają na ławkach, ustawiając koszyki, z których wysuwają się bukiety kolorowych kwiatów.
- Co się stało ze szczeniakami? – pytam.
- Urosły – prawie unisono odpowiadają chórem kobiety.
VII
Kierowca odwraca się w moją stronę i znowu pyta:
- Dokąd pani jedzie?
- Ja donikąd, ja wysiadam.
- Ale tu nie ma przystanku.
VIII
Jestem zmęczona, nigdzie nie chcę jechać, ja chcę wysiąść. Krążki pieniędzy zaczynają dźwięczeć w moich dłoniach i coraz jaśniej świecić.
- Dam panu wszystkie, całe piętnaście siedemdziesiąt pięć – mówię do kierowcy.
- Dziękuję – odparł i myślę, może się teraz zatrzyma, ale on jedzie dalej.
- Ja wysiadam! – krzyczę zdesperowana.
- Niech pani nie krzyczy, słyszę. Ale tu nie ma przystanku.
IX
- Ja wysiadam! – krzyczę jeszcze raz i rzucam całą garść kolorowych krążków w okno autobusu.
Okno rozpływa się.
Autobus znika.
Stoję na szczycie wysokiej wydmy, nad którą wisi niebieskie słońce.
W dole, na plaży w równych rzędach leżą ludzie.
Zaczynam schodzić w dół po gorącym piasku i nagle czuję, że lecę.
•••••••
budzę się.
odsłaniam okna.
szary poranek tonie w lekkiej mgle.
na czarnej komodzie nieporuszony siedzi budda.
pachnie cytrynową bazylią.
Uwaga do ilustracji: co prawda autobus był zielony, ale to drobny szczegół, który na jawie można łatwo zmienić. We śnie jest to po prostu niemożliwe.
Za dwadzieścia
Wszystkie szafy są pootwierane. Jakby przez wnętrze ciemnego domu przeszło tornado. Rzeczy piętrzą się na krzesłach, oparciach foteli, leżą w stertach, w przepełnionych już walizkach. Na drewnianym wieszaczku, w jednej z szaf, zauważam przypięte żabkami czarne, cienkie rękawiczki. Odpinam je i szybkim ruchem wrzucam do walizki.
I
Wszyscy w tym ciemnym domu, w ciemnych pokojach, do których z zewnątrz dochodzi tylko blade światło, biegają bez ładu. Jest nas co najmniej czworo.
II
- Nie ma sensu się pakować – mówi mąż.
- Czemu? – pytam.
- I tak nie zdążymy.
Ale i on z kolejnej szafy wyciąga rzeczy.
III
- Która godzina? – pytam.
- Za dwadzieścia – słyszę czyjś głos.
Nie chce mi się wierzyć. Szukam zegara. W tym rozgardiaszu nie mogę go znaleźć. Sam się znajduje, tuż przy mnie pod stertą ciemnego, cienkiego materiału. Odsuwam materiał i patrzę na wskazówki. Jest za dwadzieścia.
IV
- Nie zdążymy – panikuję.
Wiem, jak dużo zostało do spakowania. Taksówka już czeka pod domem. Słyszę klakson.
Biegnę do następnego pokoju. To chyba łazienka, ale w mroku mogę tylko na domysł zbierać przedmioty. Wrzucam do jakiejś torby kosmetyki z kontuaru.
V
- Taksówka czeka – mówi mama.
- Wiem, nie zdążymy – odpowiadam.
- Która godzina? – pytam jeszcze raz.
- Za dwadzieścia.
VI
Następna szafa. Skąd tyle rzeczy? Przecież wszystkie walizki są już pełne. Jak to zapakować? Zostawić? Przechodzi mi przez głowę.
Oglądam się do tyłu. Sterty walizek stoją za mną. Niedomknięte, wysypuje się z nich chaos rzeczy. Jestem bezradna.
VII
- Która godzina? – pytam ponownie.
Nikt nie odpowiada, rozglądam się za zegarem.
Jego kredowo-biała tarcza wyrasta przede mną, ma jedną wskazówkę. Pokazuje za dwadzieścia.
VIII
Pod domem, za oknami, ulicą pogrążoną w ciemno-seledynowym świetle, coś przejeżdża. Zauważam jedynie rozmazane w pędzie kontury. Podchodzę bliżej okna i czekam, może zobaczę, co to było. Rzeczywiście, pojawia się pojazd przypominający ogromnego kolibra. W domach naprzeciwko też nie ma światła. Gigantyczny koliber robi kolejną rundę. Słyszę tylko szum, kiedy przejeżdża pod oknami.
IX
Jestem w tłumie ludzi przesuwających się w kolejce przy dużym ogrodzeniu z drobnej siatki. Przy wyjściu siedzi strażnik. Coś sprawdza, rozmawia z ludźmi. Niektórzy przechodzą na drugą stronę, inni wracają ze strachem w oczach.
X
Moja kolej.
Strażnik patrzy na mnie. Niby uśmiecha się, ale w uśmiechu jest sarkazm.
- And you? – A pani? pyta.
Nie wiem o co mu chodzi, odpowiadam po angielsku.
- I’m not sure. What do you mean?Nie jestem pewna. O co panu chodzi?
- O, z Polski – odpowiada strażnik.
Przebiega mi przez głowę, że musi mieć doskonały słuch, żeby w jednym, krótkim zdaniu rozpoznać akcent.
- Kiedyś, teraz, może, ale ... – plączę się, broniąc się. Czuję, że przegrywam.
- Step aside. Wait Odejdź na bok. Czekaj. – mówi strażnik.
XI
Odchodzę na bok. Obserwuję, co robią ci, którzy przechodzą na drugą stronę. Wysypują z kieszeni drobiazgi, chusteczki, papierki, drobne pieniądze. Strażnika szczególnie interesuje bilon.
Zerkam do dużego kosza pod siatką, są tam różne monety, widzę polskie orzełki, gwiazdki z Bahama, kanadyjskie listki.
Złote, miedziane, srebrne.
XII
- You! come here Ty! podejdź tutaj – odzywa się strażnik.
Podchodzę. Trzymam ręce w kieszeniach.
- Co masz w kieszeniach? – pyta po polsku.
- Nic, trochę drobnych – odpowiadam i z całej siły zaciskam kciuki w kieszeniach.
- Put it over thereWysyp je tam – rozkazuje.
Wysypuję bilon do kosza.
- Is that all?Czy to wszystko? – pytam.
- Yea, you can go now No, możesz teraz iść – strażnik pokazuje mi wyjście.
Przechodzę.
Przede mną wyrasta ściana. Nie widzę jej końców, nie mogę też określić jej wysokości, bo światło dobiegające z góry jest bardzo nikłe.
•••••••
budzę się.
odsłaniam jedno okno.
słońce próbuje się przedrzeć przez chmury.
na czarnej komodzie nieporuszony siedzi budda.
pachnie cytrynową bazylią.
Ulica prowadzi do góry, między domami, ciemnożółtymi z dodatkiem czekoladowej sienny. Robią wrażenie tymczasowych, jakby ulepione z gliny, nie mają kantów, żadnych ostrych kątów.
Kocie łby ulicy są nieduże, ale i tak wchodząc pod górę czuje się ich nierówności.
I
Idę z grupą ludzi. Mijam inne grupki, pary, samotnych.
Jedni wchodzą pod górę, inni schodzą. Słychać stukanie obcasów po bruku.
II
W perspektywie ulicy, na jej szczycie, widać jasnoszare światło. Patrzę na kobietę, która spiesznym krokiem idzie przede mną. Niesie czarną plastykową reklamówkę. Do kobiety podbiega młody psiak o błyszczącej, czarnej sierści. Krąży wokół kobiety, jakby chciał się z nią bawić. Po chwili wyrywa jej reklamówkę i znika w bocznej uliczce. Równając się z kobietą mówię:
- Nie powinnaś nic nosić ze sobą, one wszystko zabiorą.
Kobieta stoi bez ruchu i nie odpowiada.
III
Jestem na placyku, małym rynku zalanym światłem, jakie tłumi mgła. Stoję przez chwilę i rozglądam się za miejscem do odpoczynku.
IV
W ciemnogranatowym pomieszczeniu, które wygląda na restaurację jest dużo ludzi. Rozmawiają, słychać muzykę. Ja siedzę z boku, patrząc na tłum. Na stolikach są przymocowane monitory z trzema przyciskami, każdy przycisk kieruje jakąś opcją. Po naciśnięciu któregoś z przycisków na stoliku pojawia się ekran z trójwymiarowym zdjęciem-hologramem. Wybieram jedną z opcji i na stoliku pokazuje się hologram. Są na nim trzy osoby w ubraniach, jakich nigdy wcześniej nie widziałam. Zaczynają mówić, próbują się przekrzyczeć, zwrócić na siebie uwagę.
V
Rozglądam się wokoło. Na stoliku pod ścianą zauważam nieduży szklany pojemnik. Coś się w nim porusza. Podchodzę i widzę, że w środku pływają małe żabki. Są w różnych bardzo wyraźnych, czystych, kolorach: niebieska, żółta, czerwona, zielona, jest też biała.
Dotykam pojemnika z żabkami. Jest ciepły, mam wrażenie, że jest za ciepły i żabki się ugotują. Co trochę jedna z nich gramoli się na ściankę, ale natychmiast ześlizguje się do środka. Dotykam białej żabki, która właśnie próbuje wyjść z wody. Żabka szybko chowa się z powrotem w wodzie.
VI
Na wierzch wychodzi zielona, która jest mną zaciekawiona. Ja także nie mogę się powstrzymać i dotykam jej i czuję, że ma ciepłą, gładką skórę. Jest bardzo zielona, ma duże oczy. Odsuwam rękę, żeby jej nie spłoszyć a ona wtedy wysuwa szybkim ruchem długaśny języczek. Wyciągam dłoń, żeby dotknąć języczka i żabka kilkakrotnie wysuwa go i chowa. Wcale się mnie nie boi a ja jej także. Po chwili zabawy spokojnie chowa się pod wodą.
VII
Siedzę przy stoliku i trzymam w dłoni wysoką szklankę z grubego szkła. Tylko na dnie jest w niej trochę wody. Wstaję, wychodzę na zewnątrz.
VIII
Na zalanym światłem ryneczku jestem sama. Stoję na środku placu i do mojej szklanki przylatują ptaki, całe stadko. Są podobne do gołębi, mew, miniaturowych łabędzi początkowo są białe, ale po chwili robią się przezroczyste, jak ze szkła.
VIII
- Proszę się nie ruszać – mówi mężczyzna z kamerą. Zjawił się tuż obok i próbuje filmować scenę z ptakami.
Zamieram, wstrzymując oddech, ale ptaki odlatują.
- Musimy powtórzyć – odzywa się mężczyzna.
IX
Wychodzę ponownie na placyk. Jest pusto. Światło łagodne i przefiltrowane przez ciepłą mgłę zalewa krajobraz. Czekam na ptaki. Szklanka w ręce robi się bardzo ciężka, więc stawiam ją na bruku. Sama siadam, a później kładę się na ciepłych kamieniach.
X
Widzę siebie leżącą na placyku. Mam na sobie jasnoniebieską, o wyblakłym błękicie sukienkę. Leżę, patrzę w górę, ale nic nie widać poza światłem przytłumionym ciepłą mgłą.
Słyszę głos:
- Chyba lecą.
XI
Opieram się na łokciach, żeby zobaczyć, kto to powiedział i wtedy zauważam stadko ptaków podlatujących do mojej szklanki. Szklanka robi się wyższa, zamienia się w duży puchar.
XII
Stoję, trzymam puchar w dłoniach i obserwuję wirujące ptaki.
Widzę siebie ubraną w wyblakły błękit, trzymającą przezroczysty puchar, otoczoną ptakami.
Patrzę na siebie - jednocześnie z góry i z boku - i na chmurę szklanych ptaków podlatujących do pucharu.
•••••••
budzę się.
odsłaniam obydwa okna.
słońce dzisiaj zapomniało o swoim miejscu.
na czarnej komodzie nieporuszony siedzi budda.
pachnie cytrynową bazylią.
I
Czuję się jakbym znowu była w parku Olimpijskim, w lesie deszczowym, tropikalnym, gdzie kolory są przesiąknięte wodą, jak w żyjącej akwareli.
II
Drzewa tu żyją, słyszę ich oddechy, widzę gałęzie, poruszające się w powolnym tańcu, słyszę opadającą grubymi kroplami mgłę.
III
Jestem sama, chociaż nie mogę tego powiedzieć na pewno, bo nawet siebie nie widzę.
Jest las, las widzę.
IV
Idę przez las. Słyszę szelest liści, czuję gałęzie pod stopami, wilgotny mech nasączony jak gąbka, uginający się sprężyście.
V
Siadam na małym wzniesieniu na polanie krążka światła.
VI
Słyszę jakiś głos. Oglądam się i widzę ogromny, szylkretowy, czerwony guzik z czterema dziurkami, idący w moją stronę. Zamiast „kończyn” ma dwie ciemne tasiemki i na nich porusza się, jakby płynąc w powietrzu, w moją stronę.
VII
Guzik coś mówi, ale nie rozumiem słów. Jest to potok dźwięków, których nie umiem poukładać w żaden sens.
•••••••
budzę się.
odsłaniam okna.
mogę tylko domyślać się słońca.
na czarnej komodzie nieporuszony siedzi budda.
pachnie cytrynową bazylią.
Lecę samolotem, który przypomina dwupłatowiec. Jego kabina jest obszerna. Zastanawiam się przez moment, kto jest pilotem. Okazuje się, że jest nim mój mąż i że steruje samolotem myślami.
I
Lecimy wysoko, ale jeszcze widać dachy domów i wierzchołki drzew.
II
Lądujemy. Miejsce nie jest najlepsze, ale mimo to lądujemy. Jest zimno, śnieg i lód pokrywają plac, na którym wylądowaliśmy. Wchodzimy do jakiegoś pomieszczenia.
III
- Widzisz, to jest mój los – mówi młody chłopak, pokazując los na loterię mojemu mężowi – Mam szczęście, już drugi raz tu wygrywam – dodaje z uśmiechem i znika.
- Zapomniałem, miałem też kupić – tłumaczy się mąż.
IV
Wsiadamy z powrotem do samolotu. Lecimy przy otwartych drzwiach. Samolot nie ma okien. Wzmaga się wiatr i hałas. Mąż na migi pokazuje mi sygnały, które muszę znać, żeby bezpiecznie wylądować, jeżeli coś działoby się nie tak. Sygnały nie są potrzebne, bo łagodnie lądujemy na niedużym placyku.
V
Zabieramy na pokład kilka osób.
VI
Lecimy nad rozległym parkiem, gdzie odbywa się festiwal i występy cyrkowe. Ścieżkami przechadzają się gigantyczne kukły na szczudłach. Są tak wysokie, że zaglądają do naszego samolotu bez okien. Widzę też inne postacie, kolorowe, bajkowe. Wszyscy tańczą, słychać muzykę, katarynkę, jak na karuzeli, jej dźwięki wyraźnie docierają do nas do góry.
VII
Przelatujemy między drzewami, uważając na gałęzie, które robią się coraz rzadsze. W końcu lecimy nad łąką, gdzie rośnie tylko kilka bardzo wysokich drzew.
VIII
W koronach drzew są platformy, ustawiono na nich stoły, fotele, ogrodowe meble. Na każdej platformie widać elegancko ubranych ludzi z talerzykami, kieliszkami w dłoniach, niektórzy siedzą w fotelach, rozmawiają.
IX
Nasz samolot leci bardzo blisko platform. Przez niektóre po prostu przelatujemy i rozmawiam z bawiącymi się tam ludźmi. Słyszę ich spokojne prośby, żebyśmy uważali na siebie i polecieli w inne strony. Nikomu nie dzieje się nic złego. Mijamy tak kilka platform.
X
Krajobraz jest piękny, soczyście zielony, samolot leci bezgłośnie.
XI
W perspektywie widzę las, przesłaniający cały horyzont. Nie dostrzegam wierzchołków, lecz same pnie, wąskie, wysokie, ciemnobrązowe. Domyślam się, że to bardzo wysokie choinki, chociaż nie widzę ich wierzchołków, gdy lecimy pomiędzy smukłymi pniami.
XII
Czuję się szczęśliwa. Wokół panuje spokój, zupełna cisza. Mijam pnie, które rozstępują się przed lecącym samolotem.
•••••••
budzę się.
odsłaniam okna.
słońce dzisiaj się nie pojawi.
na czarnej komodzie nieporuszony siedzi budda.
pachnie cytrynową bazylią.
Sala, w której siedzę jest ogromna, o bardzo dużych oknach, które wychodzą na ulicę, gdzie jest tłoczno i głośno.
I
Mam wrażenie, że to miejsce już mi się kiedyś śniło. Jestem przekonana, że to tu i teraz, to nie sen.
II
W sali jest nieprzyjemnie duszno, ale ludzie nie zgadzają się na otwarcie okien. Otwarte są jedynie szerokie, przeszklone drzwi.
III
Przez te drzwi wpada z hałasem grupa rozbawionych ludzi. Odłącza się od nich chłopiec, siedmio- lub ośmioletni. Za nim podąża starszy mężczyzna, być może jego ojciec, może dziadek.
- Czy nie powinieneś się przywitać? – pyta chłopca.
- Mogę, ale wiesz, co to znaczy – odpowiada chłopiec.
IV
Chłopiec zaczyna się witać, podając rękę różnym osobom, które nie zwracają na niego uwagi i nie czekają na wyjaśnienia. Ja nie muszę czekać, znam odpowiedź, podaję mu rękę.
V
Jakiś mężczyzna, siedzący obok mnie - ja wiem, że on również wie, co kryje się za uściskiem dłoni - patrzy na mnie zdziwiony, pytając:
- Przecież wiesz, co to znaczy? – on sam nie podaje ręki chłopcu.
- Wiem – mówię i teraz ja zadaję mu pytanie – Czy to znaczy, że chcesz żyć wiecznie?
VI
Mężczyzna nie zdąża z odpowiedzią, bo do sali, w której już nie ma chłopca, ani jego świty, wjeżdżają dwa czterokonne zaprzęgi, ciągną wozy przypominające wozy osadników. Spłoszone konie są jasnobrązowe, w ich oczach widać strach.
VII
Ludzie na widok rozpędzonych zaprzęgów wpadają w panikę, odsuwają się na bok, krzyczą, że konie ich stratują. Konie z wozami bez woźniców mkną przez salę i w końcu skręcają w prawo, znikając między spiętrzonymi skałami.
VIII
Biegnę z innymi w stronę skał, żeby zobaczyć, co się stało. Ani koni, ani wozu już nie widać, skały piętrzą się wysoko i zasłaniają widoczność. Spomiędzy skał wypływa gęste ciemnobrunatna maź, po której zaczynam się ślizgać.
IX
Wsiadam do wagonu jakiegoś dużego pojazdu. Jego wnętrze przypomina stary, luksusowo urządzony wielkomiejski hotel. Pod ścianami stoją kanapy, nieduże stoliki, porozstawiane lampy rzucają przyjemne, ciepłe światło.
X
W korytarzu prowadzącym do środka stoi ładna kobieta w średnim wieku w długiej wieczorowej sukni koloru ciemnego burgunda, ma na sobie dużo stylowych błyskotek.
- Musicie państwo zaczekać – odzywa się do nas. – Jeszcze nie ma wszystkich pasażerów.
XI
Stoję z mężem przy wejściu i rozglądam się po wnętrzu. Na stolikach widzę półmiski z owocami, kanapkami, butelki z szampanem.
XII
Za nami pojawiają się nowi pasażerowie-goście. Kobiety, która nas przywitała, już nie ma. Wszyscy przybyli zaczynają się przeciskać do środka w poszukiwaniu jak najlepszych miejsc.
XIII
Znajduję wysoki, barowy stolik, przy którym poustawiano wygodne krzesła. Siadam na jednym i rezerwuję drugie dla męża, którego straciłam z oczu w tłoku przy wejściu.
XIV
Do mojego stolika zbliża się kilka osób. Jest między nimi półślepy mężczyzna, który po omacku sięga po krzesło zarezerwowane dla mojego męża. Ktoś z grupy towarzyszących tłumaczy mu, że miejsce jest zajęte. Widzę zdziwienie na twarzy mężczyzny. Ta twarz, mimo bardzo chorych oczu, nie jest nieprzyjemna w wyglądzie. Mężczyzna bez oporu oddaje krzesło.
XV
Pojawia się mój mąż, lecz w tej samej chwili okazuje się, że wszyscy pasażerowie-goście muszą przejść do innego wagonu.
•••••••
budzę się.
odsłaniam okna.
słońca dzisiaj nie ma w planie. pada lodowy deszcz.
na czarnej komodzie nieporuszony siedzi budda.
pachnie cytrynową bazylią.
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Dołączyła: 22 Cze 2008 Posty: 14516 Skąd: Gliwice / obecnie Göteborg
Wysłany: 2008-11-02, 08:09
Elu - fantastycznie się to czyta .......Masz bardzo symboliczne sny - po raz kolejny żałuję że nie doszłam na tą psychologię na którą miałam taki apetyt...Wciąż intrygują mnie te tematy .. miewam sny podobnie zakręcone ...- choć w ostatnim czasie jakoś ich nie pamiętam tak jak kiedyś ... Myślę że to kwestia skupienia stanu ducha..Coś przesłania mi odbiór tegoż ... Chyba nawet domyślam się co..
Sny to piękna sprawa ....równoległy abstrakcyjny świat ...- w którym wszystko jest możliwe i niekiedy nie dziwi zupełny absurd jakiemu podlegają ... Mają swoją bardzo symboliczną wymowę przez którą często przenika komunikat od samego siebie.. tego najgłębiej ukrytego a może od czort wie czego ... Zależy ...Bywa z tym różnie ..i nie wiem czy kiedykolwiek uda sie komukolwiek właściwie zdefiniować to zjawisko ...- chyba wtedy kiedy ludzie utracą już zdolność śnienia ... Wszak nie każdy to ma w tak czytelnym przekazie ... Niektórzy twierdzą nawet że wcale nie śnią i nigdy nie śnili ...
Kto wie.. Może jest i tak .... a może tylko nie umieją dotrzeć do tych pokładów wrażliwości aby to wyprojektować z siebie albo zarejestrować tą projekcję ...
Piszesz o tym w tak plastyczny i obrazowy sposób że trudno przejść obok tego obojętnie ...Przeczytałam z ogromna przyjemnością ... choć to nie poezja przecież ... a może jej ułamek choć w słowach prozy ...Bo czymże jest poezja jeśli nie obrazem uniesienia stanów duszy ... i próbą zobrazowania w słowach weny która nas dotyka .. wyróżniając spośród innych swoistą percepcją postrzegania ... i widzenia świata w którym żyjemy ...
Więc ode mnie za to ze mogłam to wszystko zobaczyć wraz z Tobą masz tak
i liczę na kolejne spotkania z cytrynoym buddą ..
_________________ wieczność przed nami i wieczność za nami
a dla nas ... chwila - między wiecznościami
Elu - fantastycznie się to czyta
... Piszesz o tym w tak plastyczny i obrazowy sposób że trudno przejść obok tego obojętnie ...Przeczytałam z ogromna przyjemnością ... choć to nie poezja przecież ... a może jej ułamek choć w słowach prozy ...Bo czymże jest poezja jeśli nie obrazem uniesienia stanów duszy ... i próbą zobrazowania w słowach weny która nas dotyka .. wyróżniając spośród innych swoistą percepcją postrzegania ... i widzenia świata w którym żyjemy ...
i liczę na kolejne spotkania z cytrynoym buddą
NN aż się rumienię i dziękuję ślicznie za cały senny traktat, no i cieszę się, że nie znudziłam. Wiele osób nie lubi słuchać czegoś, co się zaczyna: a wiesz, dzisiaj mi się śniło
Masz rację, że sny, czy śnienie w ogóle, to świat równoległy, czasem piękny, inspirujący, czasem straszny, męczący, a czasem wręcz przerażająco realny.
Wszystko, wszystko jest możliwe - we śnie. Myślę, że i na jawie wszystko jest możliwe, czyli przeniesienie snów do rzeczywistości też powinno się kiedyś ziścić. Pewnie stworzymy jakiś wehikuł do urealniania snów. Na razie są do tego filmy, czasem teatr, ale to jeszcze nie to.
Cytat:
Sny to piękna sprawa ....równoległy abstrakcyjny świat ...- w którym wszystko jest możliwe i niekiedy nie dziwi zupełny absurd jakiemu podlegają ...
Moim zdaniem absurd we śnie w ogóle nie dziwi, bo co znaczy absurd we śnie? jeżeli jest to zupełnie inny świat, to podlega innym prawom i ma własne definicje.
... a następne spotkania z cytrynowym buddą są, się wyśniły, czekają tylko na ilustracje jesiennie niezmiennie E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
już gdzieś pisałem - ale się powtórzę: piękne pisanie !
przeczytałem po raz drugi wszystkie ...
za tłumaczenia z angielskiego osiołowi - Markowi ukłony niskie
ogólne:
już gdzieś pisałem - ale się powtórzę: piękne pisanie !
przeczytałem po raz drugi wszystkie ...
za tłumaczenia z angielskiego osiołowi - Markowi ukłony niskie
ogólne:
Cieszę się, Marku, że jeszcze raz zajrzałeś do sennych opowieści.
Tłumaczenie powinnam była dać od razu w początkowej wersji, przepraszam, że tego nie zrobiłam.
Co mi przypomniało o obiecanej Tobie reszcie tłumaczenia do fragmentu filmu Kurosawy...
Ech ten czas, żeby to się dał łatwo mnożyć serdeczności E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E