POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Odpowiedz do tematu POSTscriptum Strona Główna » PISANE PROZĄ » Różne gatunki prozy » Łemko Bury
Łemko Bury
Autor Wiadomość
Jorg 


Dołączył: 20 Lis 2008
Posty: 105
Skąd: Kraków
Wysłany: 2008-11-26, 09:39   Łemko Bury

ŁEMKO BURY

Pułkownik, Lowka Bogdanowycz trzymał mowę. Pozostali, mocząc usta w gorącym piwie, gapili się na starego wiarusa i dmuchali w manierki. Mróz mieszał się z parą i usypiał siwym szronem na wąsach.
- To będzie, jak ja mówił! Wilki wyjdą z tamtej strony – wskazał lufami dubeltówki na las. – Pilnujta się striłcy! Jak dobiegną do połowy polany, macie zabijać i uważajcie, bo wilk, to zawsze wilk. Może atakować!
- Bogdanowycz! – Łemko Bury uniósł się w siodle. – Ja podjadę do nagonki, pozwolicie?
- Goń! Niech idą w las! Koniecznie! Swołocz naganiać na polanę...! My im powiemy... Zdrastwujtie.
W kotle ustawionym na kamiennym paleńsku gotował się bigos, a miejscowe kobiety królowały przy stołach. Kiełbasy, niczym warkocze ukraińskiej narzeczonej wiły się pomiędzy bochenkami chleba. Bury położył lufę sztucera na zadzie kobyły i pogalopował przez sypki śnieg.
- A teraz, pozwólcie towarzysze, pokażę wam swoje medaliery.
Bogdanowycz świsnął pod nosem.
- Oto moje wojsko – rzekł miękko.
Z domu wybiegły dwa wielkie owczarki i usłużnie przysiadły przy nodze Lowki.
- Ten mniejszy, Zula, suka moja jedyna – podrapał psa po karku. – Dwa razy życie moje ratowała. Raz na Odrze, zębami mnie zdzierżyła i do niemieckiego brzegu spłynęła. Drugi raz w Berlinie, przed miną pozór dała – rozłożył długie ręce na boki. - Ot, taka suka maja!
Myśliwi zasłuchali się w Bogdanowycza i z podziwem oglądali psy. Każdy wilczur miał szeroką obrożę z mocowanymi do czarnej skóry medalami.
- Dżygit, – pułkownik poklepał wielkiego owczarka po głowie – to bestia. Na własne oczy, towarzysze, widziałem jak wyrwał jednemu zdrajcy gardło. Szkolony był na wrogie tanki
i miał iść z granatami, ale ja go zabrałem do siebie. Usynowiłem, bracia, jak swego. Cztery ordery dostał za męstwo!
- Swój pies! – zawołał któryś
- Swój pies – powtórzyli inni i skłonili głowy przed Lowką. – U nas takich nie masz.
- Oj... Nie masz.
Mlaskali w podziwie i pstrykali palcami. Mróz szczypał policzki i kleił oczy, a piwo grzało pod kożuchami. Kobiety w śmiesznie dużych walonkach, tańczyły nad bigosem.
Od strony lasu przygalopował Łemko Bury. Wyhamował przed Bogdanowyczem, aż koń przysiadł na zadzie.
- Melduję! Nagonka poszła!
- To teraz, moi myśliwce, – rzekł pułkownik – stroić giwery i na stanowiska!
Jak na złość sypnęło śniegiem. Spadł drobny, a zimny i bił po twarzach do bólu. Wiatr zamiatał płatki i gęstymi chmurami wirował nad polaną.
- Towarzysze! – zawołał pogodnie Bogdanowycz. – Pamiętajcie. Za każdego wilka całe sto złociszów! Płacą bez wyjątku, za każdą sztukę.
Myśliwi zatarli ręce, pochuchali w rękawice i rozeszli się w stronę polany na ustalone stanowiska. Każdy wziął w kieszeń flaszkę wódki i garść nabojów. Pożegnani krzyżem na drogę, pogłaskani kobiecą ręką wyszli na przeciw wilkom. Od strony lasu słychać było wystrzały jak werbelki i pohukiwania ludzi. To szła nagonka. Łemko Bury objechał na swojej kobyle linię i stwierdził bezpieczeństwo. Teraz on był łowczym i jemu podlegało wszystko. Mianował go wczoraj, przy wódce sam Lowka Bogdanowycz, bohater wojenny i wielka figura w aparacie władzy. Burego otaczał wielki mir. Do dzisiaj był nikim. Jako szeregowy przeszedł swój bojowy szlak i nikt nie powierzał mu takiego zaufania. Szedł zawsze gdzie mu kazano. Roztrącał na boki nieprzyjaciół i strzelał w przód. Zawsze zwrócony twarzą do wroga, modlił się o szczęście. „Niemiec moich pleców nie widział”, tak streszczał swoje wojowanie i to było wszystko, co pamiętał. Jedno, co dała mu wojna, to wielkie zamiłowanie do wódki. Idąc na swoje miejsce, zwinął ze stołu dwie solidne butle majonego spirytusu.
Linia stanowisk, ułożona w długi półksiężyc, wsparła sie plecami o świerkowy młodniak. Przed myśliwymi bieliła się łąka, płaska jak patelnia. Łemko Bury usadowił sie w wygodnym gnieździe i pociągnął z butli. Alkohol wlewał się ogniem, palącym piersi. Dawał ciepło. Nad łąką wirowała zawieja, ograniczając widoczność do kilkunastu metrów. Bury precyzyjnie szykował sztucer do pracy, pociągając, co chwilę z butli. Po tym, jak jego dwaj bracia poszli na wschodnią stronę gór, wiedzeni słowem magnetycznym i wielkim, pozostał sam. Poszli za hyrem ognistym i ciężkim, które przyszło wraz z końcem wojny. Ktoś przyjechał na koniu
i rzucił w spokojnych Łemków, jedno tylko słowo – Bandera. Powyciągali spod strzechy karabiny i wyprawieni na drogę, kawałkiem słoniny, odeszli. Ci, co pozostali, wybrali nienawiść innych, poniżenie w oczach przybywających osadników i podejrzliwość nowej władzy.
Bury ułożył się wygodnie na wiązce słomy i popijając wódkę oczekiwał. Zamieć ograniczała widzenie do połowy polany, a wypity alkohol wchodził w krew i mącił wzrok.
- Bury! – Bogdanowycz sprawdzał stan. – Jesteś?
- Jestem, Bogdanowycz.
- Kulawy!
- Jestem
- Bośko!
- Jezdem
- Fiodor!
- Tak toczno
- Pula!
- Jest
- To trzymajcie się, gnaty jedne! Wołki idut! Pasmatrim, kto gieroj!
Nagonka zaciskała pierścień wokół polany, a palba karabinowa mieszała sie z okrzykami naganiaczy. Jazgot wystrzałów dochodził z każdej strony. Bury był pijany. Walczył
z opadającą na sztucer głową i ogarniającym go snem. Wiedział, że nie może zawieść pułkownika. Gdy ujrzał wybiegające na środek dwie postacie wilków, pomyślał, że to podwójne, pijackie zwidy. Oddał strzał. Wilk wyskoczył w górę, wyrwany uderzeniem pocisku. „Dobrze widzę”, pomyślał, „został jeden”. Po przeładowaniu zamka, oddał następny strzał i na polanie pozostała tylko biel śniegu. Ostatkiem sił wypił kilka łyków wódki i upadł nieprzytomny w słomę.

*

Lowka Bogdanowycz, ubrany w żółte bryczesy, tańczył wokół Burego. Podskakiwał na bosych nogach i co raz uderzał go w twarz. Bury siedział przywiązany do małego zydla, na środku izby, doprowadzony do trzeźwości, natarty śniegiem i polany lodowatą wodą. Kobiety zasłoniły sobą kocioł z bigosem i popłakiwały, chowając twarze w kolorowe zapaski.
- Faszysta! – wrzeszczał Buremu w Twarz. – Faszysta i swołocz!
- Darujcie – seplenił z wypływającą ustami krwią – Bogdanowycz, darujcie.
- Widzicie go? Chachoł jeden! Izwinitie gadasz? Izwinitie? Bandyto i morderco! Skurwisynu, job twaju mać!
- Darujcie, nic nie wiem... Opił żem się jak świnia. Wszystkom zabył.
- Aleś wódki nie zabył! – Bogdanowycz uderzył Burego w brzuch. – Suko!
Myśliwi siedzieli przy długim stole i w milczeniu przyglądali się scenie. Pułkownik parował wściekłością, a koszula Burego czerwieniła się krwią.
- Opiłem się, pułkownik Bogdanowycz – zapłakał. – Opiłem jak świnia... Śpik mnie wziął
i odebrał życie... Darujcie, towarzyszu.
Mówił bardzo cicho. Bogdanowycz przykładał ucho blisko jego ust i co słowo, uderzał głową w środek nosa.
- Masz! Faszysto... Suko!
Bury wiedział, że zrobił coś bardzo złego, ale co? Myślał i nic nie przychodziło mu do głowy. Wraz z utratą przytomności całkowicie zatracił pamięć. Nawet nie myślał, by zapytać. Bardziej niż bicia bał się prawdy. Po którymś kopnięciu stracił przytomność.
- Teraz, myśliwce moje, – Bogdanowycz dosiadł się do stołu – musimy coś postanowić. Radźcie!
- Jak tu radzić? Towarzyszu, on nasz, Łemko, tutejszy – łagodził stary Pulek.
- Izwinitie! – Przyłożył rękę do serca Fiodor.
- Pomiłujcie! – Skłonił sie Bośko, stary kłusownik.
- A może on faszysta i szpion od Bandery? – Zwątpił Kulawy.
Pułkownik podszedł do kotła i zagarnął łyżką bigosu. Przez chwilę chodził, mlaskając gołymi stopami o klepisko.
- Wy tu czegoś nie zrozumieli – zaczął łagodnie. – To morderca i bandyta! Swołocz!!! – krzyknął i kopnął w zakrwawioną twarz Burego. – Ja tu coś wymyślę, robaczki moje! Nie takich ja sprawiał, nie takich jak ten.
- Może wódki dać? – zapytał Kulawy. – Napijmy, może coś wejdzie w łeb?
- Dawaj! Bigosu też podajcie.
Jedli i przepijali. Każdy myślał o Burym i snuł swoje domysły, co do jego losu. Znali Bogdanowycza i wiedzieli, że jemu nie wolno sprzeciwiać się, bo to jak skazujący wyrok. Pułkownik był wielką „figurą” i trzymał władzę w całej okolicy. Gdy już pojedli i wypili kilka butelek wódki, Bogdanowycz powstał i rozkazał ocucić Burego. Kulawy wylał na nieprzytomnego wiadro wody. Bury wracał do świadomości.
- Widzisz ty mnie?! – zapytał pułkownik, pochylając sie nad Burym. – Widzisz? Dywersancie!
- Widzę, towarzyszu.
- Bracia myśliwce! My zrobimy, jak powiem, – usiadł i przepił – jak wszystko, co tutaj powiem. Buremu zmienić gacie i koszulę. Dąć mu na nogi sapożki, ale nie takie na śnieg, na drogę. Dać mu takie cerkiewne, cieniutkie i płytkie. Mogłem swołocz wykończyć, ale... – Na to, „ale”, wszyscy przyklasnęli, bo już wiedzieli, że to jedno słowo, ma większą wartość niż życie.
- Mogłem go wykończyć, – ciągnął mowę Bogdanowycz, – ale mam lepszy pomysł – uśmiechnął się i zatarł dłonie. – Podkurować mi go do rana, tak żeby stał na własnych nogach. A potem będzie zabawa. Rzekłem!

*

Obudzili go wczesnym świtem. Kazali ubrać się w bardzo cienki garnitur i buty dali, jak
z papieru. „Bogdanowycz kazali” mówili na usprawiedliwienie i wciskali do kieszeni kawałki kiełbasy. Bury był obity z każdej strony, do tego stopnia, że w bólu nie rozumiał, co się dzieje.
- Idź na Caryńską – szepnął mu do ucha Fiodor – tam bracia twoi ze striłcami siedzą. Idź!
Przed domem myśliwi stali w szyku. Każdy z nich trzymał strzelbę, wspartą na ramieniu. Gdy wyszedł z piwnicy, zdjęli czapki na powitanie. Bury modlił się o szybką śmierć.
- Bury! – odezwał się pułkownik. – Dywersancie jeden! Swołocz jesteś faszystowska
i zdrajca!
- Bogdanowycz! – odparł Bury. – Ty mnie faszystą nie nazywaj! Ja krew swoją przelewałem! Zabij, jak żem winien, ale nie obrażaj!
- Widzicie? Jaki gieroj!
- Gieroj! – potwierdził Bury. – Katujesz mnie! Krew mi upuszczasz niewinnie! Ludzie patrzą i widzą.
- Gdzie te ludzie? Te tutaj, to ludzie? Ty bladź jesteś, jak oni wszyscy!
- Tyś bladź, Bogdanowycz. Jeść ci tutaj dają!
- Patrzcie! Jaki się znalazł!
- Kończ, Bogdanowycz!
- Kończę! Faszystowski ryju! – Odbezpieczył pistolet i przystawił Buremu do głowy. – Dam ci szansę! Poznaj krasnoarmiejskie serce... Obyś sam zdechł! Pójdziesz sobie, rybeńko w las. Tak. Pójdziesz w las. Dam ci dwie godzinki, job twaju mać, dwie godzinki. Po czasie pójdziemy za tobą. Jak do nocy zdybiemy, to masz w czapę! Rozumiesz? W czapę! Będzie polowanie! Ot!
- Ruska świnia! – Buremu było już wszystko jedno. – Enkawudzista jesteś! Podły człowiek.
Bogdanowycz zbladł jak śnieg. Myśliwi uciekli do domu i przyglądali się zza firanek. Odważne kobiety stały obok, owinięte kolorowymi chustami.
- Idź już! Bo ubiję!
Łemko Bury odwrócił się na pięcie i poszedł, w cienkich bucikach, w marynarce narzuconej na gołe ciało.
- Polaczki do mnie! – Bogdanowycz krzyknął w stronę domu. – Ktoś musi pochować moje medaliery! - Przez chwilę myślał, bijąc się szpicrutą po bucie. - A oskórować przed zakopaniem! Zapłacą jak za wilki, po całe sto złociszów!
 
 
Marek 
Z. Marek Piechocki


Wiek: 79
Dołączył: 19 Paź 2007
Posty: 15294
Wysłany: 2008-11-26, 13:52   

nie takiego zakończenia ja się spodziewał ...
znakomite!
 
 
Jorg 


Dołączył: 20 Lis 2008
Posty: 105
Skąd: Kraków
Wysłany: 2008-11-26, 13:57   

Dzięki.
Zakończenie jest prawdziwe, bo tak było. Te niby wilki zastrzelił mój ojciec po pijanemu. Oczywiście nie był Łemkiem i to była całkiem inna historia. ;)
_________________
- Twój brat tam siedzi? - spytał jakiś kolega.
- A co?
- Nic. Cała podłoga we krwi...
 
 
Elżbieta 
E.M.B.A.


Wiek: 27
Dołączyła: 21 Sty 2008
Posty: 18479
Wysłany: 2008-11-26, 18:02   

Jorg, no zakończenie interesujące, chociaż takiego się trochę spodziewałam, bo za dużo milczenia o tych wilkach było. :P

Bardzo, bardzo dobrze się czytało. No i te wstawki obcojęzyczne, w ogóle język: prawdziwy, taki na słuch i z pamięci.
Film z tego opowiadania mógłbyś nakręcić :)
Gratulacje!!!
serdeczności
E
_________________
przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
ˆ E

 
 
Lucy 
Lucyna Mamczur


Dołączyła: 07 Lut 2008
Posty: 2997
Skąd: strawberry fields
Wysłany: 2008-11-26, 18:45   

Kapitalne pisanie Jorgu! Bars diakuju za to, że mogłam przeczytać z ogrrromną przyjemnością... :padam:
_________________
Każdy ma swój kawałek nieba
 
 
 
Jorg 


Dołączył: 20 Lis 2008
Posty: 105
Skąd: Kraków
Wysłany: 2008-11-26, 18:47   

Dziękuję, dziękuję :)
_________________
- Twój brat tam siedzi? - spytał jakiś kolega.
- A co?
- Nic. Cała podłoga we krwi...
 
 
amandalea 
Lidia Kowalczyk


Wiek: 65
Dołączyła: 17 Paź 2007
Posty: 21336
Wysłany: 2008-11-26, 20:03   

Dobrze się czyta :)
_________________
a po nas już nic
jeno popiół i zgliszcza
życie to jeden wic
rzekł uczeń mistrza
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » PISANE PROZĄ » Różne gatunki prozy » Łemko Bury


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo