Oj, el - byłem dzisiaj u siebie w lesie - spacerek dla ukojenia skołatanych nerwów, przemyślenie spraw ...
ale także doglądnięcie "gospodarstwa" - rowerek sobie zagarażowany w szopce czeka ...
takoż i patelnia - póki co pusta ...
acha, mam też duuuuży namiot - chyba 4-osobowy z przedsionkiem - kiedyś maluchem wjechałem do niego - to jakby ktosie chciały w nim spać - to się rozstawi ... - w razie "najazdu"...
Pani Li - jest i drugi rowerek na kołach 28" - też czerwony!
- tylko podejmijcie krucjatę w sprawie niepalenia papierosów przez Szefa - bo będzie szykanowany w Łośnie!
Oj to i Elę trzeba będzie pilnować bo tak jakby....kopci jak mały parowóz
Rowerek hurrra będę mogła też troszkę pojeździć
Wysłany: 2008-10-23, 05:24 Re: MIASTECZKO Z BISKUPEM
Marek napisał/a:
Miasteczko z biskupem
Miasteczko to nie było siedzibą Biskupa. Jednakże osobistość taka zamieszkiwała na peryferiach w tzw. dzielnicy willowej. Były to właściwie stare domy o nijakiej architekturze, budowane kilkadziesiąt lat przed moim przyjściem na świat przez ówczesnych członków elity miasta. Niektóre z nich wyróżniały się oplatającymi je winoroślami, które zarosły nawet okna przydając domostwom tajemniczości. Dawnej świetności broniły, rozsypujące się teraz ozdobne gzymsy, tralki balkonów, zmurszałe figurki pośrodku zaniedbanych gazonów.
Dom Biskupa nie wyróżniał się niczym - może niezbyt często mytymi szybami okien, do których mycia, z powodu swojego skąpstwa nie nazbyt często może lepiej: rzadko? wynajmował - skądinąd chętne do takich prac - miejscowe kobiety. W głębi posesji stal niewielki domek. Mieszkał w nim mężczyzna przez mieszkańców miasteczka nazywany zakrystianinem, choć z tą funkcją niewiele miał wspólnego. Pełnił przy swoim panu wszelkie możliwe inne: od zakupów żywności po gotowanie, sprzątanie, drobne naprawy popadającego w ruinę domostwa.
Najbardziej zaszczytną jednak i tą, która sprawiała mu najwięcej radości, było kierowanie biskupim samochodem. Był to amerykański krążownik o nieokreślonym roczniku. Przeróbki, których dokonał zakrystianin skutecznie uniemożliwiały rozpoznanie marki. Zamocowane na nadwoziu różne znaki firm, dodatkowe spojlery, lampy i ozdoby mogły zmylić nawet znawcę marek samochodów. W mniemaniu zakrystianina te wszystkie dodatki dodawały splendoru i świadczyły dobrze o jego zdolnościach manualnych. Widomą tego oznaką była jego dumna mina i postawa podczas kierowania samochodem.
Wyjeżdżano nim niezwykle rzadko. Tylko z okazji wielkich świąt katolickich. Przejazd przez miasteczko, zawsze tą samą trasą, trwał kilkanaście minut. Pojazd Biskupa sunął majestatycznie. On, w swoich purpurach siedział na tylnym siedzeniu z prawej strony. Szyby okien były przyciemnione, więc twarzy Jego Eminencji nie można było zobaczyć. Czasami uchylał nieco okno i wystawiał na zewnątrz swoja upierścienioną dłoń. Była to pulchna, biała łapka z wypielęgnowanymi paznokciami, kilkoma lekko brązowymi plamkami wątrobowymi. Zwisała bezładnie bezwładnie? na zewnątrz szyby jak martwa. Co jakiś czas, wykonywał nią jakieś minimalne ruchy, które co bardziej spostrzegawczy czytali jako znak krzyża błogosławiący idących.
Jeśli pozwalała na to szybkość samochodu, z kolorowych tłumów, które poboczem zmierzały na centralne uroczystości wyrywały się co bardziej pobożne kobiety i całowały nabożnie biskupią prawicę. Wehikuł jechał bardzo wolno, torując sobie drogę wśród przyszłych procesjantów, ale i tak niektóre z kobiet pozostawały za nim z dzióbkami ust jak do całowania i wyciągniętymi rękoma.
W moich czasach studenckich nie bywałem zbyt często w rodzinnym miasteczku. Wiadomość o odejściu z tego świata Jego Eminencji nadeszła tuż po sesji wiosennej i postanowiłem pojechać wziąć udział w ostatniej ziemskiej podróży zmarłego.
Pogrzeb był mniej okazały niż się spodziewałem. Kilku księży, jeden biskup. Dopisali tylko mieszkańcy miasteczka. Trumnę z doczesnymi szczątkami duchownej Osoby nieśli ci, którzy w święto Bożego Ciała zapewniali cień baldachimu. Nie mogli widzieć, jak spod wieka
wysunęła się biała, pulchna łapka, już bez sygnetu na palcu, a było to w miejscu, gdzie tłumy żegnających dostojnika były najgęstsze a szloch kobiet najbardziej przejmujący.
Lato 2000
Marku, nie pogniewaj się, dobrze? Rozglądałam się dzisiaj po starszych prozaicznych tekstach i natknęłam się na Twoje opowiadanie. Poprawiłam co nieco, trochę spacji, jakieś przecinki, na kolorowo zaznaczyłam wątpliwości. Podzieliłam tekst na krótsze akapity, żeby uwypuklić znaczenie poszczególnych części. Jeśli wersja z poprawkami Ci nie odpowiada, to wykasuję cały post.
Opowiadanie jest bardzo dobre. Ma wszystko, co powinno mieć opowiadanie, czyli: wstęp, rozwinięcie, zakończenie , oszczędnie i ładnie zarysowane sylwetki głównych bohaterów, skondensowaną linię akcji.
I puenta! Puenta rozbraja. Może masz więcej swoich zapomnianych opowiadań z folderów?
I jeszcze jedno, rozumiem, że czerwony rower już dawno został przyznany El i czarterowo Li, ale ja może mogłabym się zmieścić na siodełku? czasem? bo ja rzadko bywam, więc one niech sobie spokojnie jeżdżą.
jesiennie niezmiennie E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Oj, dzięki, dzięki ....
Już mi moja Pani od polskiego mówiła , że przydałyby się akapity .... więc fajnie, że je zrobiłaś ....
oczywiście - bezwładnie ...
a na "...nie nazbyt często..." będę musiał coś poradzić bo rzeczywiście jakieś to takie marne ...
Za przecinki i itp. też dzięki ...
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
wojna światów [Usunięty]
Wysłany: 2015-03-22, 19:50
Zakończenie istotnie nieoczekiwane, takie z dreszczykiem wręcz