POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Odpowiedz do tematu POSTscriptum Strona Główna » PISANE PROZĄ » Różne gatunki prozy » Łososina
Łososina
Autor Wiadomość
stary krab 
awanturnik w stanie spoczynku

Wiek: 89
Dołączył: 12 Gru 2007
Posty: 1118
Skąd: Małopolska
Wysłany: 2008-04-16, 14:49   Łososina

Władysław Ryś

ŁOSOSINA

Witałem się z nią zwykle tam, gdzie i ciotczyn potok, koło kapliczki Świętego Floriana. Jej plusk przyjazny i radosny zmywał bezpowrotnie ślady po łzach, gdyby przypadkiem w tym dniu pociekły. Łzy, jak i żałość, rodzą się w duszy. Dobre lub złe postępki rodzą się w mózgu; wszelkie uczucia natomiast są z duszy.
Nie wiem, czy inne też, ale moja dusza zgrywała się z duszą rzeki doskonale. Radowała się rzeka, pomrukiwała i szczebiotała, podskakiwała z tej radości po większych kamieniach, falowała wzdłuż brzegu jak szczeniak ogonem i jak szczeniak pędziła, wyprzedzając mnie, i niechętnie zwalniała na krótką chwilę. Ruszałem tedy i ja z jej nurtem, rozumując, że jeśli nie pobiegnę z nią, to mnie zostawi na brzegu. Wcale nie dlatego, iż jej przyjaźń oziębła, lecz z konieczności. Przymiotem bowiem rzeki jest to właśnie, że ona płynie. To zaś jak rzeka płynie - stanowi o jej urodzie, o tym ilu ma wielbicieli i przyjaciół. Moja rzeka płynęła, popisując się przed nadbrzeżnymi kolegami. Przyjaźnie, choć zdawkowo rzucała cześć - cześć mijanym olchom; serwus - serwus mówiła do ławy koło Zelka, klepiąc wprawnie i szybko każdy z pali, na których ława stała; dzień dobry Wielki Kamieniu wymawiała z szacunkiem do płaskiego jak łoże, nieco skośnie wyrosłego spod koryta kamienia i przymilnie, acz z pewnym zawstydzeniem opłukiwała go po obu stronach, odpływając bez odwracania się za siebie.
Wiem to, bom słyszał i obserwował wielokrotnie bardzo nieśmiałe umizgi i z szacunkiem wypowiadane pozdrowienia, opalając się po kąpieli na Wielkim Kamieniu. Kamień brał wodę w usta i milczał jak to jest w zwyczaju kamieni; rad był jednak, że wzbudza respekt, bez słów przyzwalał na to, iż z ukrywaną czułością muska go w oba boki; z tego zadowolenia stawał się jakby mniej twardy i jeszcze chętniej przyzwalał, by przylgnąć do jego rozgrzanego cielska.
Mnie rzeka witała tak jakoś bezpośrednio - „chodźże Właduś, chodź”..., co było wystarczającą zachętą, iżby z nią biec, nie czekając na to, że zwolni na pierwszej głębiźnie, gdzie najbliżej nam było, by się chwilkę pociaplać. Tu zażywało się kąpieli, gdy czasu na nią było bardzo niewiele. Przejazd osobówki z Tymbarku do Limanowej był jak dzwonek, kończący czas przyjemności. Pospiesznie wykręcałem w olszynie gatki, wciągałem na mokre ciało porcięta i pędziłem do domu, by o stosownej porze wygonić krowy w las.
Kiedy czasu było więcej - szło się jeszcze niżej, koło Smolenia, gdzie rzeka wgryzała się w gościniec, a w 1934 roku przegryzła go na wylot. Po tej powodzi długi łuk gościńca - od Floriana aż do Ptaszka - zabezpieczono solidnym betonem. Nie mogła mu rzeka dać rady, więc się wzięła na sposób: wgryzała się pod beton. Zrazu nieśmiało, ledwie mogłeś dłonie w szczeliny włożyć, później ręce wchodziły po łokcie i głębiej. Ja zapamiętałem w tym miejscu największy odcinek wolniej płynącej wody, dość głębokiej, by się wygodnie kąpać; przy betonie toń była tak groźna, że dzieciom absolutnie nie wolno było w nią wchodzić, natomiast najodważniejsi kawalerowie skakali w nurt z krawędzi owego betonu.
W chłodniejsze dni, bądź rano, gdy jeszcze nikt nie pluskał się w wodzie, z podwyższenia tego można się było do woli napatrzeć rybom. Ogromne ławice popielato srebrzystych kleni defilowały, prezentując pomarańczowe płetwy. „O kurde, jakie jelce”, zachwycali się wszyscy: małe dzieci, podrostki i starsi. Idąc wolno blisko poręczy, a jaszcze lepiej przystając na chwilkę, można było dostrzec mniejsze stadka pstrągów, połyskujących karmazynowymi cętkami w okruszkach tęczy. Większe okazy tego gatunku pokazywały się w grupkach po dwie, trzy sztuki, podobnie jak ciemno oliwkowe, że aż prawie czarne, bliżej dna się trzymające brzany. W dni słoneczne, obserwując pod dogodnym kątem ławice dorodnych mieszkanek wody naszej rzeki, miało się jeszcze ułudne wrażenie zwielokrotnienia liczebności, jako że po dnie koryta poruszały się z tą samą prędkością cienie, popisując się podobnymi zwrotami, co prawdziwe ryby. Jeśli miał ktoś sporo czasu na podziwianie, a do tego trochę szczęścia, mógł zobaczyć ogromnego, starego pstrąga, który z innymi się nie spoufalał, wyruszał w rejs niespodziewanie, załatwiał swoje ważne sprawy w kurierskim tempie i znikał tak nagle jak się pokazał.
W górnej części „fajnej wody”, bliżej lewego brzegu, sterczał ów płaski, nieco skośny kamień. Dwie osoby mogły wygodnie na nim się opalać, jeszcze zostawało trochę miejsca na ręcznik. Kto kamieniem zawładnął w upalny dzień - miał powód do zadowolenia. Inni musieli kłaść się na kamieńcu, gdzie nawet przez koc bodły twarde otaczaki. Tylko najzwinniejsi wdrapywali się na beton przy gościńcu. Wygodnie było się tam położyć, ale gdy przejeżdżała wzbijająca kłęby kurzu furmanka, trzeba było zwiewać do wody. Oczy i usta można było zamknąć, jednak nozdrza i uszy skazane były na zapylenie; wilgotne brwi i włosy wyglądały potem jak przy młocce sztyftową młocarnią. Sprzyjającym zbiegiem okoliczności w jedno niedzielne popołudnie kamień znalazł się w naszym władaniu. Moczyliśmy się obaj z Jaśkiem w zniewalająco ciepłej wodzie, z błogością „pływałem” z dłońmi po dnie, pryskaliśmy się wodą ze znajomymi i nieznajomymi, to znów dosychali, sycąc się słonecznym szczęściem. Nieznajomych ubywało, znajomych było wciąż więcej; po pewnym czasie każdy był już kimś, skądś lub od kogoś. Stasia i Lilka były od ciotki, Marysia od Kazimierzowej; Leszek był z za rzeki, Kazek spod brzegu, a Olek zza lasu. Nieznana Jaśkowi z nazwiska pani z piegowatą dziewczynka była „z derki pod olszyną”. Jasiek był „naski”, a ja od Adama.
Trzej mężczyźni przesuwali się wolno głębią wody, dotykając często betonu, zanurzali pod wodę pojedynczo, czasem po dwóch, a niekiedy nawet wszyscy trzej wraz. Na nich teraz skupiła się uwaga pozostałych. Spenetrowali tak kilkanaście metrów, zawrócili z prądem. Zaspokojenie ciekawości przyszło do naszych uszu szeptem, ponad wodą. Nurkowali za rybami. Łowili je na rękę. Wynurzali się dysząc coraz ciężej, pokasłując i dziwnie wytrzeszczając zaczerwienione oczy. Wreszcie któryś powiedział „już dość”, inny „wystarczy” i zaczęli wychodzić na płytszą wodę. Wyłoniły się opalone plecy obu rosłych kawalerów i rudo obrośnięty, krótki tors Jaśka z Wierzchowiny. Spłowiałe, długie lniane kalesony oporniej wynurzały się niż ciała ich właścicieli, ukazując bezwstydnie czemuś białe, wcale nie opalone okolice krzyży i bioder, ledwie nie zsuwając się z tyłków; wydłużyły się jakoś dziwnie poniżej kolan i zatelepały wreszcie jak wóz ze snopkami na pochyłym zakręcie.
- „Ale mają ryb” - niosło się szeptem uznania i zazdrości. Litując się nad moją zdziwioną miną, Jasiek dopowiedział: „Trockami mocno owiązali przy samej kostce długie gacie. Leż tu sam chwilę, a nie próbuj przechodzić na tamten brzeg, bo się utopisz”. Sam jednak pobiegł zaspokoić ciekawość, zobaczyć na własne oczy, co złowili. Płytką wodą zbiegłem nieco niżej, próbowałem podglądać jak się schylali albo przyklękali, wkładali ryby do cebrzyka. Bardziej się tego domyślałem, niewiele dostrzegając w gąszczu nóg gapiów, okalających wydarzenie.
- Nachwytali ryb do piernika - rzekł Jasiek po powrocie - w cebrzycku będzie pół ćwierci, a Jaśkowi zostało jeszcze prawie wiadro. Jelce jak smoki, dwie brzany i takie piykne pstrągi...
- Ale tego największego, mądrego pstrąga chyba nie złapali? - spytałem.
- Nie, tego nie dostali; jest zbyt cwany, żeby się pozwolił do gaci wpuścić!
Wiadomość ta bardzo mnie wtedy uradowała.


Tarnów, 13 kwietnia 2000 roku.
 
 
el 

Dołączyła: 16 Gru 2007
Posty: 8708
Wysłany: 2008-04-29, 23:21   

Dobre pisanie - gratuluję autorowi.
_________________
kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty
 
 
Leszek Wlazło 


Wiek: 70
Dołączył: 18 Paź 2007
Posty: 19078
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2008-05-02, 16:54   

Podobnie jak Eli bardzo mi się spodobało Twoje wspomnieniowe pisanie. Łososina dla mnie jest także symbolem pewnego wspomnienia. W 1975 roku wystartowałem z szybowiska na Żarze na szybowcu Mucha STD z zamiarem wykonania ponad dwustu kilometrowego przelotu do Łososiny Dolnej i z powrotem. Warunki były bardzo trudne jak dla stareńkiej Muszki. Opisywaną okolicę miałem okazję pooglądać z małej wysokości, bo ok 250 m, które miałem nad Małpią Wyspą Jeziora Rożnowskiego. Jednak pomimo, że okolica oczarowała mnie, to udało mi się nie poznać jej z bliska i powrócić na Żar. Od tamtego czasu wielokrotnie przejeżdżałem przez Łososinę Dolną jadąc najczęściej do Gródka nad Dunajcem. Wybacz, że się rozgadałem, ale powróciły wspomnienia. :)
 
 
Baszka 
Pala Barbara


Wiek: 66
Dołączyła: 29 Gru 2007
Posty: 1681
Skąd: Gorzów Wlkp
Wysłany: 2008-05-09, 08:28   

dołączę się do Eli i Leszka :) świetne pisanie Władku, bardzo lekko, do jakiegoś czasu myślałam że takie krótkie opowiadania będą ciężkie przeładowane, ale nie , myliłam się , przyznaję że to kolejne które mnie wciągnęło, :)
a Leszek powinien też spróbowac takiej formy, :)
_________________
"Żywiona słońca gęstym, słodem
Przychodzę po to, żeby odejść " -J. Kofta
 
 
stary krab 
awanturnik w stanie spoczynku

Wiek: 89
Dołączył: 12 Gru 2007
Posty: 1118
Skąd: Małopolska
Wysłany: 2008-05-09, 09:05   

Leszek Wlazło napisał/a:
W 1975 roku wystartowałem z szybowiska na Żarze na szybowcu Mucha STD z zamiarem wykonania ponad dwustu kilometrowego przelotu do Łososiny Dolnej i z powrotem. Warunki były bardzo trudne jak dla stareńkiej Muszki. Opisywaną okolicę miałem okazję pooglądać z małej wysokości :)

Tego przelotu szczerze ci zazdroszczę. Jakże ciekawy musi być Beskid Wyspowy z lotu ptaka!. Ja obserwowałem zbocza i szczytu z innych szczytów i zboczy. Chociaż... raz jedyny przeleeciałem jako pasażer w niedzielne popołudnie jedną pętlę nad Łososiną Dolną i Jeziorem Rożnowskim. Wrażenia pamiętam do dziś. Z pokładu Iła czy Tu-104 też są piękne widoki, ale zupełnie inne.
 
 
Jorg 


Dołączył: 20 Lis 2008
Posty: 105
Skąd: Kraków
Wysłany: 2009-02-06, 23:23   

Tak, tak, to dobre pisanie.Włazisz pod skórę i drażnisz każdy nerw. Znam te tereny bardzo dobrze i Twoje opisy przemawiają do mnie. Bardzo dawno temu czytałem wspomnienia wypraw wędkarskich Igora Newerlego i tak mi się jakoś teraz przypomniało. :)
_________________
- Twój brat tam siedzi? - spytał jakiś kolega.
- A co?
- Nic. Cała podłoga we krwi...
 
 
stary krab 
awanturnik w stanie spoczynku

Wiek: 89
Dołączył: 12 Gru 2007
Posty: 1118
Skąd: Małopolska
Wysłany: 2010-12-15, 16:40   

A fo ci skojarzenie. Dziękuję Jorg. :)
_________________
Autorów setki, a czytelników niewielu, gadających tysiące i miliony, a słuchać nie chce prawie nikt.

Ariana Nagórska
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » PISANE PROZĄ » Różne gatunki prozy » Łososina


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo