późny dzień jak późna pora opleciona echem
pisze goniąc luźne słowa niespokojnym piekłem
daj mi proszę sparzyć rękę, patrz już gaśnie ogień
pass nie wchodzę
zapomniałam
jak się czyta drogę
późnym dniem jak w suchym deszczu
żar podpala węgle
mamy tratwy z gładkich desek
sęk w tym
że bez sęków
quasi senność
pod palcami
myli prawdę z mrzonką
może jeszcze raz spróbować…
tylko co tak mokro
może kamień bez ostrzeżeń
nagle wpadł do oczu
może słowa
może ręka
nie stawiając płotów
coś zabrała czegoś bała...
Panie! zwróć mi grzechy
poprzeplatam je z motylem
jutro będzie niebyt