Już się wieczór zaczyna zastanawiać, pod nosem gwiazdy kruszyć
ostrożnie. Już do szklanki wpadają dwa ziarna zielonych nasion,
na trawę absyntu. I przyglądasz się temu z uśmiechem, Ty -
dziwka w biodrach szeroka, co dłonie w zimowym strumyku płucze
na zawołanie. Nade mną sieć zabarwiasz na czerwień i puste stąpanie.
Pomyślałbym, że to Tycjan w bezsenności rude pomarańcze kładzie
na moich włosach. Pomyślałbym, że to jego Magdalena wyrwała się
z płótna i po suficie stąpa, zerkając z ukosa, gdyby nie imię na oddechu
głęboko wyryte. Że noc nie jest moja. Że nie jestem panem każdej z liter.
Ty! Wyryłaś niepewność na każdym z serc i rozstępów - pola nieprzebyte,
w których kłosach chowają się mali chłopcy. Zrywają kolby kukurydzy,
owoc życia głaszcząc naiwnie. Czy ich także zabierzesz ku majowej zimie?
Ty mi się Zazdrośnico ukazujesz. W szklance i w telewizorze - codziennie
w dziesięciu kopiach. Gdzie spojrzę twoje spódnice przymierzają nawet
najbardziej męscy przechodnie. Kokardy wiążą we włosach, by się do ciebie
dopasować w guście i kolorach. Ty! Wszystkich w prawiczków zamieniasz,
póki na szybach chłodną nagością nie osiądziesz. Póki paznokci nie pokażesz
w świetle księżyca i twoje grube płótno w poświacie nie zacznie oddychać.
Już się łacina mojego imienia śmiać głośno zaczyna. Kompletny? Doskonały?
W malarycznych tańcach zakręcam się słaby. Opadam na pościel, tak zimną
i jałową. Ty, Zazdrośnico! Wyzułaś z księżyca miksturę dla mnie zbyt mocną.