Gdyby się rozstąpiła. Gdyby się z dniem splotła i pachnącym warkoczem ściągnęła mnie z łóżka. Za moim oknem rodzina saren przemierza równinę - to te same co rok temu. Sarny są pierwsze do walki z zimą. Ja się wolę mocno kartki trzymać. Szaleją nade mną żywioły nieletnich deszczy i białego piękna, co z wielkich kałuż obrasta w posągi. Wielka ofensywa
zimowych szeregów – najmniejsze z płatków węszą pierwszych kwiatów pod ścierpniętą ziemią.
Trzymam się tych burt poszarzałych, marginesów załogi całej. Przybijam co się da.
Stoły kuchenne i lampy. Kobiety przybijam i podręczne koty. Armaty nabijam czarnym atramentem. Tylko dym się nad nami unosi zielony. Absynt w pierś dostał i człapie do mnie, z krzyżem w ustach i listem do jego matki. Zielonej prababki z łąk czeskich, francuskich. Bierze mnie na stronę, ze statku zmywa coraz słabszym ramieniem i mówi:
Ty mnie weź kapitanie, pod obronę,
gdy się linijki zaleją szarym błotem
i tytuły zarosną wiosennym kwiatem.
Ty mnie weź do ust, za policzek -
jak za lustro schowaj fałszywe.
Wyjdziemy na lądy nie odkryte,
odbierzemy funt rozbitkowy
i na nowo zaczniemy krwawicę.
Gdyby się rozstąpiła. Nie słucham go. Gdyby się rozstąpiła i jej jaźń dzień obrosła,
patrzałbym inaczej na tych ludzi biegnących do pracy. Skaczących przez kałuże
mniej znaczących potrzeb i pragnień. Budź się nocy, rozkwitaj! – To nie żadna deklamacja.
Noc to pierwsza z sofistek, której oddech jeszcze nie unormowany, i której płacz
zdaje się pierwszym płaczem po urodzeniu. Poznawczym szmerem, rozpływającym się po kościach
ojca i matki wesołością. Rodź się nocy! Na dnia początkach - po zimnych i wolnych od obcasów chodnikach cieniem spływaj i cienie wszystkiego równo pokrywaj.
Żaden absynt czy wino nie dorasta ci do imienia. Żadne z nich w serce nie uderza nutą
tak wieczną jednocześnie i dziecięcą. Żadna z kobiet nie ma w sobie tyle tajemnicy,
by twoim uśmiechom odebrać pierwszeństwo. Żadna z wystaw nie odkryje tych kolorów,
którymi na mnie, spod rudej powieki zerkasz.
Jutro rozpiszą się gazety i spikerzy pogodowi w telewizji oświadczą ze smutkiem,
że to koniec słońca. Że ktoś piórem przebił płaszcz wystawny galaktycznej gwiazdy.
Ktoś miał na tyle długie ramię? Powiedzą, że to ptak z pewnością - wielki
co by się w gwiazdę Dawida nie zmieścił. Jego skrzydło widziano gdzieś nad Manhattanem,
a jego ogon drzewa wiśniowe po drugiej stronie Ziemi łamał. W Gdańsku była cisza.
Oko zakreślone, w którym nawet pyłek się nie porusza. Tramwaje stanęły i Neptun
nad turystą zawisł niemieckim. Wszyscy czekają aż światło spadnie z drzewa, strącone
oderwie się od gałęzi i przygniecie fabryczną trawę. Ciężarna cisza.
4:00 - 6:00
2 marca, 2009
Ty mi jesteś lustro. Ty jesteś szersze w zmysłach życie. Jak płeć stworzona od nowa, do człowieka niepodobna. Ty jesteś pokojem o pięciu kątach i fazą księżyca, która jedynie w dwóch pełniach szukać może okrycia. Nie powiem ci nic mądrego – nic urosnę bo sama ze mnie zbierasz dojrzałość. Segregujesz conocnie według kryteriów najsurowszych. Leżę w pomarańczowej wiklinie, pod olbrzymimi jabłkami, gdzieś na wzgórzach Asturii. Przebija się do mnie ptak twardymi ustami. Rozcina naskórki i spija płynące z nich smaki. Póki ty jesteś tym ptakiem, ja zawsze pod tobą będę, gryzł zaschniętą na liściach ziemię.
Skrzydła masz białe, poklejone rannym słońcem. Białe węzły trzymasz pod nimi. I biel się z nich leje. Twoje stopy wciąż w zimnym strumieniu, z arktycznych lodowców twoje palce są wyrzeźbione. Zapach roztaczasz szpitalny i bandażem masz owinięte uszy. Twoje włosy w smaku jak z cukrowej waty.
Zasypiam z wargą na tobie opiętą. Z czerwonym łukiem, którego rękojeść w słońcu popękała.
Ty jesteś sarną, którą łapię co wieczór i kiedy rano wstaję pod szyją mam jedynie kawałek
sierści. Cały dzień się z tobą ścigam, ganiam. Korzystam z tramwajów i autobusów, żeby twój krok wyprzedzić o ułamek zegara. O kolejną śmierć kogoś bliskiego.
Powiedz. Czy ty się z każdym tak droczysz. Czy się od starożytności już tą zabawą nie znudziłaś? W płaszczach średniowiecznych już dawno nie chodzisz. Dziś z colą często cię widzę – w obcisłych jeansach. Czasem w kozakach biegniesz na autobus spóźniona, a później z okienka kioskowego talię i brzuch pokazujesz rozochocona.
6:00 - 8:00
2 marca, 2009
Ja nie zamierzam biec do przodu. Nie chcę przed samym czołem pociągu przeskakiwać torów, bo się rozpłynę jeszcze prędzej niż zamierzam. Nie chcę tęczy szukać wiodącej gdzieś daleko a rozpoczynającej się tu, przed wystawą kiosku. Ostatnie czego pragnę to stać w miejscu. - Być śmierci statywem z regulacją wysokości dla każdego. Nie każdy powinien mnie rozumieć. Dlaczego? Bo nikt sobie strachów nie wybiera, proszę pana. Każdy w swoich żyć powinien. Ot, cała prawda.
Trzeba z orła brać przykład. Jego schematy na ruchy człowieka wiernie przekuwać. Bo poeta, proszę pana, musi kołować. Musi zacząć od krążenia w płytkim śniegu, by później okrążyć swój dom i domy sąsiadów. Musi im do okna zerkać. Psom i kotom machać. Może sąsiadkę podpatrzeć – pierwszą kobietę, nago? O, tak. Poeta to podglądacz największy – najbezczelniejszy, bo się później tą nagością obrzucać będzie z innymi poetami jak śnieżkami. Gbur prawdziwy, ale to nic! Z takimi trzeba się po prostu nauczyć żyć.
Później osiedla całe straszyć zaczyna. Latarnie całować w jakimś niezrozumiałym szale.
Już spogląda na samoloty – ciekawi go, kto w nich siedzi i gdzie oni tak lecą po niebie.
Jednakże, z miastem oswoić by się wypadało, nim się wyruszy na szerokie morze.
Promami wypływa do nowych części miasta. Do knajp pierwszych wchodzi i papierosy zapala przy dziewiczych ladach. Zaczyna rozumieć, że tak naprawdę nikt na niego nie patrzy
i nikt za nim się nie skrada. Zaczyna swobodniej sobie poczynać. To szklanką rzuci
w plecy barmana, to faceta kopnie po pijaku, rzygając po barowej łazience. Wyrasta z niego
prawdziwa poetycka szkarada.
I tu pies pogrzebany - najczęściej, proszę pana. Poeta już poczuł pierwsze rany, więc kołować zamierza wysoko i szybko. Szybciej i wyżej niż poprzednik jego każdy. Zwykła naiwność, lecz jak do niego przemówić, gdy jego uszy zamknięte na wszystko, a wzrok nosi otępiały. On się w geniusza przeradza z ćmy jakiejś, zabłąkanej w miejskiej toalecie. Każdy go capnąć chce i przygnieść obcasem, ale on się wymyka śmiało. Już posąg z niego wyrósł w niektórych miejscach praktycznie doskonały. Dziwna to rozterka, nawet dla mnie samego. Co zrobić z takim szaleńcem, który dopiero co skończył nieletniość i już nad starcami szyderczo się unosi. Kule im kradnie i skacze, opierając się na nich dla zabawy, On ze zdrowia drwi i z przyjaciół. Po górskich ścieżkach się pnie i wciąż pije alkohole o egzotycznie brzmiącej łacinie.
Wschodami się upaja innych krajów, obcych kontynentów. Już cały świat przemierzył,
więc co teraz? Czy pan wie? Czy on w końcu zasiądzie przy kartce i pokaże, że umie wypatrzyć
ofiarę? Bo kołować, proszę pana, to nawet ślepy orzeł potrafi.
Kamil K. [Usunięty]
Wysłany: 2009-03-04, 08:57
2:00 - 6:00
3 marca. 2009
Młodość tak szybko o wstyd zaczyna przyprawiać. Wtedy człowiek nie bał się niczego. Spał pod gwiazdami, chociaż nazw ich przecież nie znał. A teraz? Mogę robić za astronoma, tylko co z tego, skoro straciły całe piękno, gdy im nadałem właściwe nazwy. A fructibus eorum cognoscetis Eos. A to przecież jest tak, że najpierw byłem owocem. Nastoletnie bunty, ze śmiercią pierwsze układy i podróże do ruin Starożytnych Greków – tak zdzierałem czerwony naskórek, aż z całego owocu zeszła ta warstwa, która miała najwięcej witamin.
A co później? Później drzewo. Miąższ zaczął obrastać w ochronną korę. Konary ciężkie z owocu wystąpiły by głośno wbić się w Ziemię. I co mi z tego przyszło, że liści noszę tysiące barwnych, jak paw jestem wystawny? Jako owoc, mogłem się zobaczyć w byle tafli jeziora, w pierwszej napotkanej kałuży, a teraz…Teraz już nawet niebo nie ogarnia mojej korony.
Przerastam niebo i gdzieś w kosmos wypuszczam wiosenne pąki, które księżyc oplatają
i w jego kratery składają plony. Tam się końce moich myśli iskrzą jak ostatki błyskawicy
na nocnym stole.
Evviva l'arte… jeszcze słychać nad grobem,
jak się spełnia sen nierealny poety.
A ja w kamień stukam palcem,
co by się może melodii wylał innej
ostatek. Melodii realnej?
Evviva l'arte… rozgłos panuje wielki,
jakby w agonii spadły obrazy i wersy
i rozpaczliwie przywarły do ludzi,
co by ich może uratować zechcieli
choć trochę. Dla sztuki samej.
Evviva l'arte… już czarne są chusteczki,
bo się feniks zakopał gdzieś w niebie
i wyjść teraz nie może,
co by jeszcze świata zawalczył
kawałek. Dla chwały własnej?
Evviva l'arte…w piersiach mamy milczenie,
jakby ktoś z książki strony powyrywał
i biel wkleił nowoczesną,
co by się nie skaziły przyszłe
pokolenia. Dla zguby słodkiej.
I tu się kończy łacina. Rozum łamliwy
piszczeć zaczyna pod stopą olbrzyma.
Czy my się z tą sztuką jakoś wykaraskamy
żeby na kartkę osiąść rosą natchnienia
czy statkiem atramentowym wypłynąć
w rejs ostatni? To dziś bez znaczenia.
5:30
Studium Zasypiania
Po czarnych torach nade mną się toczą,
wagony mgłą obleczone i w gwiazdach
płynące jak przez gęstą rzekę – do rzek
niepodobną. I zasnąć próbuję, do siebie
tuląc wyszytą przez obcą matkę poduszkę.
W tej poszewce miękkie sny upycham,
o różowych plażach i drgających w słońcu
pustyniach.
Po czarnych wagonach wąż wije się
w galaktyce. Tylko na niebie bez nóg
i głowy widać jego grzbietu odbicie.
Już się pręży i zęby napełnia jadem,
by wyskoczyć z głośnych zawiasów
i wbić się w moje czoło jak diadem
Zapomniałem czym są dźwięki tramwajów
i jak rano butelki postukują mleczarza.
Zapomniałem śpiewu kosów porannych i
stukania klawiatur nadchodzącego świata.
Sny mi się wszystkie zaczynają plątać
i trzon w pościel lepką powoli się zapada.
Czy z tego jeszcze motyl jakiś
wyrwać się potrafi – bo przecież po motylu
musi być łąka. Po jego śladach
musi las być, zdrowia ziemia,
mokra trawa, co ranek wita wesoło.
Jak dla mnie - za dużo obrazu, za mało treści. Trochę ciężkawy ten tekst .
Zwróć też uwagę na szyk przestawny i błędy (np. patrzałbym inaczej). Autorom jakoś nie wypada tak błądzić.
Pozdr.
Młodość tak szybko o wstyd zaczyna przyprawiać. Wtedy człowiek nie bał się niczego. Spał pod gwiazdami, chociaż nazw ich przecież nie znał. A teraz? Mogę robić za astronoma, tylko co z tego, skoro straciły całe piękno, gdy im nadałem właściwe nazwy. A fructibus eorum cognoscetis Eos. A to przecież jest tak, że najpierw byłem owocem. Nastoletnie bunty, ze śmiercią pierwsze układy i podróże do ruin Starożytnych Greków – tak zdzierałem czerwony naskórek, aż z całego owocu zeszła ta warstwa, która miała najwięcej witamin.
A co później? Później drzewo. Miąższ zaczął obrastać w ochronną korę. Konary ciężkie z owocu wystąpiły by głośno wbić się w Ziemię. I co mi z tego przyszło, że liści noszę tysiące barwnych, jak paw jestem wystawny? Jako owoc, mogłem się zobaczyć w byle tafli jeziora, w pierwszej napotkanej kałuży, a teraz…Teraz już nawet niebo nie ogarnia mojej korony.
Przerastam niebo i gdzieś w kosmos wypuszczam wiosenne pąki, które księżyc oplatają
i w jego kratery składają plony. Tam się końce moich myśli iskrzą jak ostatki błyskawicy
na nocnym stole.
Według polonisty to właśnie forma ,,patrzyć" jest dziś o wiele rzadziej używana, niż ,,patrzeć"
Co do poprawności obu sformułowań - zgoda, ale co do tego, że "patrzyłbym" jest dziś o wiele rzadziej używane, to polemizowałbym.
Zacytuję wypowiedź pisarza, lekarza i językoznawcy, Pana Piotra Müldner-Nieckowskiego:
"Słowo patrzał (patrzała) to forma czasu przeszłego czasownika patrzeć.
Słowo patrzył (patrzyła) to forma czasu przeszłego czasownika patrzyć.
W zasadzie tego należałoby się trzymać, ale język się zmienia.
Obydwa czasowniki i ich formy czasu przeszłego znaczą to samo i zapewne dlatego coraz częściej obserwujemy krzyżowanie form jednego z formami drugiego, czyli łączenie czasownika patrzeć z formą czasu przeszłego czasownika patrzyć. Obecnie w słowniku "osobistym" wielu Polaków występuje para patrzeć - patrzył, a pary wymienione wyżej są spotykane rzadziej. To tak, jakby powoli zanikały: czasownik patrzyć i forma czasu przeszłego patrzał, a zamiast nich chętniej były używane: czasownik patrzeć i forma czasu przeszłego patrzył.
Wniosek: patrzał to wyraz nadal najzupełniej poprawny, ale rzadziej używany niż równie poprawny i bardziej rozpowszechniony patrzył. Nie mam nic przeciwko patrzałbym, ale sam od lat mówię (i piszę) patrzyłbym."
Piotr Müldner-Nieckowski
Kamil K. [Usunięty]
Wysłany: 2009-03-06, 10:51
Marcin Dydyna napisał/a:
Co do poprawności obu sformułowań - zgoda, ale co do tego, że "patrzyłbym" jest dziś o wiele rzadziej używane, to polemizowałbym.
Ja powiedziałem o bezokoliczniku, a co do pochodnych w czasie przeszłym, masz rację:
Patrzałem to forma wciąż poprawna, choć przestarzała. Czasownik patrzeć/patrzyć ma w większości klatek paradygmatu formy oboczne, najwięcej w czasie przeszłym, np. patrzyli, rzadziej patrzeli i patrzali.
Godne uwagi jest to, że choć bezokolicznik patrzeć jest częstszy od patrzyć, to formy przeszłe pochodne od tego pierwszego (np. patrzał) są rzadsze od form pochodnych od tego drugiego (np. patrzył).
— Mirosław Bańko, PWN
Marcin Dydyna napisał/a:
"Słowo patrzał (patrzała) to forma czasu przeszłego czasownika patrzeć.
Słowo patrzył (patrzyła) to forma czasu przeszłego czasownika patrzyć.
W zasadzie tego należałoby się trzymać, ale język się zmienia.
Nie zgadzam się. Uważasz, że w przeszłości forma ,,patrzyć" dominowała nad ,,patrzeć", a teraz to się zmienia?
Zgoda - skoro tak mówią poloniści, to niech będzie, że ,,patrzałbym" jest rzadziej używane, ale to zwykła tendencja ( językoznawcy sami określają to jako ,,godne uwagi" i ,,ciekawe", więc dają do zrozumienia, że nie ma to konkretnego uzasadnienia. )
"Słowo patrzał (patrzała) to forma czasu przeszłego czasownika patrzeć.
Słowo patrzył (patrzyła) to forma czasu przeszłego czasownika patrzyć.
W zasadzie tego należałoby się trzymać, ale język się zmienia.
Nie zgadzam się. Uważasz, że w przeszłości forma ,,patrzyć" dominowała nad ,,patrzeć", a teraz to się zmienia?
Zacytowałeś słowa Pana Piotra Müldner-Nieckowskiego, nie moje, niemniej z powyższej wypowiedzi nie wynika, że "w przeszłości forma ,,patrzyć" dominowała nad ,,patrzeć""