POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Odpowiedz do tematu POSTscriptum Strona Główna » PISANE WIERSZEM » Moje pierwsze wiersze » Teksty wybrane
Teksty wybrane
Autor Wiadomość
Kamil K.
[Usunięty]

Wysłany: 2009-03-05, 05:05   Teksty wybrane

Teksty Zebrane ( z dna szuflady ) : 2004 - 2007



Gdyby się chwilę zastanowić, to poniższe teksty wcale nie są moje. Należą do małego chłopczyka, zamkniętego w tym dorastającym. Widzę w nich przesadnie egzaltującego się ze wszystkim i przed wszystkimi człowieka, którego słowa nie naznaczone są choćby kroplą obiektywizmu.
Widzę rozpacz, która buzuje potężnie i tylko szuka szpary, ujścia, by móc wypłynąć strugą czegoś kompletnie nieukształtowanego. Istny harmider - bunt przeciw buntowi, byle tylko pokazać swoją wyimaginowaną wielkość i dać oddychać słowu. Komizm. Wyobraźcie sobie małego chłopczyka, wychodzącego na wielką scenę teatru, błądzącego wzrokiem po widowni i wyszeptującego od niechcenia : Jestem Bogiem. Takiego właśnie go widzę. Pielgrzym, który jeszcze nie wie do czego zmierza. Taką drogę przechodzimy wszyscy, by dorosnąć do młodości - i tejże drogi nikt przejść w pełni nie potrafi.


...................................................................................Kamil Kwidziński 23 lutego


____________________________________________________________________


............................. ,,Dziecko nie powinno być nigdy karane przez tych, których nie kocha."



...............................UWAGA! Ten Pan To Dziecko!



............................,,Dorośli nigdy nie rozumieją niczego sami i dzieci są zmęczone wiecznym udzielaniem im wyjaśnień."




.....................................................


____________________________________________________________________


Spis:

Pięknie i nocnie * Jowisz - czy to sen? * Skupmy się * Czarodziej szpitalny * Czarno – biało * Do mojego zadowolenia daleko * Oddajcie * Boska komedia * Zapiski nad ranem * Port w Świnoujściu * K. * Krucjata wokół wiśniowych drzew * Czas się cofa * Korespondencja * Nowa era - nowe natchnienie * Okno * Zapiski nad ranem IV * Mamo, nie przyj * Egzystencja * Krwawienie wewnętrzne * Żona Paula V * Boleśnie wychowany na romantyka * Gnój * Wiara na sterydach * Miraże wieczorowego opiekuna * 7 kilometrów * Wędrówka chwili * Wagony gonią się równiemiernie * Nocka * Wprowadzony w Błąd * Wizje 1 i 2 *






Pięknie i nocnie


jednego dnia zatrzymam przyszłość
cholerę czystą wcielę w ciała burz
przez szkło trójkątne zerknę
na stojącą rzeczywistość

ułożę w blasku zamrożonych ludzi
wielki krąg a w nim mniejsze
z białych, nadgnitych róż
i lekką nogą ruszę wszystko

a gdy osiągnę piękno w zenicie
stanę w samiutkim środku
ciesząc się własnym sobą
w różowym zachwycie

i machnę dłonią
i zasnę znów




Jowisz - czy to sen?

łamię chleb
pod dachem przysięgam
że żyją tu tylko potwory
i miękkie gąbki prysznicowe
żyją jeszcze papierosy
powietrze wpada czasem
i ja też
zostawiam to co dzień

w południe czekam na moście
na miłość
między innymi
czekam też na litość
i kilka słów Jowisza

na własnym weselu
on będzie moim świadkiem
policzy gości
i wszystkie pieprzyki na moim ciele
i zakocha się w kobiecie

będę płakać
pod zabliźnionym
od uniesień olbrzyma
niebiem

znerwicowałem siebie





Skupmy się


Pan usiadł, pan siedzi.
Pan mówi do mnie, a ja cała z nerwów spocona. Nie słyszę - widzę tylko po jego wargach, że nowe wymyśla - by mnie wielbić - słowa.

Pan usiadł, pan płacze.
Zdjęcie kobiety i dziewczynki pokazuje. Ja zawiedziona wyciągam palce, łkanie słyszę. Wkładam palce.

Pan wstaje i krzyczy.
Ledwo co słyszę te krzyki co on krzyczy.
Ledwo słyszę, jak otwiera okno, choć widzę dobrze. Wyskakuje.

Pan siedział. Pana nie ma. Pan leży.
Nic nie słyszę. Jestem sama. Z uszu paluszki wyjmuję i jabłka z plecaka. Do rodziny jadę, na plażę. Ubrana jak mężczyzna.




Czarodziej szpitalny



piękny świetliku, czarodzieju
z wysp zielonych, rozkwitłych na wieczno
trzymasz w ręku zapach nadziei
co w bliznach lekko, bezmyślnie się rozpływa
wszystkie włosy dziś ściąłem

wysłałem w podzięce za lata te z wielu
za lata przy łóżku w podzięce
i tylko zostań w ogrodzie, gdzie znowu zakwitnę

zbierzesz żniwo i dasz mi zapłatę
choć krztynę dasz mi sprawiedliwości
nie spocznę na Laurze, kochance z sąsiedztwa
póki niepokojem do mnie będziesz przychodził





Czarno - biało


wielka litera B
odziana w czarną linię
wytłuszczona wędzoną rybą
kłania się pod powieką

wydawało mi się, że wcześniej
byłem i rozumiałem
w przerwach na kawę
czytałem i spodziewałem się cudu
ale teraz widzę
że
pewnego dnia
spotkam sen i zobaczę
jak tańczy
leniwie toczy się
po szarych balkonach

czarne szelki i biały podkoszulek
czarna kawa, papieros i kobieta

jak nie kochać tak brzydkich snów?
choć nie wierzę w boga
modlę się za własne dni





Do mojego zadowolenia daleko


chciałem cię naprawdę
mogłaś ty naprawdę
mogłem żyć w przypadku
pływać w wodospadzie
mogłem żyć w podniecie
pionowo i bez strachu

ziarenko piasku
przyklejone do wargi
mówi zero dotyku
zawczasu
nie słucham
dotykam całuję do krwi
trzeba łzy by przekonać
piekło

najwyższa fala na północnym
brzegu niesie za biodra
chwyta i płynie z nadzieją
w nadziei twoja stracona
cnota i pięści pełne naskórka
plecy podrapane i uczucie
spełnienia

w takich chwilach
nawet ja nie mam imienia




Oddajcie

oddajcie mi moją buddę
oddajcie mi pchły poranne
oddajcie mi życie stracone
oddajcie postać co była baranem
oddajcie zapiski i czarne bzy
oddajcie moją jedynkę z matematyki
oddajcie to wszystko co będzie po nas
oddajcie mi słowo, pomarańcze, mój las
oddajcie miłość – tę gorzką i zruganą
oddajcie kapeć rodzinny i schody do ciemnej piwnicy
oddajcie mi moje świadectwo z kolonii
oddajcie muzykę i gitarę i stroik
oddajcie mi wszystko co było po was
oddajcie jeziora i mroźne paluszki
oddajcie jabłonie w drodze do szkoły
oddajcie mi piękno nocy
oddajcie papieros w ustach tlący
oddajcie pierwszy pocałunek
oddajcie malucha w zielonej bramie
oddajcie mi niebieskie oczy
oddajcie mi kocyk granatowy i chwile pod nim
oddajcie mi cele, marzenia, koszmary
oddajcie mi wolność, choroby i wszystkie smaki

to wszystko jest moje
to wszystko jest moje
to wszystko





Boska komedia


po nocy przemodlonej
łokieć w łokieć
znów świętej w tobie ubyło
za to pierwszy raz
więcej jest świętości

nie takiej z dzwonnic
w rdzewnym posmaku -
wzniosłej
nie chleba czy poranka
pracy
tym bardziej opłatków

podarek mi składasz na ręce
ale to tylko dziurawe trybiki
póki gliną ich umyślną
nie ulepię
nie kładź tam czereśni

moja krew
w tobie
już zaczęła rosnąć
to pierwsza świętość będzie
która po mnie umrze

zniszczyć jej nie potrafię





Zapiski nad ranem



z czajnika poleciała krew
samotne śniadania
co mylą znów czas
błędnie podając kakao
przejadły się
opróżniły lodówkę i miskę dla psa

widziałem biały sweterek
pod uchylonym okienkiem
leciał smak
i białą twarz
ujrzałem
posępnie okrągłe piersi
w ciemnym różowym
podświetlu
gdyby było kobietą
zaryzykowałbym gwałt
na człowieku
- gdybym był mężczyzną

smak ostatniej herbaty
z fusów wywróżone drzewa
dobra pogoda
przestała na mnie działać




port w Świnoujściu

fale łaskocą po tyłku
w porcie zawitał przedranek
dźwignie noszą mój odliczony czas

w tych pękniętych chwilach
trzymam wzrok pionowo
a na wieżyczce
po drugiej stronie rzeki
jest moja granatowa królowa
czarny owoc królowej

żółte metalowe krzyże
witają mnie
pociągi
i ludzi na rowerach
w szarych kurtkach
kobietę z rozciętą wargą
sromową
po chwili już znajomą
nad ranem bez numeru telefonu

gdzieś mewa
w oddali woła
zostań!
i jeszcze raz krzyczy
i jeszcze raz

lecz ja mam godzinę
do odjazdu
zbyt krótko by zmienić zdanie
w półżywy poranek




K.


a kafka ostrzegał
a kafka był moim malarzem
kafka ostrzegał przed leni
kafka ostrzegał przed elzą
i przed moją panią

a kafka był w grobie
gdy jadłem śniadanie
ostrzegał we śnie
że zeżrą mnie własne marzenia
że zeżrą mnie własne marzenia

mówił mi we śnie
że proces swój spierdolę
na jawie
tak samo jak on
będę miał branie




Krucjata wokół wiśniowych drzew

kołyszcie mną delikatnie - wy
diamentowe obłoki ciągnące się wzdłuż
moich przemyśleń - to ja wam wybrałem imiona
więc wierne do wschodu macie być stwórcy
jak ojcu

to ja wam miejsce
na moim skromnym niebie wyznaczyłem
bez ubrań tam żebrać macie o mnie
bez instrumentów żadnych śpiewać mi musicie
kołysanki ociosane z bolesnych synonimów

zawieszone bądźcie w akcie
niech tylko pierś wam rośnie
regularnie
i mleka przybywa słodkiego
na wardze



Czas się cofa

jak na gwałt wszystko zwalnia
w tramwaju starsze kobiety
klęczą przy zabawkach
czas się cofa
jest też dym z papierosa
czas cofa się razem z nim

w windzie nigdzie nie jadącej
jesteś potworem w podkoszulku
zbierasz czarne dziury
z mojej szyi - przyklejasz je
na swoich dłoniach

czas się cofa
instynkt zabójcy razem z nim
wszystkie planety są w kościele
ostatni pociąg do Ameryki
wraca drogą morską
omijając zasłużone boje

ludzie z balonikami
zapomnieli jakim stałem się
potworem

cofa się czas
w dzwonkach nagie zbrodnie
piszczą, grają
jest mi dobrze z tą nagością




Korespondencja


matka dziś pisze ostatnie słowa
do mistrza ucznia syna nieroba

złamanym piórem mówi że płacze
ciepło biegnie po kartce po twarzy

czemu nie dałeś nam sobie pomóc
czemu bez zgody idziesz na pogrzeb

przysłaniam szczelinę w szkle nosem
z jedzonej nogi krew leci ukosem

matko kochana pod kocem piszę
list do życia i białej kochanki

krzywdą całować muszę na zabój
ostatnim krzykiem rozerwać muszę
papier




Nowa era - nowe natchnienie



wyrwały się z ramion uśmiechnięte ptaki
bez matki bez wspomnień skórę każdego życia
rozdarły, szybowały prosto ku słońcu
niosąc w piórach szczęście

w przytłocznym codziennym marszu ludzkie
oko uciekło od słodkich pociech i skrzydeł
sczerniałych licząc na szczęście
które w kolorach przychodzie same

wchodząc w cień rzeźbionych trumien
wybranych w katalogach dla bezproblemowych małżeństw
zrobiły swoje gniazdo narażając się
na uśmiech nieświadomych maleństw

nie żyli rozumnie
nie wiedząc że szczęście
nie schodzi nagle bo to
nie człowiek nawet ten który niczego
nie pragnie



Okno


Bo gdyby powiedzieć, że tęskno mi do tego, kłamałbym obłudnie, księżycowi plując w spodnie. Miękłbym wtedy zbyt porannie w zabawie, pokarany sumieniem i napastliwymi myślami . Bo gdybym tęsknił szczerze
mową - poszedłbym, popłynął już dziś w stronę wyimaginowanej prawdy.
Ku szczeremu źdźbłu trawy który jak diament świeci

na dnie.

?
Gdzie w łożysku mam szukać opiekuńczości, by choć sekundą cieszyć się przy stole. Jak w twardych rękach ojcowskiej czerni mam szukać powiek. Może ona zakryłaby to co mierne i przez czas potrojone.

Jeśli kolejny świt stanie nade mną w rozkroku
będzie to znak, że zbyt słabego siebie widzę, by na kolanach znajomych przysiąść. By dzieciństwo odrobić i coś wartościowego przyrzec.

!
Przysiąc będę mógł jedynie na kamień śpiący w ręce. Że pragnę dzikości słońca. Tak by obcość wynagrodziła mojego umysłu trudy. Z nadzieją, że może jest dzika trzcina która dziecko straciła przed laty,

może czeka na mnie,
płacząc z wiatrem.





Zapiski nad ranem IV


zacząłem dzieciństwo od strzału
w część potyliczną
jak się później dowiedziałem

słoneczka wschodziły
krwawe, lub mniej
ale nigdy nie oślepłem

,,pewnej nocy tak zaszelejemy
że słońce już nie wzejdzie"

w goglach narciarskich
stałem przed sklepową wystawą
zaczarowałaś mnie

czy słyszysz mnie stąd?
przez szkło? ruszyła się
zrób to jeszcze raz
wiem, jesteś przerażona
ale nie oślepniesz

po prostu podłącz się
do mnie i
usłysz przyjemność




Mamo, nie przyj


już mi płód mleko szarpie
mięśnie rozciąga na sercu

nic z bieli nie zostanie
morderstwo przyjdzie nagle
zastanie nagiego
z butelką w ręku

krwi za dużo spuszczone
do żony
połknęła bez zastanowienia
wierząc
że raczej do boga
podobny jestem
i beton będzie z mojego nasienia

w sklepie palcem wytkną
boga
co dziecko własne
wyrżnął -
krzyż dla mnie strugają
paznokciem

nie
dziękuję - bez łaski
sam się przybiję



Egzystencja


ocieram skórą
o latarniany brud
zbieram siłę wokół nadgarstków
żądam od chodnika
by obcych stóp się zrzekł

garnitury przyszyte do pleców
żywych biurowców palą mnie w oczy
ich język szuka po kieszeniach
martwej komórki - wiernej kochanki
bez narządów i powiek

na jednej płytce spędziłem
popołudnie i lekko już zesztywniały
oparłem się o rozczarowanie
w ciągłej erekcji przyjaciel
rozjaśnia mi spodnie na udach
i pośladkach

samotny sączę szampana
pośrodku miejskiej zbrodni
modląc się do białej pani
o wyrok dla nich
szybki i dla mnie wygodny



Krwawienie wewnętrzne

wyraźnie widzę własne płuca przez
szpary w oszronionych łzami żebrach
i gdzieś tam w środku sam siebie
piszę:

na środku wyspiarskiego nieba
siedzi z połamanym przyrodzeniem
poeta z którego cieknie czekolada


zawsze lubiłem ją jadać i pisać
też w trzeciej najlepiej kobiecie
osobie

jak trzeba to wystrugam wieszak
na kilka sukienek dla natchnienia
wyżłobimy sobie kilka szarych piosenek
o nadziei



Żona Paula V.

złoty cień umykający z nosa
przenika dwa strzeliste wypełnione mleczem
pęcherze
odpycha lekko podpity wzrok wiążący dekolt
proszący o wybaczenie

w melodii policzków zmęczonej kobiety
która jednak uśmiechem gromadzi zapasy
szczęścia i nie boi się znikających w ustach kasztanów

od zawsze w królewskim wagonie z rąk przeznaczenia uciekała
wysiadała
w rozpaczy szukając okiem kochanka
i zawsze wracała do biednego krótkotrwałego spełnienia
tęskniąc cudzym ciałem




Boleśnie wychowany na romantyka


Już byłem na marsie i w knajpie gdańskiej,
niejednej. Na wenus składałem potomstwo.
Co się z nim stało? Nie wiem…

Pamiętam, gwóźdź zagięty
o nogę szorował,
ale tak pięknie jęczała moja podkowa,
że pchałem – do krwi przyciskałem.
Towarzysz mówił, że niezaprzestanie
to najsłodsza wymiana zaprzeczeń.
A ja wierzyłem i piłem z nim później.
Wierzyłem na słowo,
bo sam nic o tym nie wiedziałem.

I dalej nie wiem, czy to ona
w białym była kaftanie,
czy to światło tak na mnie działało.
Już nie pamiętam, przy którym barze
zarodek chłopca z ciała męskiego
wyrzuciłem. Chryste Panie.

Zmieszanie i pasja

i blizna mi teraz po tarciu została,
przy pierwszym,
z dwóch stron
słono okropionym zbliżeniu.

- Na baczność. Stój jak mężczyzna,
gdy sprawiam Ci przyjemność.

Jak koszmar, z rana słyszę.
Szoruję już tylko o wrzosowiska.




W obmurowanym ciszą
parterze.




Gnój

tam dalej
byłbym lepszy dla was
nie pozwoliłbym wam wtedy płakać
kwiatów nie musielibyście
trzymać

bo prędzej czy później
pewnie prędzej
po zimną rękę
i jej owoc sięgnę -
umrę w półzgięciu

cień przykryje moje skronie
aż do końca
aż do niedbale pociętych włosów


Wiara na sterydach

zaklinowały się klawisze
w fortepianie
to jezus z plasteliny
wpadł do środka i zakleił
młoteczki

a
w moim pokoju
zawsze był taki szacunek
do religii
na szafkach i ścianach
wisiały dziesiątki cytatów
czytałem je rano
przed bieganiem
ale wagary w kościele
to już była przesada

oazy modlitwy w ciemnych korytarzach
uzdrowienia i grupowe wyzwolenia
to nie na umysł młodego chłopaka

chwalona wiara umiera szybciej
niż ta nękana
chwalone życie upada głośniej
niż niechciane

taka prawda
choć ja jej nie wyznaję


Miraże wieczorowego opiekuna

biurko moje wstydliwe jest strasznie
czasem jakaś gwiazda z niego spadnie
pech
szybko ramionko od koszulki poprawi
i zniknie - jasna blada noc

samotna się skrada z kuchni
z łazienki
woda - z czerwonego krzyża ciepła leci
ja tylko w zimnej się kąpię
bo ciało mam zwykle nieostudzone
spocone

i jeszcze te dzieci
rzucają mi w okno szyszkami
poeto! poeto!
zatańcz z nami

ja młody
ja skurwysyn niedorobiony
tańczyć z dziećmi nie mogę
bo wstydzę się własnych nieumień

wchodzę na pole nocą
i kucam
jestem między wronami
oddycham jak one

księżyc ze śmiechu łapie się
za krocze
gwiazdy uwypukla
jak żyłki podbrzuszne



7 kilometrów

nocna zmiana
pilnuję leśnej rzeczki
pijany

skaczę po białych wysepkach
półnagi
a wokół statki
z prawej lewej z tyłu
z przodu
zmywają się w całość

całość niedobra
tak strasznie niesmaczna
w głowę się wciska przez uszy
czaszkę dziecko małe rozsadza

rodzimy
przyj!
przyj!

ze statku krzyczą:
złaź z drogi! pijaku!

już schodzę już schodzę:
urodzę do końca dzieciaki





Wędrówka chwili

i znów to samo
purpurowe chwile
za moim oknem
leją mi purpurę
w wielkich dzbanach
a dzbany są bez dna
więc purpura w rękach chwil
rozlewa się
na cały świat

zasłyszane cierpienia
przemierzają nizin szlak
wczorajsze problemy
dziś płyną, wśród włoskich Alp
modlitwy w dolinach
klęczą, w prądach rzek
codziennie krwi miliony
w chwilach przelewa się

i wszystko wieczorami
wraca za okno
by w moich słowach
znaleźć spokojny sen




Wagony gonią się równiemiernie


Pociąg robi puk puk do wnętrza ziemi...


- Przepraszam, wolne?
- Tak, tak, proszę, proszę.
- Dziękuję, dziękuję. Straszny tłok w tych naszych pociągach, jechałam rok temu takim pociągiem francuskim - z Francji...
-... Ano, ano
- Basia, miło mi. A pan?
- A ja piszę.
- A co pan pisze?
- A piszę książkę ,,Pociąg robi puk puk do wnętrza ziemi"
- Hmm... Ja na książkach się nie znam, więc panu nie pomogę - czytać też nie lubię.
- A to nie szkodzi, dopiero co ją zacząłem.
-Ahh... a gdzie pan jedzie? Po wenę?
- Heh, można tak to nazwać.
- Co nazwać?
- Mniejsza o to. Ma pani córki, pani Basiu?
- Hihi, no mam, mam, bo ja na wsi jestem wychowana - tam to dużo dzieci - każda kobieta ma przynajmniej czwórkę. Miałam dziewięcioro rodzeństwa a sama mam trzy piękne córeczki.
- To ładnie, ładnie...lubię córki, to znaczy ogólnie lubię kobiety.
- No jedna to taka w pana wieku - można by was zeswatać bo ona do mężczyzn to tak nie za bardzo.
- A dlaczego? Woli kobiety?
- Och, nieee... bardziej ją do książek ciągnie i nauki. To dobrze, ale wie pan. Na wsi nauka kobiecie się tak nie przyda jak porządny facet.
- No tak, rozumiem.



[ drzwi otwierane sie otwierają, w drzwiach staje pani konduktor ]

- Dzień Dobry, bileciki do kontroli.
- Już, już..gdzieś go tu miałam. O! Proszę, trochę pogięty.
- Nie szkodzi, a pan?
- A ja piszę książkę:
,, pociąg robi puk puk do wnętrza ziemi".



Nocka

to noc w śliskich rękawiczkach
żongluje ciszą
i brzask za nią stoi z batem
skręconym z fioletowych szmatek:
żongluj! suko! żongluj!

a ona płacze
i nuci pod małym wozem
nieszczęsna rozpadnie się
od środka
gdy rozwiozą po kioskach
ostatnie partie gazet





wprowadzony w Błąd


przychodzisz do mnie życie nie w porę
o sen prosisz gdy piję z poetą
pośpieszasz gdy zapinam rozporek
przez ciebie wciąż grożą mi późną śmiercią

o ściany się obijasz w moim mieszkaniu
do luster pukasz jak do obcego kraju
nieśmiało język w ucho wsuwasz
gdy oddycham w kobiecie porannie

nie warto cię szukać wzrokiem - czarno strasznie
i podszycie miejskie

lecz wystarczy założyć powiekę
a można cię całe – życie?

to tylko białe niemowlę co popłakuje
i palcem wywija w moją stronę
więc po co i do kogo
ja to mówię





Wizje 1 i 2



Jest pochmurny poranek. Kot z sąsiedztwa zdaje się podzielać to zdanie miaucząc monotonnie, w sekundowych odstępach czasu. Taaak... ludzie często mają różne przyzwyczajenia - na przykład: poruszane brwiami, nerwowe pociąganie nosem, pocieranie skroni czy poprawianie okularów. Bądźmy więc wyrozumiali dla tego kota i przejdźmy dalej. Oprócz chmur wisi w powietrzu lekki, trochę nierozgarnięty wiatr - przesuwa się raz w prawo, raz w lewo, momentami można poczuć na sobie cały jego ciężar, by po sekundzie podnieść nerwowo głowę i rozglądać się w zdziwieniu, szukając wzrokiem powiewu który dopiero co szalał między uszami. Tylko kto się w tym zdziwieniu rozgląda?

Wioska w której jesteśmy liczy sobie jedynie trzystu mieszkańców, więc moglibyśmy drogą dedukcji i rozmów z ludźmi dojść do tego, który to zdziwienie okazał. Jednak trwałoby to bardzo długo. Co innego można zrobić ? Może powinniśmy przyjrzeć się rysopisowi tego pana/pani - jest szansa, że liczba podejrzanych gwałtownie się zmniejszy.

Więc zaczynajmy. Ja jako autor postaci postaram się ukazać go w miarę dokładnym i obiektywnym świetle, chociaż niczego nie obiecuję, gdyż nawet mi mógł umknąć jakiś szczegół. Jest to osobnik rodzaju męskiego, ciężko ocenić budowę jego ciała ponieważ jesteśmy od niego oddaleni o jakieś dwieście metrów, na dodatek nasz nieznajomy siedzi.
Nie będziemy prosić go o powstanie, ale możemy się zbliżyć. Tylko uwaga na nogi - strasznie dużo tu nierówności.


***


Przyśpieszmy na chwilę - na przystanku siedzą jednak dwaj panowie, są w czarnych garniturach. Z bliska widać, że twarze całe mają pocięte zmarszczkami i głębokimi rysami twarzy. Wiem z własnych obserwacji, że u starych ludzi ciepły uśmiech może zmienić wszystko. U tych panów nie widzę żadnego uśmiechu, wręcz przeciwnie, wyglądają na zdołowanych, znerwicowanych i oderwanych od rzeczywistości. Wybaczcie, przykucnę na chwilę. Tak, teraz widzę dokładnie. Spod przykrótkich spodni od garnituru wystaję niteczki od czarnych skarpetek. Jeden z nich trzyma w rękach kapelusz, dłonie ma oblane drobnymi kroplami potu. Zwija go w ciasny rulonik, z powrotem rozwija wygładzając i prostując starannie.

- Ładna pogoda - Brawo! W końcu odezwał się staruszek po prawej, ukazując nam dwa siekacze które swoją wielkością zdecydowanie przyćmiewają resztę jego skromnego już uzębienia.
- Ano, ładna - odpowiedział drugi,

no ale chyba nie muszę tego tłumaczyć. Można sądzić, że to typowa ,,gadka szmatka" i nie będę się spierał z takim poglądem. Sądząc po ilości słów jakie wypowiedzieli i nerwom które im przy tym towarzyszyły dalszy dialog mógłby się zakończyć natychmiastowym zawałem obu panów. Skoro zaszliśmy już tak daleko, to może jednak zaryzykujmy: raz staruszkowi śmierć.

-A gdzie pan się wybiera?
- No..ten..tego...żona mi tu adres zapisała, miałem w nocy zapaść i lekarz stwierdził, że umarłem.
- Ach, współczuję.
- A pan?
- No ile można zawałów przeżyć? Lekarz ostrzegał, że jeśli nie zadbam o siebie to długo nie pożyję. No i co? Trafiło się ślepej doktorzynie ziarno.


Przepraszam, ale z tego co Ci panowie nam mówią wynika, że nie żyją. Jest to sytuacja dość abstrakcyjna - zważając na tego kota, małą wioskę i garnitury. Skorzystam z tego chwilowego przestoju w rozumieniu sytuacji i pójdę zaparzyć sobie kawę.
 
 
Marek 
Z. Marek Piechocki


Wiek: 79
Dołączył: 19 Paź 2007
Posty: 15294
Wysłany: 2009-03-05, 22:00   

przeczytałem
bez uwag :)
przestaję pisać (bez uwag)
bo i tak od paru tygodni NIC
teraz to już w ogóle NIC (bez uwag)
 
 
Kamil K.
[Usunięty]

Wysłany: 2009-03-05, 22:44   

Marku, oj Marku :hyhy:
Ty ze mnie kogiel mogiel kręcisz przecież!

Nieładnie!
A ja pozdrawiam i tak!
 
 
Marek 
Z. Marek Piechocki


Wiek: 79
Dołączył: 19 Paź 2007
Posty: 15294
Wysłany: 2009-03-05, 22:57   

Kamil K. napisał/a:
Ty ze mnie kogiel mogiel kręcisz przecież!

:rotfl: :rotfl: :rotfl:

a gdzież bym śmiał !
ale to prawda, że pustka w łepetynie ! starczej ...! :(
 
 
Kamil K.
[Usunięty]

Wysłany: 2009-03-05, 23:00   

Marku, ja młodszy odrobinę, więc morałów prawić nie mam prawa,
ale wena ( jak to nazywają ludzie ) jest zawsze :)

po prostu my czasami do niej nie dorastamy. Ale to przecież mija, co nie?

Tymczasem można od tego odpocząć i wręcz cieszyć się tym,
że nas nie kąsi, nie żądli i nie podszczypuje w środku nocy :P
 
 
Marek 
Z. Marek Piechocki


Wiek: 79
Dołączył: 19 Paź 2007
Posty: 15294
Wysłany: 2009-03-05, 23:19   

Kamil K. napisał/a:
Ale to przecież mija, co nie?


taaaak, masz rację i mam nadzieję, że ją masz
chciałbym jeszcze kilknaście wersów napisać ... może jak pokończę sprawy "miastowe" i juz u siebie w lesie będę ...
jutro prowadzę recital, potem jeszcze dwa - 26 i 27 i .... do lasów ... !
ten drugi z wierszami (nie moimi) - może masz jakiś na temat Ecce homo
albo jakiś o jakby kondycji człowieka - to mój wieczór, moje wybory
do nich muzyka Chopina - oczywiście "żywa" na Steinwayu - moi znajomi Naoko Sonoda i Piotrek Świtoń ...
 
 
Marek 
Z. Marek Piechocki


Wiek: 79
Dołączył: 19 Paź 2007
Posty: 15294
Wysłany: 2009-03-05, 23:22   

"Wędrówka chwili" jest dobry ... może nie całkiem w temacie ... ale
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » PISANE WIERSZEM » Moje pierwsze wiersze » Teksty wybrane


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo