- Zamawiasz coś?
- Herbatę.
- Dwie herbaty poproszę - odprowadził kelnera wzrokiem i cicho westchnął.
- Mów o co chodzi.
- Marku…ja wiem, że minęło dopiero kilka tygodni od jego śmierci, ale rozmawiałam z jego rodziną i razem postanowiliśmy zebrać wszystkie wiersze i opowiadania, by później poszukać dla nich wydawcy. Na pewno masz sporą cześć tekstów Karola z okresu, gdy razem mieszkaliście.
- Mam. Mam sporo, ale powiem ci coś, Soniu. On nie chciałby tego – pochylił się nad stolikiem i spojrzał na nią dziko. Kiedyś te oczy płonęły żywym szaleństwem, teraz wydawały się przysypane ostygłym popiołem.
- Mówię ci, że on by tego nie chciał. Za cholerę. A mówię to z szacunku do niego i miłości. Uważam, że zasługuje na szacunek; jeśli nie za życia, to po śmierci. Nie dam wam jego tekstów. Po prostu.
- Ja wiem, że chcesz mieć je dla siebie i …
- Bzdura! – Żachnął się i spojrzał na parę siedzącą przy stoliku obok. Młoda para. Dwa dzbanki wina. – Tu nie chodzi o mnie. Karol zabronił mi przekazywać te teksty komukolwiek. W ostateczności kazał je spalić.
- Spalić?
- Tak.
- No i?
- Co?
- Spaliłeś?
- Oczywiście że nie, bo nie było takiej potrzeby. Byłbym głupcem, niszcząc geniusza.
- Więc dlaczego nie chcesz nam pomóc? Przeczysz sam sobie, Marku. Z jednej strony uznajesz go za genialnego twórcę, a z drugiej twierdzisz, że nikt nie może go czytać.
- Słuchaj. Ja już długo nie pożyję, nie rozumiesz? Kiedy umrę, będziesz mogła wziąć te cholerne arcydzieła i zrobić z nimi co zechcesz. Pierdolę. A póki co, teksty są u mnie. Kropka.
- Nie ma szans, żebyś zmienił zdanie?
- Jeśli bardzo ci zależy, to możesz mnie zabić i wziąć teksty z mieszkania. Ja nic przeciwko nie mam.
- Pomyślę nad tym. Jest jeszcze jedna sprawa. Rodzice Karola powiedzieli po pogrzebie, że nie kontaktował się z nimi od czasu, gdy opuścił ciebie we Francji.
- Tak, wiem. No i? Jeśli chcesz zapytać, czy się ze mną kontaktował: listownie, telefonicznie czy w inny sposób, to od razu odpowiadam: nie.
- Nie, nie o to chodzi. Jego matka cię okłamała. – Sięgnęła po torebkę zawieszoną na sąsiednim krześle i po chwili wyjęła z niej stos szarawych kopert. Rozpoznał od razu koszmarne pismo Karola.
- Co to ma być? Tylko mi nie mów, że…
- Tak. Jego listy. Pierwszy powstał dwa miesiące przed wyjazdem do Hiszpanii. Podczas waszego wspólnego pobytu w Nancy.
- Do Hiszpanii? A więc wybrał się do Hiszpanii? Nie rozumiem…naprawdę nie rozumiem.
- Możesz wziąć te listy. Pani Ross skserowała wszystkie i powiedziała, że mam ci je przekazać.
- W dalszym ciągu nie rozumiem. Dlaczego tak późno? Dlaczego dopiero teraz o tym mówicie? I dlaczego to ja mam je teraz otrzymać, skoro wszystkie pisał do rodziców?
- Uwierz mi, że pani Ross zrobiła to niechętnie. Ona sama nie potrafi zrozumieć wielu rzeczy, o których pisał jej syn, a mój kuzyn – jest sceptycznie nastawiona do ich treści i wartości dla innych ludzi. Nie potrafię ci tego wytłumaczyć, ale czy nie uważasz, że to dziwne, że Karol po tak długim czasie nie odzywania się do rodziny zdecydował się na regularne wysyłanie listów? Marku! Według mnie Karol uważał, że wysyłanie ich do rodziców będzie najbezpieczniejszym wyjściem. Chciał, żeby te teksty trafiły w końcu do ciebie. Nie obchodzili go pośrednicy. Zresztą sam zaznaczył w jednej z pierwszych korespondencji, że dopiero po jego śmierci mają ci przekazać te listy. Bał się, że nie zrozumiesz. Bał się wielu rzeczy, ale najbardziej tego, że będziesz chciał go szukać.
***
Wyszedł. Na ulicy zapadł zmrok. A więc kazał jemu ukryć teksty przed wszystkimi, a rodzicom, z kolei, kazał ukryć teksty przed nim. Szaleństwo. Odkąd włożył do kieszeni stertę kopert związanych brązowym sznurkiem, jemu ciału jakby przybyło drugie tyle wagi. Serce głośno waliło, oddech nieznośnie przeciskał się przez spuchnięte gardło. Krztusił się już tym wszystkim. Dwa lata temu widział go ostatni raz. To było w Nancy. Koczowali w małym mieszkanku, przy Rue de la Colline. Jednego dnia Karol po prostu zniknął. Marek czekał na niego przez miesiąc, nie ruszając się z mieszkania choćby na krok. Nie pisał, nie jadł, nie pieprzył się – jedyne co robił to spijanie deszczówki z pustych, glinianych, doniczkowych podkładek. W końcu spakował resztkę swoich rzeczy i wrócił do Polski.
Po półtora roku zadzwoniła do niego Pani Ross z informacją o jego śmierci. Informacja
o znalezieniu zwłok Karola napłynęła z Iranu. Ciało znaleźli tragarze, na zboczach Demawendu – najwyższej góry w tamtej części Azji. Marek długo nie mógł się otrząsnąć.
Nie wyobrażał sobie nigdy tego w jaki sposób Karol mógł przeżyć ostatnie półtora roku.
Owszem, pogrążał się w jego tekstach łudząc się, że znajdzie jakąś wskazówkę, choćby najmniejszą, ale w końcu zaprzestał i tego. Schował teksty w tekturowym pudle i ustawił w szafie, na najniższej półce.
Stał w zimnym, przedwiosennym deszczu. W kieszeni płaszcza miał wszystko. Miał wszystko to, czego pragnął; czego mógłby zapragnąć. ,
,A więc to nie koniec. Nie opuściłeś mnie jeszcze”.
Kamil K. [Usunięty]
Wysłany: 2009-03-12, 23:40
2
- Podwójne whisky, proszę – powiedział siadając na barowym krześle.
Rozpiął płaszcz, odetchnął dwa razy rozglądając się niedbale po twarzach stałych klientów, mamroczących przy ścianie. W końcu wyjął z kieszeni kopertę. Resztę zostawił w mieszkaniu. Tam też chciał zacząć je czytać, ale brakowało mu nastroju. Brakowało mu alkoholu i było za cicho. Tutaj czuł się dobrze. Przejechał palcem po grzbiecie koperty i w wyjął ostrożnie kawałek żółtego papieru, w którego niebieskich linijkach wystawał niebieski atrament. Zaczął czytać.
Przepraszam, że nie dawałem żadnych znaków życia, ale sami wiecie jak to ze mną jest, prawda? ( Uśmiech ) Jesteśmy z Markiem w północnej Francji, w mieście Nancy. Przyjechaliśmy tu autostopem, dwa tygodnie temu na ciężarówce hodowcy bydła. Włóczyliśmy się parę dni aż w końcu, całkiem przypadkiem, Marek dostał pracę w małej kawiarni, której właściciel załatwił nam także skromne mieszkanko na Rue De Colline. Często siedzę w oknie i obserwuję ludzi idących rano do pracy. Tutaj słońce świeci tak pięknie! Nie miałem pojęcia, że można witać poranek w mieszkaniu z tak wielkim entuzjazmem i pozytywną myślą. Być może dlatego do was piszę. Chcę się podzielić kawałkiem radości, które sobie tu usnułem.
Jest dobrze! Jest dobrze...Wysłałem materiał do kilku paryskich wydawnictw, ale tak naprawdę nie widzę w tym większego sensu. Markowi tak bardzo na tym zależy, że nie mogłem mu odmówić. Chciałem także znaleźć jakąś pracę, ale on twierdzi, że mam dwie lewe ręce. Jak patrzę teraz na własne gryzmoły, to muszę mu przyznać rację. ( Uśmiech ) Nancy to osobliwe miasto. Ludzie tu wolno spacerują przepięknymi alejkami ze wzrokiem wbitym w zmarzłą ziemię. Noszą w sobie piętno, którego jeszcze nie rozumiem. Natomiast plac polskiego księcia – Stanisława, budzi we mnie dawne wspomnienia o Krakowie. Wieczorem na masywne budynki spływa jakby miodowa kotara a rzędy kafli przypominają przygniecioną walcem łąkę fioletowych chryzantem.
Czasem przychodzą do mnie dzieci kobiety mieszkającej nad nami. Przynoszą mi za każdym razem kilka olbrzymich jabłek i wyciągają mnie na niekończące się spacery po okolicy.
Wspaniali z nich przewodnicy, tylko chcą wszystko prędko, natychmiast! Szaleństwo.
Chłopiec ma na imię Georges, tak samo jak ten znany malarz de la Tour, i coś w tym jest,
bo chłopak ma niesamowity talent do rysowania. Przynosi mi masę swoich szkiców -
najczęściej wykonanych węglem. Często przedstawia na nich sylwetki osób spotkanych
w drodze do szkoły lub jakimś straganie. Dziewczyna to Marie. Ma odważne i dumne oczy. Przypomina młodą Marię Antoninę tylko, że chodzi w podartych jeansach i wciąż żuje gumę.
( Uśmiech )
Mam nadzieję, że jesteście zdrowi i żyjecie w odpoczynku. Przypuszczam, że wciąż macie mi za złe to, jak się zachowałem względem was, ale musicie spróbować mnie zrozumieć.
Ciężko mi zaznać spokoju poprzez stabilizację. Zresztą w ogóle ciężko mi znaleźć spokój, dlatego
tak bardzo doceniam chwile spędzane tu z Markiem. Dobrze wiecie, że jestem niestały
we wszystkim co czynię. I wszystko to przynosi zazwyczaj chaotyczne i nieskoordynowane skutki. Myślę, że jest to wam jak najbardziej na rękę – moja nieobecność.
O wiele łatwiej i poręczniej jest kochać tęsknotę niż codzienność Odezwę się niedługo. Adieu.
.......................................................................... Wasz Karol
- O wiele łatwiej i poręczniej jest kochać tęsknotę niż codzienność – przeczytał list dwa razy, pobieżnie rzucając jeszcze wzrokiem na niektóre fragmenty, po czym złożył kartkę i schował do koperty. - A więc Sonia nie miała racji. List był centralnie skierowany do rodziców. - Miał już dość czytania. Nie podobało mu się wracanie myślami do tamtych dni w ten przeklęty, zimowy wieczór. Wychylił whisky, położył dwa banknoty i postawił na nich szklankę. Jak już zaczerpnął świeżego powietrza, zaliczył jeszcze kilka barów i kibli.
- Kto się tam po nocach wałkuje, do cholery!? - krzyknęła sąsiadka stojąca w drzwiach swojego mieszkania. Miała na sobie szarą, nocną koszulę, którą ściskała dwójka dzieci. Był też pies. Marek wracał do swojego mieszkania nieźle już nabzdryngolony. Z trudem człapał po schodach.
- A to ja tylko, ja. Przepraszam panią, miałem ważne spotkanie z wydawcą - powiedział i czknął głośno. - Cześć dzieciaki! Proszę pani, dzieci powinny spać o tej...o tej... - spojrzał na zegarek, którego nie miał - ...o tej godzinie! I jeszcze psa pani sprowadziła. No pięknie! No pięknie! - bełkotał wspinając się po schodach.
- Ty stara trąbo! - wrzasnęła za nim kobieta - Dzieci mi pobudziłeś, chamie jeden. Wydawca! Już ja znam tych pana wydawców. Tacy z nich wydawcy, jak ze mnie Maria Antonina. Dzieci, wracajcie do łóżek. Reksio, na posłanie!
Trzasnęły drzwi. Marek męczył się jeszcze chwilę ze swoim zamkiem, aż w końcu wszedł i zamknął drzwi. Klapnął się na kanapie i włączył telewizor.
,, Oto zestaw noży do krojenia wszystkiego. Możesz nimi pokroić dosłownie wszystko. Masz za twardy ser? Chcesz pociąć kurczaka razem z kośćmi lub denerwuje cię pies sąsiadów? Ten rewelacyjny zestaw ,,Tnij i śnij" może być rozwiązaniem twoich problemów. Jeśli zamówisz go telefonicznie w ciągu najbliższych dziesięciu minut otrzymasz darmowy odkurzacz na energię słoneczną. Nie wierzysz? Uwierz! Wystarczy wystawić odkurzacz na dach, na kilkanaście godzin a możesz odkurzać w miejsach dotąd niedostępnych! Powtarzam, jeśli zamó...."
Marek wyłączył telewizor. Rozebrał się i wszedł do łóżka. Myślał o Nancy. O Karolu. I o dzieciach sąsiadki.
- Jak można nazwać syna Reksiem - wymamrotał i zasnął.
przepraszam, zostawiam na jutro
ale zerknąłem okiem nieco już podmęczonym
Kamil K. [Usunięty]
Wysłany: 2009-03-12, 23:50
Zmęczone oczy to najbardziej racjonalny argument - skłaniający do spania oczywiście
Nie ma to jak sobie usiąść wyprutym z wszystkiego i zamknąć oczy...