Dano mi miejsce pracy, z którego widzę morską zieleń
i wielkie kształty horyzontu, po których skaczą śnieżne
zające; żebym wariował.
Dano mi biurko zmącone narkotykiem, bym kreślił szkice
dla któregoś z nieistniejących bogów. Patrona zmroku,
którego legenda, dzień w dzień, stąpa za mną do domu.
Dano mi namiętność, z której czerpię procent jedynie,
by zaspokoić podróżne sumienie, tak żebym ciało wciąż
nosił trzeźwe i ostygłe.
Dano mi świece – ciepłe zwrotniki, w których niciach
widzę ponurych klaunów siedzących w rogach pokoju,
wystukujących afrykańskie rytmy.
Dano mi zwątpienie, bym miał więcej czasu na grzech
i prawdę. Żebym powszechnym religiom nie oddawał jawy
i tylko czerpał z nich co pożywne.
Dano mi głód – okaleczone dziecko z rozprutym błędnikiem,
które zatacza się po knajpach i zadymionych cyrkach,
szukając dłoni opiekuna.
Dano życie – symbol mojego szaleństwa, ciężarne dziecko,
które w każdej pełni rodzi błaznowatą matkę – samotność;
nienawidzę własnego rodzeństwa.
Dano mi spokój; przeklęty nieużytek, tchórzostwem opity
pies, który wciąż nie może się podnieść z podłogi.
Gość domu, na którego nie spoglądam.
Dano szaleństwo, zachwyt i rozterkę. A wszystko to,
by zbliżać się ciałem do samego siebie. Wszystko to
dla chwili rozmowy z własnym obłędem.
Solitude
II
Samotność nie jest żadnym początkiem. Nie jest rozkwitem duszy ani rozchwianiem zmysłów pobudzającym receptory. Nie jest stacją, z której można odjechać ani celem, do którego można zmierzać. Samotność jest koniecznym stadium umierania, dla tych, którzy szukają prawdy - tuż przy spoiwie oddechu z milczeniem. Biorąc pod uwagę niedorzeczność tego wszystkiego, samotność jest najzabawniejszym z bezsensów,
najtrwalszym z reżimów i najsurowszym z rodziców. Myślę, że jesteśmy kowalami,
którzy wykuwają potężne i twarde jak diament ostrze w czasach roześmianego relatywizmu; błogiego pokoju sumień świata. Jesteśmy bezużyteczni aż do bólu.
III
Każdy o niej musi choć raz; że to nie człowieczeństwo,
a brzydkie zwierzę, słaba noc, boskie pieczę. Że człowiek
tylko ją nosi. Każdy musi choć raz – że to błazen, anioł,
mgłą opluty port lub na pustynnym czole osadzony diadem,
dla którego kolorów nie ma oczu.
Czym nie jest? Nie jest przyjemnością z bicia serca ani
z echa w sercu obok. Nie jest krokiem tuż przy brzegu
ani krokiem tuż za tobą. Nie jest śpiewem nocnych pustek
ani krzykiem naszych wrogów. Nie jest chłodem naw kościołów
ani reprymendą bogów. Nie jest burzą gdzieś nad miastem, ani stadem kaczek w trzcinie. Nie jest światłem na cmentarzu ani cyfrą wśród obliczeń. Nie jest błogim zasypianiem ani przyjemnością bólu.
IV
Pięknie się składają wszystkie morza i równiny wygładzone wiatrem, kiedy się ten pielgrzym rano wybudza, lędźwie rozluźnia papierosem. Jeszcze po rudych niciach do kłębka dociera i całus składa nieprzytomny, a później wysoki wstaje, czołem o sufit zadziera, wyrósł tej nocy
jak posąg niepojętych szaleństw. Na szybie motyle; to już ostatnie zimowe rozkwitania magicznej flory i kruchej fauny. Jeszcze szemrają ich skrzydła w poranne sejmy młotek rozbrzmiewa promienny. Ciężkie promienie jak dłoń do czoła przylegają i zaczynają wolno podgrzewać ospałe ciało.
- Stopa?
- Stopa na szybie. Połóż się na biurku w rannych godzinach, kiedy jeszcze ciemnawo i radio
zdaje się nie żyć. Rękoma zaprzyj głowę, by nie spadła, by się trzymała wzrokiem klamki
i wódź ciałem, po polach, po dachach sąsiadów. Czepiaj się wschodu, kiedy tylko nadarzy się okazja.
- Zwierzę?
- Zwierzę jest proste. Wystarczy się schować w sobie i tam też jest świeża dziczyzna. W całym ciele widać pełno węzłów niedorobionych ssaków. Wystarczy pomyśleć. Jesteś orłem, który kradnie niebo i głowy latarni rozpruwa. Jesteś rybitwą, która przechodni wysoko wynosi i puszcza nad miastem. Żałosna łuna.
- Budzę się?
- Wracasz. zamykasz oczy, otwierasz, wracasz. Stopa wciąż jest na szybie. Pomarzła krew szoruje o paznokcie a włosy bolą przeraźliwie. Wstało słońce.