,,L'opium agrandit ce qui n'a pas de bornes,
Projette l'illimité,
Approfondit le temps, creuse la volupté,
Et de plaisirs noirs et mornes
Remplit l'âme au-delŕ de sa capacité”
SOCJALIZM ( socialisme )
Wszyscy nauczyciele przegrali, kiedy wpiąłem w tablice mój czerwony umysł; gąbka obsiana żyłkami, z której ściekało to, co można nazwać plonem szaleństwa, sokiem przejrzewania fermentującym w bujnie rozgałęzionym grobie – obłęd nie liczy przystanków pewnego rozwoju. On twarz ma tylko dzisiejszą i kipi wiecznością jak rozcięty maczetą kokon. Złodziej czasu, przegrywa umysł i ciało.
Wszyscy fizycy polegli, gdy wyrysowałem wzór na pominięcie doświadczania. Zbawienie imażynisty, które przybijam do żeber. Nie muszę zamykać, by śnić, ani chodzić, by wyśnić.
Widzę. Lśniąca mozaika Afryki. Kafle unerwione
jak garncarskie piece. Obrośnięte w tkanki zwierząt
pustynne Pompeje. Tu słychać białe śpiewy błękitu
i ruchy czegoś większego
niż młynkowe ramię trwania przy czarnym ostrokole.
OPIUM ( L'opium )
Irytuje mnie śmiech bezdomnych, jakby pokryte parafiną roztrzęsione zęby i strzępy języka,
którymi przesuwają miedzy sobą niezrozumiałe runy i zmęczone bełty. Czarni królowie!
Ich jest miasto i wszystkie negliże, gdy bydło zasypia, oni jak pasterze przy bramach,
wsparci dziką protezą. Wiem, że tylko tacy mogą mi dorównać w chorobie. I akt mają też
z przyzwolenia; Pan ich powołał dla śmiechu. Mnie raczej dla dziecięcych pomyłek.
Wkradłem się w piwnice, jako szczurze dziecko chińskich pasów ekliptyki, pod suche pachy podpiąłem skrzydlate butle i pazurami podciąłem kolana makówek błąkających się w cieniach i wilgoci. Słyszałem duchy dekadentów i rozlazłych parnasistów, jednak udało mi się wygrzebać z kanałów; zobaczyć krysztaly wschodzącej zorzy. ,,Wychodzi z podziemia z ust zmarłego poderwany wiatrem talent” Toczyłem się taką melodią przez żyły uliczek.
Ciepła pościel i żarówki służące za menzurki. Oddała mi siebie rudoskóra pani, florystyka alkaloidów i centrum Laudanum. Przygotujcie nam pogrzeb, ckliwe pariasy.
RODOWÓD ( filiation )
Mój kolor urodził się w czerwonej kołysce Jowisza. Mój wzrok oblegały dziesiątki
księżyców i matczynych pierścieni. Matka uwielbiała się stroić w magmę i czarne płaszcze,
na których brzegach zasychały bezdomne planety. Wychowałem się na rudym pyle, w oceanicznej piaskownicy budowałem niestałe konstrukcje, a Ojciec wciąż karcił, że słabo
związuję mury i zbyt staranne wynoszę wieże, w których nikt nie obejmuje straży.
Nie pozwalał mi tworzyć niczego pod powieką. Wszystko dłonią, mięśniem, potem,
Wszyscy rodzice przegrali w momencie, kiedy wyrosło mi białe poroże.
Wzięli to za poroniony owoc, rozdarty żołądek któregoś ze słoni. Wielki
latawiec, który nie mógłby salonów, jako syn, żadnej ze ścian sobą przystroić.
Wrzucono mnie w morze, wpierw wypełniono grubą solą i tarczycowym jodem.
I pewnie do dziś zawijałbym się do snu pod którąś z fali, gdybym dołączył do języka, jednak wybrałem własne narzecze. Zamieniłem się w kamień, sprawnego kłamcę i cierpliwego lingwistę. W cukrowych trawach tego morza
znalazłem odpowiedni dla siebie sakrament. Doskonałą wiarę.
Kamil K. [Usunięty]
Wysłany: 2009-03-25, 21:03
aha! Zapomniałem tłumaczenia wstępu:
,,Opium nam wyolbrzymia to, co nie ma miary,
Bezgraniczność wydłuża,
Pogłębia bezdnię czasu, w rozkoszy nas nurza,
Sączy posępne czary,
Którymi nad pojemność wypełnia się dusza."
Jesteś inny, wyróżniasz się Kamilu a to już duży plus dla twórcy. Sądzę jednak, że niewielu z nas potrafi podjąć trud podążenia rwącym nurtem zmetaforyzowanej opowieści.
nie wiem jak to inni, ale mi to czasami - po czytaniu Twoich tekstów - chce się przestać pisać cokolwiek - skoro już wszystko napisane, wymyślone i takie mądre ... a jakieś głupotki ...