Pora się zaczęła uniżenia. Wzrok ciemnieje, ciało stęka,
by się w fotel zanurzyć, o kaloryfer zaprzeć bolące kości.
W rogu sterczą ciche westchnienia – To Nyks wargi wydęła
i woal się z nich sączy jak pajęcza groźba. Kochana Nyks,
której boją się wszystkie światy. Przed którą robotnicy
uciekają w popłochu jak leśne gryzonie przed łuną pożaru.
W pościel odchodzą ckliwi kochankowie i w zamęt popadają
wygłodniałe umysły żebraków. Tylko ja z nią zostanę,
aż się czerwone porty zapadną w głębokie ciało i płótno
opadnie z księżyca powoli opuszczane. Jak sieć sezonu
na ludzkie koszmary. Ja poczekam, by pogasić latarnie.
Jestem winnym latarnikiem. Najmłodszym z ojców,
który układa zwięzłe przykazania na grzbietach nocy,
by je później rozrzucić – gdzieś między śpiące wieżowce.
I co mam ci powiedzieć – twardy garbie pustynnego zwierza,
huśtasz mną na krętych niciach, snutych ze słodkiego wina,
i co mam ci wykrzyczeć, kiedy podróżny pejzaż wzrok opętał;
Widzę! siebie w szmerach pustyni – o białych wargach klękam,
i całuję słoneczne pierwiastki, co osiadły na twoich żerdziach.
Z niepewnych ust składam tobie ofiarę – fiński przylądku,
czole północy. Wstydliwy występku mieszkań, na którym
człowiek wilczym skowytem namiętność wyznaje zorzy.