Wysłany: 2009-07-03, 08:20 Notatki z poprawczaka dla starolatów
Przypisy do opowieści o Martusi
BOSS
Przywlókł się razem z nadejściem grudniowej dżumy, kiedy o "Solidarności " zakazano mówić, gdy po zdjętej tablicy lokalnej gazetki, po jej buńczucznych inseratach i politycznych wiadomościach zostały jaśniejsze plamy, jaśniejsze zacieki po cudzej aktywności, a przestraszeni ludzie, bez wczorajszej chęci, snuli się po otępiałych korytarzach, popatrywali na siebie z ukosa, bali się. On jednak był zadowolony, promienny. Oto wreszcie zarysowała się przed nim niepowtarzalna szansa, nadszedł jedyny w swym rodzaju moment na udowodnienie wszystkim niedowiarkom, że można polegać na nim jak na Zawiszy, że wypełni wszelkie postawione przed nim zadania. A zadania nie należały do łatwych. Przeciwnie, polegały na przywracaniu poprzednich płycizn, na tłamszeniu ledwo co rozbudzonej samodzielności.
Nie próżnował. Już w niedzielę rezydenci poznali, co to rygor, co to pysk na kłódkę i zapadająca klamka. Boss, nowa miotła w dekoracjach z wcześniejszej epoki, z czasów, które, wydawało się, odeszły, kroczył po nieznanym obejściu z miną tryumfującego kolonisty, z miną starego rutyniarza. Kiedy przed śniadaniem, przybrany w biel wykrochmalonego fartucha, zaglądał do sal z pensjonariuszami zrolowanymi w kołdry, większość z nich brała go za Inspektora, za osobistość przysyłaną tu, by od ręki rozwiązywać ich przykrości, za postać przystosowaną do wysłuchiwania skarg, wdrożoną do dawania po łapach, nacierania uszu lub jechania po premii.
Gdy pojawiał się, chwytano go za chałat, potrząsano nim jak zbolałą gruszą i kiedy jeden kończył truć, drugi, spod kołderki, nie czekając na uzupełnienie pomstowań wspólniedolanta, na doskomlenie ich do klarownego meritum, przejmował stery, podchwytywał wątek i rwał meszek z głowy, i grzmocił się wiotką piąstką po zapadłej piersi, po wystających żebrach, dając liczne ilustracje urojonych krzywd, a Boss, z wiele obiecującym westchnieniem, skrzętnie zapisywał w notesie uwagi dotyczące zapchanej umywalki, lamenty o personelu, który ociągał się ze współczuciem, nie był zorientowany w ich potocznych zmartwieniach, który ze wzgardą odwracał się od zdawkowego ubolewania.
Z czerwonym notesem na tle białego fartucha prezentował się doskonale. Pod zmasowanym ogniem pretensji, uśmiech na jego twarzy przechodził remont, malutką modernizację; przekształcał się w coś w rodzaju spłoszonego grymasu. Lecz był to grymas nie tyle spłoszony, co przeciwnie: odzwierciedlający rozdrażnienie właściciela domu, ilustrujący jego zasłanianie się nawałem papierkowych obowiązków: uśmiech ów kończył się furiackim ściskaniem wyciągniętych dłoni, ukradkowym liczeniem ocalałych palców, wyczekującym oglądaniem się na drzwi, które, psiakrew, nie kwapiły się przyjść mu na ratunek, kończył się stłumionymi przekleństwami pod nosem, raptownym wypadaniem na korytarz, umykaniem z oparów gęstniejących pretensji, ocieraniem czoła i wilgotnych rąk.
POKOJE
Wśród mieszkańców potworzyły się nieznane poza zakładem połączenia wzajemnych interesów, rozpleniła się „taktyczna zażyłość”, zostały zapoczątkowane cudaczne koalicje. Skupieni wokół nadrzędnego celu, powiązani chęcią zdobycia autonomicznej dziupli do egzystencji, chodzili z prośbami do Bossa i przekonywali mu kieszeń, że są wprowadzeni w jego łapczywe sekrety, że jak najbardziej nadają się do zasiedlenia jednoosobowej sali. Namaszczeni ostracyzmem, zdymisjonowani na zewnątrz Domu, a w nim skazani na harówę nic nie robienia, przeznaczeni do syzyfowych zmagań z falującą pamięcią, uważali się za arystokrację nieszczęść, sądzili, że są oblatani ze swoją nieporadnością, znają się na jej zagrywkach, że już nic ich nie może złamać i zaskoczyć.
Niewidomi na jedno oko czuli się lepsi od niewidomych na oba. Ten, co nie widział od urodzenia, uważał się za księcia niedoli, u którego ślepy od roku powinien być lokajem. Ci, co byli głusi tylko na jedno ucho, pogardzali tymi, co nie słyszeli wcale, a ci, którzy cierpieli od dawna, wywyższali się wobec tych, którym cierpienie dopiero się zaczynało, a ich staż w potykaniu się z przypadłościami był absurdalnie krótki, dopiero w nim raczkowali, dopiero poszukiwali metody obłaskawienia go i dogadania się z nim.
Skupiska wyznawców czy przeciwników domowych rozporządzeń, te owcze stada wilków żyjących z osobna, miały swojego przewodnika, wodzireja, lidera, duchowego sutenera, pasterza i kapelmistrza, który był prowodyrem ich akcji, który był ich niekwestionowanym guru, rzucał hasło, własnoręcznie rozdzielał kuksańce i laury, obwieszczał, co i w jaki sposób należy niezłomnie wielbić, co tylko wyznawać pro forma, co bez pardonu tępić, a o co nie warto kruszyć kopii. Klarował, by byli dobrej myśli, by się trzymali, nie ustawali w oczekiwaniu, że ich sprawa wkrótce zostanie pozytywnie rozpatrzona. Wyczulał ich na to, jak mają postępować, by osiągnąć cel, bąkał o cielęciu dojącym dwie matki, mówił o prewencyjnym włażeniu w dupę, instruował ich, z kim należy kraść kucyki, a kogo warto obsobaczyć, z kim się porozumieć, a kogo wyrzucić ze swojego życiorysu na zbitą mordę, by usłyszeć od Bossa, że w uznaniu za niestrudzoną wiarygodność, a także pioruńsko długie czekanie na Godota, niebawem dostaną izolatkę.
Jednak była to hipokryzja, erystyka dla naiwnych, stara śpiewka przeznaczona dla jowialnych bęcwałów. Sztuczka, bo każdy, kogo wcielono do zbioru Domowych sprzętów, od razu zajmował w nim poczesne miejsce, od razu wślizgiwał się w łaski personelu i pozostawał w nich aż do wyjaśnienia, aż do chwili, gdy został rozszyfrowany pod kątem szerokości pleców, zanim nie okazało się, że nie stoi za nim żadna markowa, gruba ryba. Wtedy z hukiem wylatywał z przywileju. Lecz dokąd nikt niczego nie wiedział o nim na pewno, utrzymywany był w przekonaniu, że jest niepowtarzalny, że znajduje się w czołówce ludzi, którym należą się bezwzględne fawory.
Kto wyłamywał się spod nacisku zwartej grupy, kto nie był odpowiednio godny zaufania, ten kończył karierę zakładowego ulubieńca i przystawał do sekty dezerterów z lojalności, zasilał heretyckie szeregi odszczepieńców, których wspólnym mianownikiem był jego brak. Kto się bał ciasnych pomieszczeń, miał lęk przestrzeni, ten musiał jeździć windą sam, temu wara było zmagać się z poczciwymi schodami. Kto zanadto lazł mu w oczy, kto nie chciał się upajać tym, że jest zaopiekowany w sposób najlepszy z możliwych, cackał się ze swoimi przypadłościami, za często wyjeżdżał z ranami, których trzeba się było domyślać, kto zazdrościł pozostałym, że są częściej samodzielni, częściej wyjeżdżają wózkami do parku, temu serwował szlaban na uciechy, ten miał odwiedziny albo skracane, albo tak rzadkie, że lepiej by mu było, gdyby ich nie miał wcale. Kto z poprzedniego wcielenia przywoził psa, bo nieopatrznie sądził, że trafił do domu, a nie do koszar z fundamentalistami, ten już od parteru bywał pouczany, że zwierzęta są niehigieniczne, załatwiają się nieprzepisowo, gromadzą zarazki, biegają bez nadzoru, kagańca i kotylionów, roznoszą niechlujstwo, palą się do robienia głupot nie uwzględnionych w regulaminie, są bez kultury, od ogona po wąsy są niezdyscyplinowane, dowiadywał się, że jeśli nie chce podpaść tutejszym pretorianom i być przez nich obruganym z góry na dół, we własnym interesie powinien pozbyć się zapchlonego tałatajstwa.
Zdarzało się jednak, że Boss, gołosłowny szafarz obietnic, wykopyrtnął się na własnej przebiegłości, na mikrej postaci franta, człowieka równie jak on, kutego na cztery nogi, tak samo jak on, obrytego w prawnych kontredansach. W żaden sposób nie dawał się wymanewrować z przyrzeczenia. Uważał, że słowo nie dym, że co zostało powiedziane, powinno zostać dotrzymane. Domagał się pokoju, a nie gruszek na wierzbie, a nie zaklęć. Przebąkiwano wtedy o kosie i kamieniu. Zacierano ręce, że nareszcie znalazł się ktoś, kto zmusił Bossa do lawirowania, do wybiegów, do kładzenia uszu po sobie i przemykania się pod ścianami. Mówiono o pożytkach płynących z bezczelności, z upierania się przy swoim, z pieniactwa w słusznej sprawie, z opłacalności bycia zadziornym. Odważny łobuz, choć wyklęty, napiętnowany, odsądzony od czci i wiary, choć nikt jako tako roztropny nie rozmawiał z nim w biały dzień, na otwartych przestrzeniach, w miejscach publicznych, choć przez to nie miał zbyt wesołego życia, to przecież coś tam z tego życia wyciągnął, jakąś swoją minimalną satysfakcję, czyli już realniejszą nadzieję na osobną norę do uprawiania rozmyślań.
Lecz przede wszystkim sprawa pochopnej obietnicy zataczała inne koła. W sytuacjach impasowych, ostatecznych i bez wyjścia, gdy nie dać mu pokoju oznaczało, jak amen w pacierzu, wyjść na zawrotnego osła, a przydzielić go, zostać uznanym za fanfarona, w sukurs ofiarodawcy niczego przychodziła medyczna sofistyka: Boss, wybawiony z dylematowych opresji, ustami dyżurnego lekarza, stwierdzał „sporą obniżkę zdrowotnych kwalifikacji człowieka ubiegającego się o kojec” i mieszkańcowi, który bezwarunkowo nadawał się do rozmów z ludźmi uważanymi za wykształconych, z ludźmi z powodzeniem młócących intelektualną słomę, mieszkańcowi, który z wielką wprawą przegrywał z personelem w szachy, który potrafił, z uczynnym entuzjazmem, grzebać się w przydomowej szklarni, który na zawołanie pielił, nosił wodę, pomagał zataszczyć truposza do magazynu i biegał na posyłki, mieszkańcowi temu wmawiał demencję uniemożliwiającą dostęp do izdebki ze świętym spokojem.
PODZIEMIA
Winda osobowa przewoziła dromaderów z nogami bez opon. Kiedy stawała na dole, zobaczyć można było rozwidlony tunel. Podziemne korytarze były oświetlone. Jego szersza odnoga prowadziła do kuchni. Stąd, w termosach zastępujących poprzednio używane kotły, przybywały do jadalni na piętrze - gorące dania. Drugie odgałęzienie wiodło do świeżego powietrza, do gładkich, nasłonecznionych alejek parku.
Za drzwiami z wyjściem na zewnątrz, znajdowała się pralnia połączona z dezynfekcją. Za dezynfekcją rozlokowały się kabiny z odwszalnią i obrębialnią, w których krochmalono, poszerzano lub nicowano ubrania mieszkańców, ich odzież, przetartą w szwach, rozłażącą się w rękach i zniszczoną wiekiem, proszkiem lub chlorem. Za pralnią mieściła się główna lompownia, główne składowisko zatęchłych szmat pozostałych po nieżywych, butwiejących w pamięci. Wartościowe, do których krewni zapomnieli rościć pretensji, w miarę przyzwoite, szły na renowacyjną kupkę i wracały do innych pasażerów domu. Natomiast strzępy po niegdysiejszej świetności, strzępy upstrzone dziurami na łatach, trafiały do pieca.
Lecz magazyn zawierał też pękate, foliowe pakunki zaplamionych piżam, prześcieradeł i powłoczek. Zostawały tu odkażone, by, wyprasowane i w pachnącej postaci, trafić z powrotem na poszczególne oddziały.
DYŻURKA
Było to pomieszczenie rozległe. O szóstej rano oddziałowa dokonywała codziennego układania pigułek i mikstur. Z szafki do pojemników tacek z nazwiskami chorych i numerami zajmowanych przez nich sal, wędrowały zaordynowane leki. Ci, którzy mogli zjawić się w niej o własnych siłach, otrzymywali bandaże, plastry i ligninę, opatrunki maskujące zniekształcenia. A ci, którzy znajdowali się w stadium oczekiwania na przeniesienie na neurologię, nie spodziewali się już niczego.
TOALETY
Między siódmą, a śniadaniem o ósmej stawała się pokojem socjalnym, przemieniała się w odpoczywalnię, w leżakownię odizolowaną od dźwigania i podmywania, zmieniania podkładów i prowadzenia do ubikacji, od wylewania nocnej zawartości kaczorów i opróżniania podsuwaczy, od sprzątania, odkurzania i wyrzucania rzeczy zbędnych do zbiornika na gałgany.
Za zamkniętym drzwiami, zziajane pielęgniarki i salowe uwalniały się od wysłuchiwania ciągle tego samego repertuaru skarg, plotek i rykoszetowych pomówień, wyzwalały się od wdawania się w błahostkowe spory pomiędzy zwaśnionymi mieszkańcami, od bycia ich mediacyjną spluwaczką, wysłuchiwania ich mamlających zwierzeń, orzekania o czyjejś wydumanej winie i bycia sprawiedliwą stroną konfliktu.
Równo z zakończeniem porannych toalet, od siódmej do rozbieganej godziny karmienia tych, co nie byli w stanie dojść do jadani, podnieść się z łóżka, ruszać ręką, chwycić za talerz bez rozlewania zupy, czy przełykać bez pośrednictwa wężyka, dyżurka zamieniała się w kawiarnię, w kawiarnię, w której mówiło się o wszystkim, co istniało poza zakładem, gadało się o wszystkim, byle nie o tym, co było za zatrzaśniętymi drzwiami.
STOŁÓWKA
Razem z gongiem, drżącym truchtem przydziałowych bamboszy, napływała do niej, żarłocznym strumieniem, głodna dziatwa nieszczęśników. Odstawiała pod ściany swoje laski, szwedki i balkoniki, siadała przy „swoich” stolikach obitych ceratą i mościła się na krzesłach.
Czas był tu odmierzany posiłkami. Śniadanie, z obowiązkową zupą mleczną, dymiącą w poszczerbionych wazach, z chlebem pociętym na opłatki, z kostkami masłopodobnego lepiszcza, miodem, dżemem, czy twarogiem, z kubkami kakaowej cieczy w niedzielę, a słodzonej kawy z domieszką ciepła w powszedni dzień, śniadanie pozwalało otrząsnąć się, przezwyciężyć nocne zjawy zaczopowane pod meblami, uwolnić się od desantu demonów przerażająco i w beztroskim skupieniu defilującego, całymi pułkami, całymi ołowianymi szwadronami, szyderczo paradującego granią sekretarzyka; śniadanie pozwalało przemóc huraganowe kontrofensywy dolegliwości, pozwalało zapomnieć o zmorach produkowanych przez halucynacje, ciemność i ból. Pozwalało odnieść zwycięstwo nad sobą, nad wszechogarniającym poczuciem własnej znikomości.
Śniadania, do których dożyli, zmywały z ich twarzy nie tylko osad, szlam i śluz wszelkich udręk, ale dawały im ostrożną nadzieję na dotrwanie do obiadu, a kto wie, czy nie powiedzie się im i doczłapią się do kolacji.
ŚWIETLICA
Po kolacji, przed nocną toaletą, udawano się do świetlicy z telewizorem. Dyżurny nadzorca zapuszczał pudło z nowinami i otwierała się kolorowa przestrzeń i rozlegał się buczący pomruk urozmaicony rozkasłanymi komentarzami z tylnych rzędów. Po ekranie dobre i vice dobre wiadomości grały w dwa ognie.
Do dwudziestej drugiej świetlica zanosiła się od westchnień i pohukiwań ludzi słyszących co trzecie słowo, rozumiejących tylko te, których nie dosłyszeli. A o dwudziestej drugiej sekund pięć, do świetlicy naelektryzowanej banialukami, wkraczał pielęgniarz i zamaszystym susem dopadał do wyłącznika telewizora, który, rozregulowany, od lat nie trzymał koloru, ale był za to matowym oknem wypuczonym na świat. Na nic protesty, żachnięcia i odwoławcze spazmy, że zaraz się kończy. Regulamin, rzecz święta, mówił, i nie było odwrotu. Zakręcał kurek ze szklanym wodolejstwem i ekran gasł i zaczynały się rwetesy, zmagania z odstawianiem krzeseł i pochmurnym ciurkiem wracanie do sal.
BRUDOWNIK
Było to zapasowe królestwo oddziałowej, była to wnęka z pudłami zastrzyków, strzykawek i regałów z bielizną na zmianę, pościelą stemplowaną dla ostemplowanych ludzi, dla istot noszących na sobie przyszły numer kwatery, wybieg dla karaluchów i miejsce przechowywania basenów, szczotek i odkurzaczy.
EMPATIA
W dni wolne od znieczulicy, zatroskanymi tabunami, przybywali do Domu krewni, specjaliści od wydziwiania, przylatywali do nich, by zaliczyć test z miłości bliźniego. Wzrokiem tłustym od pociechy wychwytywali każdą najmniejszą, niepokojącą zmianę nie w swojej siostrze, mężu, czy staruszku, ale w szafach z bambetlami, ale na ścianach, gdzie, stwierdzali ze zgrozą, ostatnio było gęściej od malowideł, srebrnych lichtarzy, pozłacanych łyżek, przedmiotów cenniejszych od ich posiadaczy.
Zanim zdobyli się na męstwo, by wujka, babcię, czy matkę ucałować i zapytać o samopoczucie, upewniali się, co z Malczewskim i gdzie do diabła podziewa się Boznańska. Staruszek gmatwał się w przeprosinach, jak uczniak, którego przyłapano na wagarach. Był wystraszony, że na dobre rozgniewał zięcia, który w odwecie da mu popalić, zemści się na nim ofiarowując wnukowi zero wszelkich wizyt. Obawiał się, że wnuczek będzie miał od tej chwili dodatkowe zajęcia, tenis, angielski, korepetycje z komiksów lub alergię na Dom.
KĄPIEL
Przed obiadem o pierwszej, tak gdzieś w okolicach jedenastej, można było zobaczyć wesołą kawalkadę ochotników wytypowanych do kąpieli. Rykszami do ekspresowego przewożenia, dzierżąc w dłoniach berła imitujące skrobaczki do szlifowania pleców, roześmiane staruszki mknęły korytarzem do łazienki. Babcie, kiedyś godne zazdrości kobiety, kiedyś ogniste dziewczyny, podlotki z własnymi zębami, rozpaplane w botanicznych ogrodach, przepojone młodością i ochotą na zmierzenie się życiem, wypełnione pomaturalnymi planami, zajęte beztroskim chodzeniem na randki z tysięcznym jedynym, płaczące, niekiedy bez powodu, a niekiedy z powodem, którego już nie pamiętały, drżąc z zimna, siedziały na krzesełku przy wannie, okryte frotowym ręcznikiem i być może po raz pierwszy w życiu czuły się tu jak królowe, być może nikt nigdy przedtem nie dbał o nie tak.
Ich młodość przeszła za szybko. Zamiast życia miały próby ogniowe i skąpe szczęście na wykoślawionych koturnach. Zanim zdążyły naistnieć się do syta, spadły na nie zdania ponad wszelką wytrzymałość, skończyła się ich odrealniona poezja i bujanie w obłokach, skończyły ogrody i marzenia o chłopakach, a zaczęły pieluchy i bóle stawów. Zaczęły wędrówki po utrapieniach i podróże donikąd.
Rewelacyjnie budujesz długaśne zdania. Podziwiam. Ja wprawdzie onego czasu "miałem podobnie" ale po tyle razy mnie strofowano, że zaniechałem... a tu patrz - osiem metrów słów - i nic - ciągle rozumne!
Nooo, i ten opis wnętrza Domu - nic nie mogę dopowiedzieć mimo, że wiele bywałem...
może o tej niekiedy nawet nieskrywanej "radości" że można przenieść się z trójki do dwójki...bo stmtąd ktoś odszedł w nieboskłony...bywa !
Mieszkałem (jako pensjonariusz) w domu o podobnym profilu, przeszło 7 lat. Pobyt tam pozwolił mi na lepsze zrozumienie istoty choroby i na późniejsze opisanie swoich wrażeń.
Przebywający w nim ludzie są nieraz wyjątkowo trudnymi osobami. Poznałem ludzi w podeszłym wieku, chorych neurologicznie, lub ludzi z ostrymi zaburzeniami umysłowymi. Dlatego postępowanie z nimi wymaga specyficznych umiejętności. Pasjonatów. Psychologicznego przeszkolenia. Serca. A nie ludzi przypadkowych i niewrażliwych.
2
Kiedy mówię o swoim d o b r o w o l n y m pobycie w DOMU, niewielu znajomych sądzi, że można mieszkać w nim z własnej woli. Lecz ze mną było akurat tak, bo moja decyzja o życiu w tym miejscu, podyktowana była pragnieniem istnienia w atmosferze pewnego rodzaju NIEZALEŻNOŚCI. Niezależności od cudzej pomocy. Od bycia UCIĄŻLIWYM.
A ponieważ w tym czasie mogłem pozwolić sobie na względną samodzielność, mieszkając w domu dla ludzi wymagających opieki, sam jednak z opieki tej nie korzystający nadmiernie, mogłem, mieszkając w jednoosobowym pokoju, zajmować się tym, co lubię, czytaniem, pisaniem, słuchaniem radia, oraz podróżami wózkiem po okolicy.
3
Powiedziałem, że mój pokój był jednoosobowy. To nieprawda, gdyż, jakkolwiek nie było w nim ludzi w sensie fizycznym, a poza mną nikt w nim nie przebywał, to przecież w sensie pozamaterialnym pokój ten wypełniony był dźwiękami, wspomnieniami, skojarzeniową fluorescencją, gdy więc powracałem do niego z dyżurki, z rozmowy na korytarzu, lub w innych pokojach, zamykając za sobą drzwi, oddzielałem się od hałaśliwej, zewnętrznej rzeczywistości i wkraczałem w swój świat.
4
W tym miejscu powinienem wyjaśnić, że opisywany przeze mnie Dom w Zapluciu, jest przeciwieństwem tego, w którym mieszkałem, a obraz literacki, to wspomnieniowa mieszanka, zbiór domów ze wspomnień moich tamtejszych przyjaciół.
W trakcie swojego pobytu w tym miejscu, zaprzyjaźniłem się z wieloma ludźmi w tak zwanych zaawansowanych latach. Piszę W TAK ZWANYCH, ponieważ niektórzy z nich, mimo podeszłego wieku i chorobowego wyniszczenia organizmu, charakteryzowali się błyskotliwym rozumowaniem, pogodą ducha i nietuzinkowym światopoglądem.
Pensjonariuszy widziałem i w świetlicy, podczas posiłków, w pracowni terapii zajęciowej i w trakcie oglądania telewizji. Mieszkałem też z wieloma. Często przydarzały się nam bezsenne noce i wtedy, by oderwać myśli od cierpienia, opowiadaliśmy sobie fragmenty zapamiętanych przeżyć, reminiscencje z dawnego życia, radosne, ponure, byle tylko zasnąć.
5
Poznałem odrębną mentalność chorych, a więc ludzi z psychicznymi skazami, całkowicie, lub częściowo sparaliżowanych. Inne ma się pojęcie od wewnątrz takiego domu, będąc w nim przez długi okres czasu, zatem, dzień w dzień i godzina po godzinie, a zupełnie inny, gdy jest się w nim sporadycznie, z krótką wizytą. Każde długotrwałe schorzenie wywiera uraz psychiczny; jeden będzie więc egoistą, roszczeniowcem oceniającym pozostałych ludzi przez pryzmat swojej niemocy, będzie czuł się pokrzywdzony i niezrozumiany, drugi będzie walczył z chorobą, nie da się jej ubezwłasnowolnić, lecz tak jeden, jak drugi, powinni wiedzieć, że są ludźmi zasługującymi na dobre traktowanie, że choć mają swoje ugruntowane nawyki, przekonania i stereotypowe sposoby obronnych reakcji na dokuczliwe problemy, to jedyną, skuteczną wobec nich metodą pomocy, jest okazywana im miłość.
Miłość, oraz cierpliwość i wyrozumiałość. Powinni też zdawać sobie z tego sprawę, że pomiędzy ludźmi zdrowymi, a chorymi, istnieje przepaść, przepaść życiowych doświadczeń, marzeń i oczekiwań, że tylko miłością, zrozumieniem i empatią można ją zasypywać.
Trzeba ją zmniejszać, ale nie można jej USPRAWIEDLIWIAĆ. Wybaczać sobie złe, patologiczne reakcje wobec bezradnych, NIE Z WŁASNEJ WINY NIEDOŁĘŻNYCH STARCÓW.
Trzeba wyobrazić sobie, że każdy z nas może być na ich miejscu.