Zimą, w bezchmurny, bardzo słoneczny dzień, wpadł do niewidocznej, bo gładko zasypanej leciutkim puchem, wyschniętej studni. Otoczyła go jaskrawa, jednolita biel, oślepiająca i bardziej nieprzenikniona niż najgęstsza mgła.
To była jasność czysta i najprawdziwsza, nic w niej i poza nią.
Nieśmiało uniósł głowę.
Ujrzał niebo.
Zimą, w bezchmurny, bardzo słoneczny dzień, wpadł do niewidocznej, bo gładko zasypanej leciutkim puchem, wyschniętej studni. Otoczyła go jaskrawa, jednolita biel, oślepiająca i bardziej nieprzenikniona niż najgęstsza mgła.
To była jasność czysta i najprawdziwsza, nic w niej i poza nią.
Nieśmiało uniósł głowę.
Ujrzał niebo.
Strasznie dużo przymiotników, jeżeli wolno zauważyć. Aż 14, jeżeli dobrze policzyłam, na zaledwie 5 zdań.
Ale i tak czyta się fajnie.