Kto z różnych końców rzecz rozpoczyna, ten wszystko popsuć może.
Konfucjusz
- Jesteś cudem – mruknąłem odrywając niechętnie wzrok.
- Serio – zaczęła grzebać w torebce. – Serio, zawsze miałam cię za wariata.
- To miłe – powiedziałem beznamiętnie i utkwiłem wzrok w przechodzącej kobiecie. Miała piękne piersi.
- Jesteś obleśny.
- Jestem za młody, by być obleśnym. Wyobraź sobie spoconego grubasa, siedzącego czterdzieści godzin na prześmiardłym fotelu Tira. Wyobraź sobie jak puszcza bąki – spojrzała na mnie z odrazą – jak puszcza pod siebie bąki i mruczy, że chętnie zerżnąłby jakąś młodą autostopowiczkę. Widzisz? Wcale nie jestem taki obleśny. Rasiści też są obleśni, ale nie ja kochana, nie ja.
- Wiesz co? Masz rację. Źle cię oceniam. Ty jesteś po prostu wiecznie zagubiony, prawda? Przyznaj, że jesteś.
- Przyznawać się? Nie mam zamiaru. Nie czuję się zagubiony, co oczywiście nie oznacza, że rzeczywiście zagubiony nie jestem. Ba! Może wręcz to potwierdza. Rozumiesz?
- Wytłumacz…
- To jak z tą zagadką o kłamcy i tym drugim, no, jak go nazwać… niech będzie ksiądz.
Gdy zapytamy kłamcę, nie wiedząc, że nim jest, czy jest kłamcą, odpowie, że >>nie<< i wskaże księdza. Biedny ksiądz. Z kolei kiedy zapytamy księdza, który wcześniej oczywiście zdejmie sutannę, kto jest kłamcą, wskaże on kłamcę. Teraz rozumiesz?
- Rozumiem. Masz w sobie nagiego księdza i kłamcę, którzy wzajemnie na siebie wskazują za każdym razem, gdy coś robisz.
- Otóż to. A przecież robię dużo. Sama wiesz. Nawet jak nic nie robię, to wciąż jestem zajęty. Wiesz o tym dobrze. Och, jak ty dobrze o tym wiesz. Dlaczego tego nie przyznasz? Dlaczego?
- Bo ty jesteś jak Eden, Martin Eden. Nie mam pojęcia dlaczego, ale smutno mi z tobą, nawet teraz, kiedy jest tak kolorowo, kiedy lato wydaje się nie mieć końca, ty rysujesz mi się czarnobiały, odarty z wszystkiego co uznajemy za wartość naszego życia. Wiesz, ja nie chcę być twoją Ruth, którą wyniesiesz sobie gdzieś w fantazji, by pogrążyć jeszcze bardziej samego siebie.
- Moim światełkiem z głębin oceanów.
- Właśnie. Nie będę takim światełkiem, bo tkwisz w tym za głęboko, Tomaszu. Jeśli mam być szczera, to nie wierzę, by cokolwiek mogło cię odwieść od bycia nieszczęśliwym. Nie wiem czy chcesz taki być, czy musisz – to nieważne. Jesteś.
- Idiota idiotę na szczyty wyniesie – mruknąłem.
- Ksiądz czy kłamca? – spytała tonem, jakby pytała: wątroba czy serce.
- Sam nie wiem. Muszę się napić.
- Tak. Ty zawsze musisz się napić. Pij. Nie jestem rozczarowana. Dokładnie tak wyobrażałam sobie dzisiejsze spotkanie. Spisałeś się – wstała, rzuciła banknot na stolik, po sekundzie banknot uleciał wysoko w powietrze. Obserwowałem jak zatacza wściekłe koła nad naszymi głowami niczym sęp szukający rozkładającej się ofiary.
- To znak – westchnąłem wychylając kieliszek przezroczystego płynu. Uśmiechnęła się.
- Przecież nie wierzysz w przeznaczenie. Ja zresztą też. – Odeszła od stolika, wraz ze swoimi morskimi piersiami i zapachem wiosny. Zapachem jedynej prawdziwej pory życia.
- No właśnie – banknot opadł na nasz stolik. – Właśnie o tym mówię. A ty i tak we mnie nie wierzysz. Ty odchodzisz, ja zostaję. Taki jest łańcuch wszechświata. Czy coś w tym stylu.
Znudzone fale rzek w końcu orzeźwią się morską bryzą. Wszystkie fale czeka to samo. I mnie też - to samo, co wszystkich. Dzieli nas jedynie teraźniejsza inność. Różni nas zachłanność wobec życia. Nie. Ich poranki nie są moimi porankami. Ich budynki nie dają mi pracy. Ich stoły nie wołają mnie na rodzinne posiłki.
A jednak. A jednak łączy nas śmierć. Bezwzględne morze. Nieogarnięta przez nikogo pustynia, pod której niebem nasza świadomość uleci do gwiazd i połączy się w jedność – bezwzględną nicość.
***
- Ależ ty jesteś biała
- Och…uznam to za komplement
- Cholera, jasne, że to komplement. Największy na jaki stać moją szczerość. Dalej są tylko kłamstwa. A po co mówić kłamstwa, kiedy chodzi jedynie o proporcje doświadczeń? – wyplątałem się z mokrej pościeli i usiadłem na ziemi. Heiko wciąż pieściła swoje intymne miejsca, spoglądając rozmarzonym wzrokiem w iskrzący kolorami nocnego miasta sufit. Jej włosy ułożone były w czarny strumień, który wił się wściekle w bladej szarości pościeli. Jęknęła cicho, by po chwili wejść do łazienki.
Zamknąłem oczy i z ulgą wsłuchiwałem się w szum brudnej, mieszkalnej wody. Sam jej odgłos przyprawiał mnie o zimny pot. Wciąż odczuwałem wszystko znacznie mocniej niż przed zabiciem. Dźwięki urastały do symfonii, kolory do rozkwitających ogrodów, a jej ciało do rzeźby natchnionej płucami boga. Potraktowałem to jako nagrodę.
Księżyc
świecił tak jasno. Mdłe zawiesiny na jego obliczu leniwie rozgarniał nocny wiatr. Czułem jego tętniącą pierś. Był daleko, ale w mojej głowie leżał zdychający, niemo błagający o zwrócenie przerwanej nocy. Okropieństwo. Wpełzłem pod łóżko i płytkim oddechem upewniałem się raz po raz, że żyję.
***
Retrospekcja pierwsza
Pierwszego razu nie zrozumiałem. Ojciec wszedł do pokoju z pasem zawieszonym na przedramieniu, po czym kazał mi zdjąć spodnie i majtki. ,,Klęknij przy łóżku”, warknął, więc uklęknąłem w tym samym miejscu, gdzie każdego wieczoru modliłem się z mamą. Nie cierpiałem odmawiania modlitw. Ojciec ruszył - słyszałem jak ćwiczy uderzenie na własnej dłoni. Skóra zaśpiewała złowrogo w powietrzu i spoczęła na moich pośladkach.
,,Wykończysz mnie i matkę!” uderzał i wrzeszczał na przemian. Po kilkunastu uderzeniach
szok minął i zacząłem odczuwać ból. Z każdym ruchem powietrza bolało coraz mocniej. Łzy ciekły samowolnie. Nie z bólu czy z desperacji. Jakby to organizm musiał się wypłakać, nie ja.
A ja wciąż nie rozumiałem za co. Pierwszego razu w ogóle nie zrozumiałem.
Później byłem jak pies. Na sam widok pasa wybuchałem płaczem.
Zaciskałem dłonie na tyłku, ale nigdy nie trwało to długo. Zawsze znalazł wolne miejsce, w które mógł soczyście wycelować. W końcu przestałem się bronić. Zacząłem wchłaniać każde uderzenie z uśmiechem, dopiero kiedy wyszedł z pokoju, kładłem się obolały na pościel i cicho stękałem. Miałem na suficie przylepione gwiazdy, które świeciły w ciemności. Każdego wieczoru było osiemnaście gwiazd, a ja każdego wieczoru liczyłem je od nowa.
***
- Niektórzy ludzie prędzej poproszą o pomoc człowieka, którego nienawidzą, niż którego kochają. Ja chyba jestem właśnie jednym z nich. Stać mnie chyba jedynie na błaganie osób, które kocham. Wiesz, błaganie to zawsze działanie desperackie. Żałosne. Nie pokazujesz niczego poprzez błaganie. Co innego prośba. Prośba to coś więcej. To, z jakiegoś punktu widzenia, oznaka trzeźwości wobec życia. <<Przemyślałem, skruszyłem się, proszę.>>
Błaganie to rozpacz. >>Oddycham, duszę się, wyciągam dłoń i chwytam pierwszą napotkaną rzecz.<<
- Jak zwykle pokazujesz się w złym świetle.
- Nie ma złych świateł. Są kolory. Mnóstwo kolorów.
- I często tak chwytasz kogoś za dłoń?
- Nieczęsto.
- Nieczęsto kochasz kogoś?
- Rzadko. Sporadycznie. Wszyscy umierają. Nawet jak żyją, to umierają. Jestem w tych sprawach radykałem. Kochaj, daj być kochana, albo cię uśmiercę.
Odwrócę się i pójdę w stronę zachodzącego słońca, bodajże?, po pociągowych wstęgach. A ty zostaniesz tam, nieistniejąca, nieważna, z uczuciami milknącymi echem. Tak. To jest moja miłość.
- To smutne.
- To wina.
- Wina?
- Mamy ją w środku. Ja mam bardzo dużo winy, dlatego taki jestem. Czarny, ciepły, wyrazisty, gorzki. Wy za to jesteście jak dziewczyny z świerszczyka. Masowa korekta dusz,
najdziwniejsze, że bardzo skuteczna. Ja jestem poza taśmą, poza kliszą, poza lampą. Czasem tylko odbijam się cieniem na płótnie. Jak ciekawostka. Fascynująca, acz, po krótszym zastanowieniu, kompletnie nieistotna. Moja dusza ma małe rączki i grube palce.
Twoja proza nie należy do łatwej lektury. Mnogość podtekstów, refleksji, które zastanawiają, zmuszają do przerw w czytaniu i powrotów parę linijek wyżej, by nie zagubić się i pojąć albo raczej podjąć próby pojęcia. Mnie to odpowiada.
Pozdrawiam
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty
W końcu przestałem się bronić. Zacząłem wchłaniać każde uderzenie z uśmiechem, dopiero kiedy wyszedł z pokoju, kładłem się obolały na pościel i cicho stękałem. Miałem na suficie przylepione gwiazdy, które świeciły w ciemności. Każdego wieczoru było osiemnaście gwiazd, a ja każdego wieczoru liczyłem je od nowa.
jak Bukowski, tyle, że on liczył przelatujące samoloty nad domem....
ciekawe, to co piszesz i ciekawym ile w ty pisaniu autobiografii (ale nie "musisz" odpowiadać - czytam, że sporo - ale moge się mylić)