- Najpierw biegnę, biegnę, biegnę, a później staję, pochylam się, jestem jezus, krwawy pot zalega mi nad brwiami. Dobiegłem i teraz będę się zamartwiał. Gdzie jestem, kim jestem, co ominąłem, czego nie zrozumiałem i ile niezrozumień mi umknęło. I wtedy przychodzi ona, a przecież ona jest całkiem przeszła, nawet w teraźniejszości była przeszła, ale teraz, gdy już przyszła, to się tym nie martwię. Tak długo jej nie widziałem. Nie widziałem tej sukienki i drżących pod nią mięśni. Nie widziałem ust nigdy nie wymalowanych i oczu wciąż rozrytych łzą, przygnębiająco zapłakanych. Myślę, jestem w piekle, a ona na to, o czym myślisz.
I wiem już, że to nie piekło, bo tam wszyscy będą to wiedzieć.
Całe życie za nią goniłem, w tym pół wątpiąc, a pół nie wierząc. I te rozdrapane policzki, to z nerwów, mówi ona. To nie z nerwów, kochanie, to z miłości, mówię ja. Ale przecież miłość wciąż nam umykała. Policzki mimo to krwawią. I myślisz, że ja czerpię z tego przyjemność? Byłem kłamcą, bo mówiłem, przyjemność potrafię czerpać z cierpienia, a wcale tego nie potrafię. Potrafię tylko się uśmiechać. Uśmiech to nie przyjemność, a zwykłe wymuszenie. Ale ty byłaś taka zadowolona, jesteś niezwykły i za to cię kocham, szeptałaś do gitary, kiedy grałem fragment piosenki o szczęściu, zupełnie dla nas niezrozumiałej.
Halo! Halo? Odłożyła słuchawkę, a ja wciąż biegłem i wciąż stałem. Świat migotał przed oczami, świat sterczał gdzieś pod drzwiami, jak bezdomny kot, lubię koty, tak mówiłaś. W tym zawsze się zgadzamy.
- Panie, zamykamy bar, już panu trzeci raz mówię. Marek, widzisz go? Nie dość, że wariat, to głuchy. Wypieprzaj pan stąd!
Dwudziestoletni Karol Kruger wypieprzył z baru o czwartej zero zero. Za jego plecami wlokła się skąpo ubrana kobieta o ciemnej karnacji.
- To musiało być straszne. Ja nigdy nie straciłam nikogo bliskiego – powiedziała do niego.
- Ile ty masz lat?
- Szesnaście.
- Aha, a zapytam tak dla pewności, ty istniejesz tylko w mojej głowie, tak?
- Oczywiście, że tak. Chyba nie wierzyłeś, że może być inaczej.
- Hmmm…i długo będziesz tak za mną chodziła?
- Niech pomyślę. Z drobnymi przerwami…aż umrzesz.
- No, to całkiem długo.
- Wcale nie.
- Skoro jesteś częścią mojej świadomości, to raczej nie wiesz kiedy umrę, prawda? Ja nie wiem.
- Wiesz. Po prostu jeszcze tego nie dostrzegasz.
- Nie lubię lata. Przygnębia mnie.
- Z tego co wiem, to ciebie dużo rzeczy przygnębia.
- To prawda.
- Przygnębiają cię pełne autobusy.
- O tak, to prawda.
- Sklepy spożywcze, hipermarkety, roboty drogowe, dyskoteki, czasopisma.
- Z zasady przygnębia mnie wszystko to, co nie przygnębia większości ludzi.
- A więc przygnębia cię większość i jej działanie..
- Tak, pewnie tak. Większość wywiera chorą presję, której sprostać można jedynie poprzez
poparcie, lub odrzucenie, a ja nie chcę robić ani tego, ani tego.
- A czy da się nie robić obydwu tych rzeczy? Chyba samo bycie udowadnia którąś z tych reakcji.
- Błąd. Bycie niczego nie udowadnia, ani o niczym nie świadczy. Myślę, więc jestem – głupie pieprzenie. Stwarzam siebie doświadczając, a nie będąc! Nigdy nie ma nas na tyle, byśmy nie musieli wciąż siebie stwarzać.
- Mhm…więc jak ona miała na imię?
- Ewelina.
- I jak ją poznałeś?
- A co? Zamieniasz się z urojenia w psychologa? Nie lubię psychologów. Już wolę urojenia.
- Po prostu myślałam, że będzie miło jak pogadamy.
- No słusznie. Będzie miło. A więc…Poznałem ją…hmm…tak...przy takiej, ekhm, uroczej fontannie, którą zawsze mijałem w drodze na lekcje gitary…
Karol miał piętnaście lat kiedy poznał Ewelinę, drobną siedemnastolatkę o czarnych włosach i nieprzeciętnie bladej cerze. Po pierwszej sekundzie stanowczo stwierdził, że to musi być jeden z aniołów, o których tak głośno wszędzie. W drugiej sekundzie całe jego ciało objęła chora obsesja. W trzeciej starał się uspokoić, ale nieskutecznie. Gorączka obejmowała po kolei wzrok, słuch, dotyk. Zdawało mu się, że otacza ją rozkwitły ogród, z klombami pełnymi przedziwnych kwiatów, które widywał czasem w kwiaciarni matki, gdy tymczasem fontanna usadowiona była pomiędzy betonowymi blokami, które dopiero na następną wiosnę miały zostać usunięte Wydawało mu się, że słyszy westchnięcia, poruszenia, szelest materiału opadającego między uda, kiedy w rzeczywistości dzieliła ich ulica, stadko rozwrzeszczanych gimnazjalistów i stary fiat chrypiący przy wylocie drogi. Karol po raz pierwszy i ostatni w życiu był zadurzony - aż po czubki swoich nieziemsko rozczochranych włosów.
- Cześć! – krzyknął zaskoczony nie wiedząc jakim sposobem znalazł się tak blisko niej.
- Cześć – odpowiedziała mrugając nerwowo. – Muszę lecieć! Jestem spóźniona! Jutro też tu będę! Mam lekcje gitary zaraz po tobie! U tej samej pani!
Biegł. W uszach huczało mu od ilości liter, które wypowiedziała. Pięć, jedenaście, dwadzieścia sześć… liczył i zaczynał od nowa nakreślając w głowie każde słowo z osobna. Dźwięki te przeplatał swobodnie fragmentami piano concerto in A minor* norweskiego kompozytora, Edvarda Griega, które odtąd stanowić miały dla niego synonim prawdziwego zakochania, wartkiego uniesienia, potężnej dawki spełnienia. A więc to tak, pomyślał, słyszę świat!
Najpierw przerażający harmider, myśli uderzające o siebie w niezrozumieniu, później euforia, splot pachnących skojarzeń, rozsadzających jego dziecięce ciałko. Kolejna była namiastka dojrzałości - wizje blaknących lat, wspólnego dorastania i upojnego dojrzewania. Wizje wiśniowych drzew i niebieskiej sukienki. Kończyła to wszystko gorycz francuskiego Lalo*, która płynęła po klawiszach rozrywającym serce Andante. Kalectwo. Krzywda. Śmierć. Ale Karol nie znał tych nut. Nie potrafił ich nazwać, a co dopiero mówić o strachu.
- … Najpierw biegnę, biegnę, biegnę, a później staję, pochylam się, jestem jezus, krwawy pot zalega mi nad brwiami. Dobiegłem i teraz będę się zamartwiał. Gdzie jestem, kim jestem, co ominąłem, czego nie zrozumiałem i ile niezrozumień mi umknęło…
chyba masz jakis sposób na "podkradanie" myśli...
kilka "moich" z powodu nieudolności pisarskich nigdy nie wyartykułowanych:
z dialogu (który wiele wnosi i mądry jest):
Bycie niczego nie udowadnia, ani o niczym nie świadczy
gamin napisał/a:
Nigdy nie ma nas na tyle, byśmy nie musieli wciąż siebie stwarzać.
nooo, i "to":
gamin napisał/a:
Najpierw biegnę, biegnę, biegnę, a później staję, pochylam się, jestem jezus, krwawy pot zalega mi nad brwiami. Dobiegłem i teraz będę się zamartwiał. Gdzie jestem, kim jestem, co ominąłem, czego nie zrozumiałem i ile niezrozumień mi umknęło
zawsze chciałem "jakoś" to powiedzieć - nigdy nie starczyło "mądrości"
"idę" do IV