- I co teraz?
- Daj spokój, Karol – powiedziała wchodząc do wanny.
Szesnastoletni Karol stał przy popękanym lustrze. Po ścianach umywalki toczyły się dwa czerwone strumyki. Wodził wzrokiem po swoich włosach, dotykał skóry na policzkach, brodzie i przełyku, które coraz mocniej pokrywały się młodzieńczym zarostem.
- Ale co teraz? Wiesz, że nie zdam do następnej klasy?
- Wiem, mówiłeś. To nieważne.
- Rodzice mnie zabiją, jak się dowiedzą, gdzie przesiaduję od tygodni w czasie lekcji.
- To nieważne.
- Jak to nieważne? Aż dziwne, że szkoła jeszcze do nich nie zadzwoniła.
- Denerwuje mnie ten pies za ścianą. Nie można go uciszyć? Otrujmy go.
- Ta.
- I wynieśmy w dywanie.
- Nie mamy dywanu.
- To potnijmy na kawałki i rozpuśćmy kwasem w wannie.
- Jak ten francuski morderca, co?
- Słyszałam, że jesteś we Francji.
- Co?
- Tak słyszałam. Ktoś puścił plotę wśród uczniów, że zwiałeś ze szkoły i wyjechałeś do Francji.
- Popierdoliło ich. Nawet nie potrafię dojść do szkoły. Bolą mnie stawy. Bolą mnie oczy.
Wysysasz ze mnie wszystko. Musimy przestać tu przychodzić.
- Mieszkanie jest kryte. Mój ojczym nigdy tu nie zagląda.
- Przecież nie o to mi chodzi. Mam w dupie twojego ojczyma.
- Więc o co ?
Karol sam nie wiedział. Czuł się wypruty z rzeczywistości. Czuł, że wraz z krwią, wyciekają z niego wszystkie kolory i chęci. Czarny wciąż go pociągał, biały uspokajał. Resztki sumienia nakazywały mu szczerość wobec bliskich i powrót do szkoły, ale wciąż zwlekał.
Jego przedramiona nagryzione przez obojętność, a on powoli zmieniał się w kogoś innego.
Karol usiadł na kafelkach i oparł głowę o zardzewiałą poręcz wanny. Końcówki jego włosów unosiły się na spienionej mydłem wodzie. Pod sufitem migotała naga żarówka. Za jego plecami z ust nagiej kobiety uchodziły kłęby dymu. Po bokach nagie ściany, lekko nachylone,
jakby chciały więcej usłyszeć. Tylko on jeden miał na sobie warstwy, których mógł wciąż się pozbyć.
- Gdzie jesteśmy?
- Nigdzie nas nie ma, kochany. Wciąż musimy się stwarzać.
- A my? Stwarzamy się wspólnie?
- Myślę, że uprawiamy coś razem. Jesteśmy młodzi. Wydaje nam się, że tworzymy coś szalonego, coś skomplikowanego, coś romantycznego, coś z innego świata. A tymczasem..
- Tymczasem co?
- Tymczasem jedynie się tworzymy.
- A co jeśli ja chcę być?
- Uwierz mi, nie chcesz. Tak jak ja. Nie potrzebujesz tego wszystkiego.
- To wszystko daje wszystkim spokój i zrozumienie. Oni wszyscy się uśmiechają.
My się tylko śmiejemy. Wciąż się śmiejemy. A oni są coraz lepsi, coraz szczęśliwsi, doskonalsi, a my się tylko śmiejemy i wrzeszczymy na siebie.
- To są nagrobki. Groby ich równają. Nas groby nie zrównają.
- Bo będziemy spaleni?
- Nie. Bo będziemy żyć.
- Gdzieś w sąsiedniej galaktyce, za gwiazdą X. Ja pyłek i ty pyłek.
- Nie, Karolu, będziemy żyć naprawdę.
- Naprawdę. Naprawdę? Ty jesteś wszystkiego taka pewna. Twoja pewność przyprawia mnie
o niepewność.
- Dlaczego?
- Bo jesteś obłąkana i szalona.
- Od szaleństwa do szaleństwa – takie jest życie, cytując pewnego marnego pisarza.
- Marna wymówka.
- Wiesz, czuję, że odejdę młodo. Śniłam o tym.
- Śniłaś, że umierasz?
- Nie. Śniłam, o tym jak jest już po.
- I jak było?
- Nic nie było. Kompletnie nic.
- Ale mówiłaś, że będziemy żyć.
- Tak mówiłam? Przykro mi, Karolu, jednak nie będziemy żyć.
Zaczął się maj. Rodzice Karola w końcu dowiedzieli się o zatrważającej dyrekturę absencji ich syna i przeprowadzili szereg, prowadzonych głośnym tonem, rozmów, mających na celu zmobilizowanie Karola do zdania roku. Ten jednak miał już inne plany. Ewelina zaproponowała, by jesienią zamieszkali razem. Karol chciał wyjechać na wakacje do pracy za granicę, a później mieli pracować w Polsce jak najmniej, tylko żeby zarobić na przyjemności i cieszyć się sobą. Taki był ich plan. Karol opuszczał kolejne tygodnie. Koledzy, niekiedy widząc Karola błąkającego się przed szkołą, próbowali siłą zaciągnąć go do środka. Nic z tego. Nadszedł dzień rozdania świadectw. Plac wypełniony był śmiechem, beztroskim hałasem i uczniowską ulgą.
Karol, tego samego dnia, stojąc lekko skacowany, z czarnym długopisem w kieszeni i zdjęciem Eweliny, obserwował ciemnofioletowe fale.
W gwałtowny sposób odmieniał, jak sam sądził, początkowe lata swojego życia.
Karol, tego samego dnia, stojąc lekko skacowany, z czarnym długopisem w kieszeni i zdjęciem Eweliny, obserwował ciemnofioletowe fale.
W gwałtowny sposób odmieniał, jak sam sądził, początkowe lata swojego życia.
podobnego dnia (wręczanie świadectw maturalnych - matura zdana dzięki łaskawej opiece PANI OD POLSKIEGO) sobie też już byłem gdzie indziej: niewielki namiocik na poboczu drogi przy której rosły poniemieckie czerśnie co to ich nieskutecznie przed inwazją małolatów broniłem - właściciel nie był (nawiasem mówiąc) zadowolony i apanaży nie wypłacił... co miałem oczywiście w dalekim "poważaniu"
nooo, nie miałem ani czarnego długopisu ani też fotki dziewczyny...może dlatego niewiele (później) w życiu zmieniłem - Tatko załatwił "normalną" pracę...i tak to !
podejrzewam, że to koniec opowiadanka...chyba, że nie - to czekam Na V,VI,VII....
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty
artur bodler [Usunięty]
Wysłany: 2009-08-24, 21:31
Cytat:
podejrzewam, że to koniec opowiadanka...chyba, że nie - to czekam Na V,VI,VII....
Myślę, że parę części jeszcze będzie, musicie mi wybaczyć.
Ale dziś, mówiąc kolokwialnie, wyrżnąłem z kolejnych części ładnych kilka tysięcy słów, bo też nie chcę, żeby się to wszystko rozpłynęło, rozlazło w oczach czytelnika.
To mam podobnie - tłukę klawiaturę, aż jęczy nieboga, a potem: delete, delete
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty
artur bodler [Usunięty]
Wysłany: 2009-08-24, 23:45
Z jednej strony cieszy mnie samo pisanie niewyobrażalnie, ale jeśli już coś publikuję gdziekolwiek, to rzeczywiście trzeba po prostu mieć ogólnopojęty szacunek do czytelnika i nie męczyć go niepotrzebnie,tym co równie dobrze może sobie przeleżeć w papierach.