- Słuchaj, niedługo przyjadę cię odwiedzić z Karolą. Jeśli zechcesz.
- Jasne. Będzie miło. Pogramy ze schizofrenikami w chińczyka.
Albo z paroma niedoszłymi samobójcami w Chodzi lisek koło drogi.
- Stary, wyluzuj. Nie chcesz to nie.
- …Nie ma ręki ani nogi…
- Słyszysz?
- …My się z liskiem pobawimy, reszty kończyn pozbawimy…Tak, słyszę.
Jak tam? Call girl? Widzisz już to drzewo?
- Tak, Karolu, jesteśmy blisko.
- To dobrze, to dobrze.
- Stary, ona siedzi tu z nami?
- Mówiłem ci, że szukamy czegoś. Ale już to znaleźliśmy.
- A, no to dobrze.
- Jutro skończę dwadzieścia trzy lata. Dwadzieścia trzy lata!
- No, głupio wyszło, że to akurat dzisiaj musimy…
- Nie, nie szkodzi. Wręcz dobrze się składa. Wszystko się połączy.
Kolory powrócą, korzenie splotą się w pień. Słońce zgaśnie i zaświeci.
Księżyc wyblaknie, zamilczy, rozwiesi czarne płaszcze i zwinie je nad ranem. Moje rano jest mitem.
- Tak, stary.
- Byłem tak blisko. Żałoba, namiętności, wspomnienia. Zabraliście mi nieczułość, a byłem tak blisko…tak blisko. Ale już dość mówienia.
Karol Kruger, dzień przed swoimi dwudziestymi trzecimi urodzinami, wysiadł z auta kolegi i stanął przed ceglanym budynkiem szpitala psychiatrycznego. Za jego plecami, nucąc Julio Iglesiasa, wlokła się wiecznie szesnastoletnia wizja, która zdecydowanie popierała jego wizytę w tym miejscu.
Karol po raz ostatni spojrzał w niebo, później na kołyszące się drzewa. Brak kolorów doskwierał mu od dłuższego czasu, ale tym razem poczuł, że wszystko jest takie, jak być powinno. Niebo – szare, i takie są też drzewa – szare, i taki jest też wiatr – szary. Kilka minut przed wschodem słońca, leżąc na twardym łóżku ustawionym w rogu ciasnego, szarego pomieszczenia, Karol wbił swój dawno wypróżniony, czarny długopis w przegub i mocnym pociągnięciem powędrował nim aż do dołu łokciowego i żyły ramiennej. W gwałtowny sposób barwił, jak sądził, końcowe lata swojego życia.
***
Swoje dwudzieste drugie urodziny Karol przywitał w łóżku. Pod jego prawym ramieniem leżała wychudzona, blada poetka z baru po drugiej stronie ulicy, w którym poprzedniego wieczoru odbył się jej debiutancki wieczorek autorski. Przy biurku usadowionym obok okna, siedziała Call Girl, w tym samym skąpym stroju co zawsze, popalająca te same co zawsze hiszpańskie fajki i pijąca hiszpańskie piwo.
- Boli mnie głowa – wymruczał do sufitu.
- Masz tabletki w bucie – naprowadziła go Call Girl.
- Dzięki.
- Buty zostawiłeś w barze.
- Czasami tak mnie wkurwiasz, kobieto.
- Jestem tylko dziewczynką. Pokazuję moje nie do końca rozwinięte piersi zza ekranu i oczekuję udanej masturbacji.
- Daruj sobie – spojrzał na ciało leżące bezwładnie obok niego. Zsunął się w dół łóżka i pocałował ją w parę miejsc. – Ej! Wstawaj.
- Mmmm – wymruczały blade usta.
- Proszę cię, wstań. Musisz stąd wyjść. Wyjść jak najszybciej.
- Dlaczego ona musi wyjść?
- Ty się nie odzywaj!
- A właśnie, że będę się odzywać!
- Zostawię ci moje wiersze. – blade ciało wstało i zaczęło rozglądać się za bielizną.
- Są fatalne.
- Wczoraj mówiłeś, że pełne erotyzmu, zabawne i w ogóle.
- I w ogóle fatalne. Ale ja się nie znam. W moim życiu nie chodzi o pisanie. W twoim zapewne też.
- A o co chodzi w twoim życiu?
- O bierność. Och, słodka bierność. O nią chodziło, kiedy wpadałem w szaleństwo, o nią chodziło, kiedy odchodziłem i kiedy wracałem. Uwielbiam bierność i dlatego wciąż nie mogę jej dogonić. Stale przyśpieszam i oddalam się od swoich ideałów.
- Nie wyglądasz na człowieka dążącego do ideału.
- Wyglądam. Po prostu mam marne, napędzane życiem ideały, do których prowadzi jeszcze marniejsza droga.
Całość przeczytałam z wielkim zainteresowaniem. Nie jest to łatwa proza i skupia uwagę, a do tego mam wrażenie, że inność Karola, mimo że ma swoje uzasadnienie, jakoś mu uwiera.
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty
chyba szlag mnie trafi - tak długo pisałem epistołę pod końcową częścią, że się PS wylogowało i nie zamieściło - a to było jak wiersz, którego jak się nie zapisze - to nie zapamięta - takie mądrości to były...nie dam rady powtórzyć więc może w skrócie:
oba linki piosenkowe:
posłuchałem, pooglądałem... nie wiem o czym ta spiewają, wiem co oglądałem - KArol nie powinien na to patrzeć
(wysyłam cdn.)
No qurde - szkoda. Nos mnie swędzi, więc to było pewnie coś w klimatach Moim zdaniem
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty
artur bodler [Usunięty]
Wysłany: 2009-08-25, 21:46
Marku, powinieneś mieć przeglądarkę typu: mozilla. Jak się pojawia okno loginowe, to wystarczy wcisnąć cofnij i litery nie przepadają . Też mnie kiedyś to denerwowało - jak coś długo pisałem, to znikało, i już mi się pisać odechciewało.
ma rację El - o inności Karola - ja sądzę, że każdy z nas jest inny - i każdemu to w jakiś sposób ciąży - mi moja "inność" na pewno - na szczęście mam swoje Ł. (póki co)
- na leczenie się z uczynków "dobrych" ludzi, miasta...
też "dostąpiłem" (minionego roku) "brania" antydepresanów, które nawiasem mówiąc niewiele pomagały - w końcu walnąłem opakowaniami o sosnę - rozsypały się w liściach,ściółce...i tyle...do tego parę wyrazów na "k","p" "s" i "ch"...ale ćmi do dzisiaj...
a tzw. "ludzie" to ćmienie wzniecają od czasu do czasu...wtedy wyobrażam sobie
cdn
, że płynę po drugiej stronie jeziora. Jest tak cicho. tylko woda rozgarniana ramionami pluszcze. z dala słuchać charakterystyczny hałas plaży: wrzaski dzieciaków, szczekanie psów, nawoływania.dolatuje smród palonych grillów...ale to takie daleki jest, stłumione. nade mną wiszące gałęzie pochylonych drzew.a ja tu sobie sam, samiuteńki płynę wzdłuż brzegu do zwalonej sosny, gdzie zawracam...i tak kilka razy aż zimno wypędza (nooo chudy jestem to i po jakimś czasie zimnawo...)
nooo, i tak to ! pod tym znakomicie napisanym "umieraniu" pana K.K. reflesji kilka...
może później jeszcze cosik?się "urodzi"?
Dlatego wolę góry i najbardziej jesienią. Spotkam najwyżej takiego samego oślaka jak ja - brudnego i szczęśliwego.
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty
artur bodler [Usunięty]
Wysłany: 2009-08-28, 22:27
Ja lubię morze, ocean, przy czarnej, deszczowej pogodzie. Tak już mam.
Lubię też poranki na plaży, kiedy odruchem rozpinam klapy namiotu, wysuwam czuprynę i głęboko wdycham słony zapach. O, tak. Zawsze wybieram takie piękne, bezdzietne ( ) miejscówki.