Może pogodzimy się ze sobą, na przykład lirycznie,
lub też prozą, choć to nuda, choć to męka – wieje grozą.
Ale zgoda. Siedzę na łóżku i układam z jej włosów litery,
płaczę. Od a do z wszystko było. Nie wspominamy poranków,
jest czarno za oknem, wokół nas jeszcze czarniej. Ktoś zgasił ostatnią
latarnię. To nie znak. To tylko obowiązek. Nas obowiązuje zgoda
namolnie naciągnięta, jak gruba kołdra w środku lata. Nie możemy zasnąć
razem. Życie tak bardzo nam przeszkadza. Posiadamy odpowiedzi, o które
nie zdążyliśmy zapytać. Czy dziś już nikt nie szanuje praw młodości?
Ona kompletnie zwariowała.
Połóż się, kochany, odpocznij. Razem coś pośnijmy,
lub też słowem, choć to zero, choć to nikłe – daj mi głowę.
Ale dobrze. Choć kiedy tylko zaczynam myśleć, że masz rację,
i szczęście jest, to z miejsca staję się jeszcze bardziej
nieszczęśliwy. Zupełnie nie kochliwy, nie rodzinny – bez przyczyny.
Zagryzam pasek, ciągnę go ku szyi. Czekam aż żyła zacznie mówić:
Nie rób tego, słodziutki, jesteś tylko z kolejki, pierwszy lepszy,
doczekaj kasjerki, wyjmij papierki i żyj jak wszyscy. Wtedy to robię.
Wciskam głowę w nieposłuszeństwo, ruszają tłoki, pocą się maszyny,
tylko ty spoglądasz w sufit, nie płaczesz, nie budujesz mojego nieszczęścia,
jako jedyny trybik fabryki, który dość ma bezmyślnej pracy. Ty chcesz żyć,
a nie ratować od śmierci. Nie masz zamiaru kolejny raz pytać: wątroba
czy nerki.
Ona kompletnie zwariowała.
A pamiętasz wannę i psa za ścianą? Jak jutro rano
zdechł - bez naszej winy. Ty jesteś mantra, ja jestem krew.
Ale on żyje. Ten głupi pies dalej dyszy i szczeka,
choć wanna stoi pusta. Ty leżysz rozłożona, gdzieś pod płytą,
a ja słucham jego mantry. On wciąż pyta. Gdzie ona bywa?
Gdzie jest? Mówię mu, że trawa zakwitła, że musi żyć dalej
i wyjść na ten pieprzony trawnik, tylko co z tego? Minęło dwa
tysiące lat, wanna pordzewiała że aż strach, i dalej tu siedzimy.
Ja przy wannie, pies za ścianą. On wciąż szczeka, choć już rano.
On wciąż szczeka, jakby tęsknił za twą ręką, ciut już zmarłą.
Ramię nieważne, oczy też nieistotne, przepraszam,
że tak łażę po tobie i nie daję, jak reszta, odpłynąć,
tylko stoję przy brzegu i nałogiem wstrzymuję morze.