POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Odpowiedz do tematu POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane » Elżbieta » Przepis na Ulung
Przepis na Ulung
Autor Wiadomość
Elżbieta 
E.M.B.A.


Wiek: 27
Dołączyła: 21 Sty 2008
Posty: 18479
Wysłany: 2009-09-13, 17:11   Przepis na Ulung

Przepis na Ulung



Jak co rano zatrzymałam się na moment przed lustrem. Przed tym dużym w przedpokoju. Tak rozpoczynam dni, spoglądam. Dzisiaj jest... właśnie? Poniedziałek, środa a może jednak piątek? Jak bez kalendarza znaleźć znak szczególny i bez obawy powiedzieć, że dziś jest...

Lustro odesłało krótki uśmiech, który znikł szybko w korytarzyku.
- Zaraz, czy?
Wróciłam ponownie spojrzeniem, lustro już się nie uśmiechało. Co więcej, odbijało nieznaną postać, przygarbioną, z przymrużonymi oczyma, siwymi włosami, obciętymi niezbyt starannie przez niecierpliwą fryzjerkę, która spieszyła się do domu, bo jej najmłodsza ząbkowała.
Spojrzałam jeszcze raz. Postać weszła głębiej w perspektywę gładkiej tafli, skąd dolatywała cicha piosenka:
"Miłość ci wszystko wybaaaaczy
smutek zamieni ci w śmiech
miłość tak pięknie tłumaaaczy ..."

Cicha mruczanka, nie piosenka. Tafla mruczała, przygarbiona postać robiła się coraz mniejsza, aż wtopiła się w szklany krajobraz.

Wtorek – powiedziałam do siebie – mamy wtorek, sto trzydziesty czwarty dzień roku, imieniny obchodzą... Czy to ważne kto obchodzi? Wtorek, wiem, że wczoraj był poniedziałek. Byłam w sklepie, bo w poniedziałki tam najmniej ludzi. Z nikim nie rozmawiałam, przez cały dzień, aż do pójścia do sklepu z nikim nie rozmawiałam, poza sobą.

Mój świat się skurczył, jak nowa wełniana rękawiczka po pierwszym śniegu i tylko jedna, bo druga się zgubiła w zaspie. Nie ma już nikogo, kto mógłby się odezwać do mnie po imieniu.
- Jasiu! Janeczko! Jaśku! Janiu!
To ja teraz mówię do siebie, żeby się usłyszeć, po prostu usłyszeć czyjś głos. Nie dlatego rozmawiam ze sobą, że zwariowałam, mówię, żeby nie zwariować. Chociaż, kto wie, może nie jest tak, jak się wydaje?
Dopiero przy płaceniu, kiedy kasjerka w okularach w zielonych oprawkach wystukała kwotę, powiedziałam pierwsze tego dnia słowo.
- Dziękuję - powiedziałam.
Mogłam jeszcze coś dodać, ona nawet się uśmiechnęła i zapytała:
- Czy to wszystko? Coś więcej?
Ale nie odpowiedziałam, zajęta portmonetką udawałam, że nie dosłyszałam. Czasem rzeczywiście nie dosłyszę, ale teraz udawałam.

Zamykanie portmonetki jest niełatwe. Moje palce już od dłuższego czasu zachowują się jak obce. Widzę je jeszcze takimi jak były, ale to nie pomaga. Portmonetkę przytrzymuję między kciukami, najlepiej, gdy położę ją przed sobą na czymś twardym i płaskim, później dopiero, jak już leży, przyciskam zamek całą dłonią. Przyzwyczaiłam się do tego, nauczyłam. Czasem boję się, że nim zamknę, to ktoś mi ją wyszarpnie i ucieknie. Słyszałam kiedyś o kobiecie, której zerwano czapkę z głowy, z lisa, ale ja nie noszę lisów a w portmonetce mam zawsze trochę więcej niż na zakupy.

Jest wtorek, w moim świecie jest wtorek, po zakupowym poniedziałku. W ciągu dnia, kiedy zmęczę się siedzeniem przed telewizorem, wstaję i parzę herbatę. Czasami ziołową, ale przeważnie zwykłą, czarną. Kiedyś była taka Ulung i robiło się sypanki, ale teraz za mocna i nie mogę spać. Może teraz też jest, ale w moim sklepie nie ma.

A Ulung najlepiej parzyła starsza córka. Nauczyła się od mojego brata: najpierw dobrze nagrzać imbryczek, żeby był suchy i dobrze ciepły, uważać, jak delikatny, żeby nie pękł od gorąca, wsypać po dwie łyżeczki, czubate, takie starsze, bo te nowe są za płaskie, liści herbacianych, wyrzucić najjaśniejsze, albo te, co się wydają inne, po dwie na szklankę wysoką, albo na większą filiżankę, zalać świeżym wrzątkiem, koniecznie żeby to była świeża woda, nie drugi raz gotowana, po zalaniu to natychmiast przykryć wieczkiem, poczekać tak trzy, no powiedzmy do pięciu minut aż naciągnie, a jak naciągnie, lekko wstrząsnąć imbryczkiem, żeby esencja się rozmieszała, bo inaczej najpierw z dziubka popłynie słomkowa ciecz, postawić i poczekać tak dłuższą chwilę, żeby fusy się uspokoiły i opadły a potem wlać do szklanki, przez siteczko można nalać, moja mama miała taki imbryczek z siteczkiem przyczepionym do dziubka, albo powoli bez siteczka, i tak z jedną trzecią szklanki wlać i dolać wody dobrze gorącej.

Herbata jest najsmaczniejsza po obiedzie, ale jak mi się nie chce robić obiadu, to stawiam talerze przed sobą i parzę samą herbatę, słabą. Tak radzi lekarka.
- Proszę pamiętać, jeśli herbata, to wyłącznie słaba - mówi, no to robię słabą, ale czasem zachce mi się takiej mocnej, jak parzyła córka.

Jak idę do kuchni, to zawsze spoglądam w duże lustro, mam takie przyzwyczajenie. Nie dlatego, że jestem próżna, czy coś, patrzę sobie, żeby kogoś zobaczyć, się uśmiechnąć, powiedzieć coś do Niej. No do tej, tam. Ja wiem, że jej nie ma, ale i tak lubię się uśmiechnąć. Kiedyś miałam ładne zęby, uśmiechałam się często. Pamiętam w pracy to mówili, że ja to muszę być bardzo szczęśliwa, że się tak ciągle uśmiecham, a ja zwyczajnie lubiłam. No i wszyscy też mówili, że mam ładny uśmiech.
- Takie ładne ma pani zęby, pani Jasiu, ładny uśmiech.
Teraz się też uśmiecham, ale mniej. Te sztuczne są inne. Niby białe, ładne, estetyczne, ale nie takie. Lepiej jednak niż bez. Ta z drugiego, młodsza ode mnie i nie ma, to rzadko w ogóle do ludzi wychodzi.

Lustro wisi w przedpokoju i tam jest zawsze ciemno, muszę zapalić światło zanim się uśmiechnę. Ciekawe, co ludzie robili, jak nie było luster? Kiedyś chyba nie było? Jak wiedzieli, czy dobrze wyglądają? Jak nosiłam pończochy ze szwem, to lustro bardzo pomagało. Równo, nie równo, łatwiej było poprawić.
Mam jeszcze takie jedne, parę zapakowaną w pudełku. Nigdy ich nie założyłam. Czasami wyjmuję z pudełka, żeby popatrzeć, dotknąć, przytykam do twarzy, takie miłe, gładziusieńkie, a na pudełku jest napis: Lady Jane - Fine Tan Stockings. Teraz też bym nawet nie spróbowała ich założyć, rozsypałyby się chyba. Mój pierwszy narzeczony mi je przysłał, z samej Ameryki. Miałam do niego pojechać, bo on tam za pracą był. Nawet mu się udało od razu na początku znaleźć, prosta murarka, ale obrotny i sprytny był, to szybko wymyślił, że cegielnię otworzy, pieniądze składał.
John Mason, tak się nazwał i zakład: Red and White Bricks. Bo jakby było po naszemu, to nikt by nie wiedział co to, tak napisał.
Zawaliła się ściana. Najpierw podobno żył, bo ze szpitala mi potem przysłali jego listy, ale krótko. Nie, to nie on budował tę ścianę, jacyś z Irlandii, on tylko pomagał.

Przywaliło go.

Lustro jest bardzo praktyczne, bo od razu wszystko widać, czy guziki dobrze zapięte, czy kolory dopasowane, żeby włosy poprawić, albo czy pomadka rozmazana. Niepraktyczne jest tylko do humoru. Może nawet lepiej by było nie patrzeć? W tym moim, chociaż ma już swoje lata, bo to od mojej mamy przewiezione, z naszego domu co był pod miastem, widzę wszystkie zmiany. Pociemniało przy brzegach, takie coś jak liszaj się zrobiło, nijak sczyścić, ale prócz tego nie wygląda źle, no i rama zasłania niektóre plamy.
Lustro nie kłamie, ale czasem widzę w nim rzeczy, których dawno nie ma. Albo mi się wydaje, może są? Nie wiem, jak człowiek jest sam, to zupełnie inaczej myśli. Niby o sobie, ale tak naprawdę to o innych i najczęściej o tych, co już ich nie ma. I tak się człowiek gubi, bo niby jest, ale bez obiadu, ze szklanką herbaty i przed lustrem, co się uśmiecha.
Jak wypiję herbatę, to pozmywam. Umyję szklankę, przetrę ściereczką talerze, bo myć nie ma co, ustawię w kredensie. Lubię ten mój kredens, z ciemnego drewna, też po mamie. Z moim przywieźliśmy go furmanką. Trudno było wnieść po schodach, bo ciężki, ale to dobry mebel był, solidny to i szkoda było zostawić. Ludzie by wyrzucili, albo zniszczyłby się u obcych. A tak, to raz w miesiącu przeczyszczę go taką irchową szmatką, co kupiłam w jakiś dzień. Nie w poniedziałek, to było wcześniej, jeszcze jak mój żył. Wtedy częściej chodziłam do sklepu, do apteki, było po co.

Kredens pachnie miętą, bo to kiedyś mi się krople rozlały, na żołądek. Nie dla mnie, bo ja mam dobry żołądek, mogę mieszać mleko i owoce, aż się sąsiadka, ta z trzeciego, co umarła w ubiegłym roku, dziwiła.
- Jak to pani Janino, mleko i owoce? Razem? I nic pani nie jest?
A nie, przypomniało mi się, mówiła "mliko", tak inaczej, ale to nic, poza tym ładnie mówiła i jeszcze się dziwiła, że moje pismo takie zgrabne, że okrągłe litery stawiam, kaligraficzne. No, okrągłe, okrągłe, wyraźne, bo do mojego pierwszego narzeczonego dużo pisałam. On chciał dużo wiedzieć o mojej codzienności, bo przecież mieliśmy się pobrać. Kupił mi pierścionek, taki na żarty, odpustowy, ale na kolano klęknął i mówi:
- Janeczko, wyjdziesz za mnie?
Aż ludzie stawali i się gapili. Bo to w sierpniu było, gorąc i odpust był Wniebowzięcia. No to mu powiedziałam, że wyjdę, żeby tylko nie robił pośmiewiska i wstał z tych kolan. Pierścionek miedziany i z niebieskim serduszkiem, ładny, trzymam go w pudełku. Nie tam, gdzie pończochy, ale blisko. Już teraz nie pamiętam, czy go kochałam, czy tylko, żeby wstał z tych kolan mu powiedziałam, że wyjdę. Zaskoczona byłam. I to po wojnie było zaraz, krótko po wojnie, człowiek młody był.

Jak wyjechał, to już byliśmy naprawdę po słowie i obiecał, że albo wróci, albo ja do niego przyjadę i wtedy da mi prawdziwy pierścionek też niebieski, ale prawdziwy. To jak pojechał tym statkiem, popłynął znaczy, to myślałam, że długo się nie będziemy widzieć, ale to nic, bo jak się zobaczymy, to wtedy będziemy razem na zawsze. Płakałam, smutno było jak wyjechał, pisałam prawie codziennie i chodziłam na pocztę wysyłać te listy. A listy to wtedy szły długo, i nigdy nie wiadomo było, czy dojdą, no i nie wiedziałam, czy dobry adres mam, bo to po amerykańsku było. Mama jeszcze żyła, to się denerwowała, że pieniędzy w domu nie ma, a ja tu na znaczki wydaję. No i któregoś dnia przyszedł list, ten ze szpitala, stamtąd i gruby był. Ja nie wiedziałam, że ze szpitala, ale mi taka jedna nauczycielka powiedziała, co znała amerykański.
- Ze szpitala, Saint Joseph, Świętego Józefa po polsku – powiedziała mi.
I w kopercie listy i jakieś pismo, ale ta nauczycielka, chociaż uczona w języku, wszystkiego nie wiedziała, co tam napisane było, tylko pokazała nazwisko mojego pierwszego narzeczonego i datę jakąś dziwną. Bo oni tam odwrotnie mówią na dni. Najpierw miesiąc stawiają, nie po naszemu. I było 9 i 27 i rok. Mam ten list w pudełku, w kredensie.
Jak mam lepsze dni i ręce nie bolą i się trochę prostują, to sobie układam. Tylko na samą górę nie sięgnę, za wysoko i na krzesło się boję wejść, bo jakbym spadła, to nie wiem, czy bym wstała. Jak żyła ta sąsiadka z trzeciego, to przychodziła do mnie na herbatę, albo kupowała ptysie, albo eklerki z czekoladą, albo tortowe i jadłyśmy i oglądałyśmy telewizję. Bo ona nie miała już telewizora. Nie miała pieniędzy na abonament i do mnie przychodziła. Ale na ciastka nie żal jej było grosza. Jej mąż, co umarł cztery lata przed nią, też czasem przychodził, ale chyba się wstydził, że nie mają telewizora, to rzadziej. A jak mu się w głowie zaczęło przewracać i tej demencji dostał, to mówił, że mój podrywa sąsiadkę, znaczy jego żonę. Lola jej było, tak naprawdę Leokadia, ale mówili jej Lola. Ładnie i ładna była, zgrabnie się nosiła. Biust miała duży, ciągle sobie poprawiała ubranie, bo bielizny co by pasowała nie mogła dostać. Inne sąsiadki to mówiły, że chyba specjalnie, żeby chłopów kusić nie nosiła tego stanika. Ale nie, bo by mi powiedziała. Nie mogła kupić, bo nie było.
A te krople, to mi się rozlały, jak mój się źle poczuł.
- Janeczko – mówi – Janeczko daj mi kropli miętowych, bo coś mi brzucho dokucza.
No to otworzyłam kredens i zaczęłam szukać na tej półce, co lekarstwa tam trzymam a tu słyszę huk. Oglądam się a mój na podłodze leży i wtedy buteleczka się przewróciła. Ja nawet nie zauważyłam, że się przewróciła, bo musiałam biec na piętro do jednego sąsiada co miał telefon, żeby na pogotowie zadzwonił, bo mąż leży na podłodze i chyba zemdlał, mu powiedziałam. Dobrze, że był w domu, często na delegacje go posyłali, ale wtedy był. Pogotowie przyjechało, dość szybko nawet przyjechało, na syrenie, bo sąsiad mówił, że to bardzo nagłe zasłabnięcie. Jak przyjechali, to właściwie już nie było po co. Mój nie żył.

On mnie naprawdę kochał. Najpierw z początku, to może z żałości się ze mną ożenił. Po bracie z żałości, bo ten narzeczony, co go ściana przywaliła, to jego brat był, ale potem się przyzwyczailiśmy. Nasze dzieci są daleko. Znaczy, syn w Australii, ale nigdy do nas nie pisał ani nie przyjechał. Tu nie chciał zostać, bo mówił, że bez perspektyw. Nie, no, co też ja, pomyliło mi się, pisał, napisał może dwa listy, na samym początku, że gdzieś na północy mieszka. Ale to było wszystko. Ktoś mi kiedyś mówił, że słyszał podobne nazwisko i imię, mówią Grzegorz, na pewno Grzegorz, z Australii i że w jakimś pożarze zginęli, dużo ich, ludzi, zginęło. Ale może to nie on i tylko nie ma czasu napisać, a poza tym, o czym by pisał? Mój go specjalnie nie kochał, bo się uczyć nie chciał. A córka, starsza tu gdzieś mieszka, ale zajęta była zawsze, jak tylko studia skończyła, to karierę zaczęła robić. Potem za mąż wyszła, ale mąż z Jugosławii był, nie nasz, jeszcze jak Jugosławia była. No i do niego pojechali, ale jak się zaczęła wojna, to ona wróciła a on został, żeby walczyć.
- Co to za mąż – mówiłam do niej - że wojna ważniejsza od żony.
Ona niby twierdziła, że on wróci do niej, ale nie wrócił. Najpierw płakała, nie wiedziała co ze sobą robić, ale później jak ją Zielonoświątkowcy zwerbowali, to mówiła, że spokój odnalazła, tak się wyrażała. Raz potem tylko była tu u mnie, coś załatwiała po urzędach. Mój prosił, żeby się bliżej przeniosła, męża poszukała. A ona, że "bigamiestką", czy jakoś tak, nie będzie. Zielonoświątkowcy tak jej pomieszali w głowie, że wszystko swoje sprzedała, żeby tylko ich wierze pomóc. Depresję miała i w szpitalu też ją leczyli. Teraz nie wiem gdzie jest. Pewnie daleko, ale herbatę najlepiej parzyła.

Dopiero po dwóch tygodniach patrzę a tu buteleczka leży zamiast stać i plama naokoło. Prawie wszystko z niej wyciekło.

Robi się późno. Muszę sobie zrobić herbaty. Nawet nie jestem głodna, ale się napiję. Dzisiaj sobie zrobię mocniejszą. W telewizji coś znajdę. No bo z tym telewizorem, to jakiś cud. Ktoś mi płaci za abonament. Tak mówią na poczcie i żebym się nie martwiła. Są dobrzy ludzie na tym świecie.
O, a w szafie w sypialni mam ładną sukienkę. To mój mi kupił, niedługo przed tym zasłabnięciem. Nie wiem jak to zrobił, ale kupił, w sam raz. Twarzowa, lilaróż i biały kołnierzyk koronkowy. Czasem ją sobie zakładam i paraduję po mieszkaniu. Materiał taki cienki, ale ciepły i ładny kolor i pasuje. Kto by pomyślał, że mój się zna na rozmiarach? Mieliśmy na ślub córki sąsiadki iść, to mi kupił, żebym dobrze się prezentowała.


Z mieszkania na parterze przez kilka dni bez przerwy dochodził głos telewizora. Sąsiedzi wiedzieli, że mieszkająca tam samotna kobieta ma bardzo słaby słuch, więc początkowo nikogo to nie dziwiło. Jednak na trzeci dzień, gdy na dzwonek do drzwi nikt nie odpowiadał, wyważono je. Na podłodze w przedpokoju dwupokojowego mieszkania znaleziono kobietę w sukience lilaróż. Obok niej leżała szklanka na dnie której była warstwa fusów. Na dywaniku pod lustrem widniała duża brązowa plama. Kobieta miała spokojny wyraz twarzy. Jeden z mężczyzn z pogotowia twierdził, że się uśmiechała.

© Elżbieta
pierwszego dnia sierpnia 2009 roku
_________________
przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
ˆ E

 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane » Elżbieta » Przepis na Ulung


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo