POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Odpowiedz do tematu POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane » Elżbieta » Niezrozumiała część pewnego wiersza i co z tego wynikło
Niezrozumiała część pewnego wiersza i co z tego wynikło
Autor Wiadomość
Elżbieta 
E.M.B.A.


Wiek: 27
Dołączyła: 21 Sty 2008
Posty: 18479
Wysłany: 2009-09-13, 17:13   Niezrozumiała część pewnego wiersza i co z tego wynikło

Niezrozumiała część pewnego wiersza i co z tego wynikło

Zaczęło się od trzeciej strofy.

łagodne wrześniowe dojrzewanie

w kształcie lekko zaokrąglonej łzy
nasączona słońcem spada przez wieczność
lepka słodka jak Ewa gdyby zamiast jabłka
podarowano jej kiść

gdy patrzysz pod słońce nie ma granicy
wszystko jest światłem
ciemność tu nie ma znaczenia
żyłki drżą jeszcze chłodem nocy
i odstraszanymi mechanicznie ptakami
żeby można było dojrzewać łagodnie
na czas

siedzisz przed zabłąkanym domem
tu wśród równin niespodzianka z Kalifornii
babie lato pod rękę z indiańskim
rysikami srebrzą fantazję
lecz z uwagą okna zostawiają w błękicie
chcesz wniknąć przez nie w kolejne pasmo spektrum
przeszkadzają jednak nasączone rękawiczki
i nożyce bo z nimi do nieba nie wpuszczą

pozostaje kończyć winobranie

© Elżbieta 2006.09.06

"w mojej małej główce nie mieści się "zbłąkany dom" i mnie nikt nie przekona, że to jest sensowne
całość jakoś zamotana, zwłaszcza trzecia strofa"
- napisała A.

Gdyby mnie mogła usłyszeć. Krzyczałam do ekranu:
Hej, heej! Błąd w cytacie. Napisałam przecież zabłąkany a ona o zbłąkanym. Znaczenia. Znaczenia...
Zauważyła. Pojawiła się odpowiedź:
"literówek, przepraszam
"zabłąkany dom" do mnie nie przemawia i wszystko się we mnie buntuje, za to nie przeproszę
załącznik załącznikiem (widziałam i co? dwie strofy nie wymagają załącznika - widać z każdego wersu o co chodzi)), wiersz sam w sobie ma być czytelny,
ale może się czepiem
miłego poniedziałku"


Dzisiaj już kolejny piątek a ja wciąż piszę o tym, jak w trzeciej strofie znalazł się mój ulubiony "zabłąkany dom". Odpowiedź miała być krótka. Ale nie dałaby wiele. Mnie. Sama jeszcze raz chciałam dojść do sedna.


- Skręcić w lewo?
- Tak.
Dalej już wiedziałam, jak jechać. Tylko ten jeden zakręt wydawał mi się nie w tę stronę. Po prawej i po lewej jednakowe pola. Do wyboru: na wschód albo zachód. Zachód. Kierunek zachodni. Nigdy nie przypuszczałabym, że tu w środku midwestu, w środku tak płaskiego krajobrazu - jakby po prostu Stwórcy nagle zabrakło inwencji i wyobraźni - może być coś takiego. Na razie tylko zapowiedź, ale nie mogłam się doczekać zobaczenia celu przejażdżki.

Czterdzieści minut jazdy przez pola. Droga, która po dwóch milach z płaskiej nagle zaczęła zjeżdżać to w dół to podchodzić w górę. Rzadkość na tutejszych drogach, autostradach. Jeżeli jedziemy, chociaż troszeczkę w dół, to natychmiast można podejrzewać, że w okolicy jest rzeka, większy strumień. Tym razem nie było widać żadnej wody. Same pola. Jakiś historyczny marker, że gdzieś w pobliżu jest historyczny cmentarz. Jaka wojna go zostawiła? Poza tym pola. Soja. Kukurydza. Soja. Kukurydza.

Domy drewniane. Te starsze. Domy nowe, niezniszczalnie plastikowe. Domy piętrowe. Domy parterowe. Bez ludzi na dużych podwórzach. Podróż przez dekoracje. Wzgórza, przez które poprowadzono drogę dla niektórych też mogły być nieprawdziwymi wzgórzami. Namiastki, choć i tak wyglądało to inaczej niż bliżej Twin Cities. Miasta Bliźniacze. Jest w tym kraju wiele takich miejsc. Dziwne tylko, że rzadko jedno z miast wchłania drugie. Nawet, jeżeli miałoby to być praktyczne, to z różnych względów trzymają się osobno. Często nie tylko nazwami. Rywalizują latami. Jednakowo silne. Prowadzą oficjalne wojny o znaczenie, o wyższość jednego nad drugim. Według mnie - po tylu latach, lecz wciąż uczącej się tego kraju, była to stratą energii, potencjału. Ale może mieli rację. Mówią przecież, że „small is beautiful” – małe jest piękne. Mniejsze miasto, więcej piękna?

Nasz pierwszy dom stał w jednym mieście, ale za to dystrykt szkoły, do której mogliśmy posłać naszego synka, był w drugim. Dwa miasta dzieliły prawie dokładnie na połowę dom naszych znajomych. Kuchnia w jednym, sypialnia w drugim.
- To jaki macie adres? Podwójny? - pytaliśmy. Taki lokalny żart.
Wzgórza o tej porze roku miały odcień przygaszonej zieleni. Tam, gdzie rośnie kukurydza zamieniają się w śmieszną, szerokachną szczotkę. Przy ziemi jeszcze zielonkawa, u góry lekko brązowa, postrzępiona. Poprzerywana tabliczkami z nazwami odmian ziarna. Sieje się przecież teraz naukowo. Nie mówiąc już o GPS. Satelitarna kukurydza. Pozycjonowanie rzędów, odstępów, szerokości przejść. Z samolotu pola te wyglądają jak kartki w linie. Liniuszek taki kukurydziany.

W końcu zauważyłam napis:
Mackinaw Valley Vineyard. Hahn Family. 300 ft.
Dolina Mackinaw - Winnica. Rodzina Hahn. 300 stóp.
Teraz tylko żeby nie przegapić wjazdu. Ale nie, nie można przegapić, bo dalej postawiono jeszcze tabliczkę z czarną, grubo nasmarowaną strzałką. Skręć w tę stronę. Mówiła. I rzeczywiście, jeśli posłuchało się jej wskazówki wjeżdżało się w winnicę.

Winnica pojawiła się w perspektywie krótkiej, piaszczystej drogi w górę. Zupełnie jak książkę pop-up. Jak to było po polsku? A może nigdy nie było? Nie pamiętam, jak mówiliśmy na książkową rozkładankę Dżungla. Tam perspektywa przechodziła od niewysokich krzaków, po drzewa i palmy. Głównym jej aktorem był przepiękny tygrys. Wyciągało się go za łeb albo ogon. Zza palmy.

Tu natomiast perspektywa pogłębiała się i wstawała kolejno pagórkami, drzewami, domem. Z głównej drogi – przed zakrętem – winnica nie była widoczna. Zupełnie, jakby ktoś drobiazgowo umyślnie przygotowywał spotkanie. Niespodziankę, której aranżacja miała prowadzić poprzez świadomie zaplanowane wrażenia, aż po miłość od pierwszego spojrzenia. Ciekawe, jak zdecydowano, że właśnie tu wyrosną rzędy Baco Noir, St Croix, Foch, Frontenac, Cabernet, Seyval, Chardonnay, Cayuga White i innych odmian stołowych, deserowych. Ukryta kalifornijska przygoda tu między wzgórzami.

Piaszczysta droga kończyła się nie typowym asfaltowym, ale placem wysypanym białymi, drobnymi kamieniami. Plac służył za parking. Stało na nim o tej wczesnej godzinie tylko kilka samochodów. Słońce świeciło cytrynowo. Powietrze, jak na tutejszy wrzesień, było rześkie.
Sięgnęłam na tylne siedzenie po kapelusz. Dopiero teraz mogłam uważniej przyjrzeć się domowi. Stał na wzniesieniu usytuowany tak, by panoramicznie obserwować okolicę. Część mieszkalna skierowana była na wschód.
Preria ma swoje prawa. Słońce jest tu królem. Jeśli nie pamięta się o nim przy budowie, lub po prostu typografia, czy brak miejsca nie pozwala na geograficzne feng shui, to trzeba przygotować się na to, że słońce będzie częstym gościem w rozmowach. Upalne lata przepalą niejedną parę zasłon, rzymskich rolet, jedynie drewniane żaluzje pomogą zatrzymać skwar.
Stylem dom nie przypominał midwestu. Chociaż zapraszał spokojnym siwo-niebieskim kolorem i białymi okiennicami, popularnymi we wszystkich stanach, jednak architektonicznie śpiewał do mnie: „Kalifornia mon amour”. Kawałek Kaliforni. Bo te wzgórza też nietutejsze, zabłąkane. Przeniesione z innej narracji. Wszystko, co widziałam wokoło układało się w jeszcze uśpioną o tej porze ilustrację. Łagodne wrześniowe dojrzewanie. W cieple gładkim, lepkim, słodkim. W ciszy poranka. W błękitnych prawie nierealnych oknach, które wydzierały się ze ścian ciemniejszym blaskiem szklanych tafli.

Nadal trudno mi było uwierzyć, że jestem tak niedaleko od naszego domu, od miasta, od autostrady.
- Przesadzasz. Chyba przesadzasz. Miejsce jak miejsce. Ładne i tyle. O wszystkim pewnie zadecydowały wzgórza – odezwał się mój mąż. W tonie jego głosu zauważyłam już, że i on także powoli ulegał zauroczeniu. Czytałam nasze podwójne myśli. Gdybyśmy mieli więcej odwagi, miejsce takie jak to, nasze marzenia zamieniłyby chętnie w codzienność.

Z placu parkingowego poszliśmy w stronę niedużej drewnianej bramy. Obrośnięta winoroślą, obrazkowa i kiczowata, ubrana w kiście niedojrzałych, drobnych i zielonych owoców. Malowała przede mną rodzajową scenkę: Para sentymentalnych kochanków. On w koszuli z żabotem, bryczesach, ciemnych butach. Ona w koronkach, w upiętej zalotnie sukni, koafiura w lokach i świeżo zerwanych kwiatach, wachlarz w dłoniach, dłonie w niebieskich rękawiczkach. A nad nimi kiście i liście. I czekanie. Na pierwszy pocałunek.

Brama nawet w tym wczesnym słońcu wabiła pszczoły, osy, muchy, oddychała ciepło. Prowadziła do małego ogrodu a dalej do części restauracyjnej.
W sali restauracji nikogo nie było. Powietrze nasączone kwaśnym, młodym winem. Na blacie baru stały termosy z wodą, kawą, jakieś krakersy, plasterki żółtego sera przykryte szklanym kloszem. Na półkach butelki wina: Alexander's Conquest, Nicole's Blush and Eric's Red. Tutejszego. Dosłownie domowego. Zwyczajowe obrazy czy fotografie, tu zamieniono w galerię imion rodziny Hahn’ów w... butelkach. Zapamiętać.
Największe, bo na całą ścianę, okno wychodziło na zachód, na zadaszony taras z białymi stolikami i krzesłami. Dalej widać było rzędy winorośli. O tej porze rzucały dość długi cień.

Cz druga 09 19 07

Cień świeży, wyraźny, poranny. Z domieszką nocnego chłodu. Malarze znają tajemnice mieszania ciepła i zimna. Potrafią zmierzyć proporcje cienia. Pokazać czas. Na płótnie, na desce, pergaminie. Tu cień czekał na malarzy.
W restauracji panowała cisza. Sala była uporządkowana. Przygotowano ją jeszcze nocą na mające już niedługo przyjść popołudnie. Tylko reklamy i książki o winie pokrzykiwały kolorowo, jak natrętni roznosiciele gazet:
„How to Tell Good Wine from Bad”
„The Best Cabernet Ever”
„The Elegant Wedding. A Practical Guide with 200 Illustrations in Full Color”
Z restauracji, wychodziło się na zachodni taras. I tu muszę się zatrzymać i zastanowić nad słowem. Dom? Przecież, to nie tylko dom. Mieszkanie. Po cóż wprowadzać w błąd niedokładnością? Są inne. Czy nie lepiej zabrzmi tutejsze: estate?

From Wikipedia, the free encyclopedia
http://en.wikipedia.org/wiki/Estate_%28house%29
An estate comprises the houses and outbuildings and supporting farmland and woods that surround the gardens and grounds of a very large property, such as a country house or mansion. It is an "estate" because the profits from its produce and rents are sufficient to support the household in the house at its center. Thus "the estate" may refer to all other cottages and villages in the same ownership as the mansion itself. An example of such an estate is Woburn Abbey in Bedfordshire, England.


Majestatyczne. Po polsku, tłumaczone jako: posiadłość, majątek. Zabarwione przedwojenną proweniencją. Pejoratywną przy tym, kułaczą. Ale to była posiadłość.

Powtarzałam w myślach jak mantrę: posiadać dom, restaurację, pomieszczenia gospodarskie, piwnice, rozlewnię, staw, winnicę. Nomenklatura ustalona: posiadłość. Młoda, bez długich historii, niespodziewanych zakończeń, dramatów, happy endów. Ale powoli obrastająca w zdarzenia-winne pędy, których meandry teraz obserwowałam. Zatoczki czasu od wschodu, zachodu, południa. Zdarzenia takie, jak ten dzisiejszy ślub w altanie, w której akurat teraz dwie kobiety próbowały na przekór wiatrowi upiąć wstążki z tiulu i girlandy chińskich plastikowych kwiatów.
Wiatr tarmosił końce tiulowych zwojów, odplątywał sztuczne gałązki. Stanowczo przeczył. Dawał do zrozumienia, że się nie zgadza na to, co widzi. Że czeka na arcydzieło. Co trochę jedna z kobiet odchodziła od udekorowanych słupków, poprzeczek i podnosząc rękę do oczu patrzyła na upięte girlandy. Z mojego miejsca wyglądało to tandetnie, sztucznie, chaotycznie. Bez duszy i serca. Celem przecież miały być zachwyty gości, a przede wszystkim państwa młodych. Wystarczy chwila na zauważenie scenografii. Migawka. Jedna klatka pamięci. Mentalna fotografia zamieniona we wspomnienie. Tego już nie można będzie poprawić. Girlandy niecierpliwie czekały na miejsce w ślubnym albumie.

Widziałam jak tu i teraz winnicy zamieniało się w historię. Już toczyła się w altanie. W wieczorach przy muzyce w takt nieprawdziwego Yes, czy Dolly Parton. Nocami, w które gwiazdy przychodziły tłumnie. Daleko od miasta, w głębszej czerni, prawdziwszym granacie jaśniej błyszczały, łatwiej dawały się rozpoznać i nazwać. Poukładać w zbiory. Razem kąpać w sztucznym, niedawno pogłębionym stawie. Na pewno dygotały po wyjściu z wody w chłodzie nocy – te gwiazdy.

Taras przechodził schodami w rozległy trawnik. Tu także były stoły drewniane, krzesła. Z ziemi wystawały do połowy wypalone pochodnie. Wiaderka z cytronellą. Trawa miejscami wydeptana, łysawa, nierówno skoszona. Swojska i zielona, często używana podłoga. Tak jak w domu, gdzie nie tyle dba się o wygląd podłogi, co o gości i ich dobrą zabawę. Good time – jak mówią miejscowi.

- Did you have a good time?
- Oh yeah! That was really, really good last night. Don’t you think
?

- Czy dobrze się bawiliście?
- O tak! Ostatnia noc była naprawdę wspaniała. Prawda?

Dobry czas. Czas tu może być tylko dobry. Nie ma miejsca na inny. Zły ginie w dobrym.

W jednym końcu trawnika ustawiono kilka składanych stolików, skrzynki. Poza kobietami walczącymi z estetyką plastiku i upartym wiatrem nadal nikogo innego nie widać. Poza chmurką kurzu sunącą dość szybko od strony północnej, od rzędów oznaczonych Frontenac. Chmurka zapowiadała jakiś pojazd. Tak się wydawało. Podeszliśmy do stolików. Leżały na nich rękawice, nożyce, noże, ostrzałki, czapki, kubki. W nieładzie, ale i tak łatwo było domyślić się ich przeznaczenia.
Dopiero teraz zobaczyłam ludzi między rzędami winorośli. Wplatali i wyplatali się z cienia pnączy. Pojawiali się, znikali. To w słońcu, to w cieniu. Wyglądali jak żywa winorośl. Słychać było ptaki. U stóp krzewów leżały sterty plastikowych skrzynek. Niektóre pełne, inne puste. Krążyły nad nimi wszędobylskie osy i owocówki. Słońce suszyło soki ostrzejszymi już promieniami.

Podszedł do nas mężczyzna. Wysoki, w granatowej koszulce, w kapeluszu, dżinsach, w butach do kolan. Opalony, ze zmarszczkami na niestarej twarzy. Zmarszczkami, które opowiadały o klimatach, życiu jakie miał za sobą, o różnych pogodach. Zdjął rękawicę, podał rękę mojemu mężowi.
- Paul Hahn. Nice to meet you. Let me show you around.
- Paul Hahn. Miło poznać. Oprowadzę pana po okolicy.
Tak, to zwyczaj, do którego bardzo trudno mi się nawet po wielu już latach takich ... „afrontów” przyzwyczaić. Purytanie – tak tłumaczono nam fakt, że kobieta stała z tyłu za mężczyzną i nie podawała ręki na powitanie – to oni przynieśli ze sobą ten zwyczaj. Nie czekałam na to, że Hahn w ogóle da do zrozumienia, że mnie zauważył. Zresztą już dawno nauczyłam się w takich chwilach udawać roztargnienie. Pochłonięta przez coś, co mogło mnie przecież w tej chwili naprawdę zainteresować. Na przykład ten kolor liści, jakie przyklejały się do nieba. Tyle jest rzeczy, które są ważniejsze od podania dłoni obcemu mężczyźnie.

Zaczęli rozmawiać. Mieliśmy wybrać rękawice, nożyce, rząd do pracy. Na koniec jeszcze tylko grzecznościowe
- Have fun. Will you?
- Życzę dobrej zabawy.
I tyle. Jak bardzo lubię te ich krótkie frazy.
Podziękował, że przyjechaliśmy. Uśmiechnął się, skinął głową w moją stronę, jakby dopiero teraz mnie zauważył i wrócił do wypełniania skrzynek, spadającymi z lekkim chrzęstem kiściami. Mój spóźniony uśmiech do jego pleców. Zajęłam się wybieraniem rękawiczek i nożyc. Jeszcze raz zwróciłam uwagę na ptaki. Nie było ich widać. Słychać tak, ale nie widać. Musiały być bardzo zajęte winogronem.

Przypomniałam sobie inną winnicę w północnej Austrii.
Miejscowość nazywała się Mold. Też na M, pomyślałam. Tu winnica znajdowała się w dolinie rzeki na M: Mackinaw. Na tym jednak właściwie kończyło się podobieństwo.
Do Mold wróciłam i tak naprawdę poznałam tę wieś dopiero kilka lat temu. Mimo że pierwsze spotkanie miało miejsce w roku 1982.

Część trzecia 09 21 07

Frank Adolf był znanym i chyba bogatym bauerem w Mold. W Moldzie? Wciąż zastanawiam się, jak postępować z nazwami. Czy zostawiać je w ich dziewiczości. Nic nie zmieniać, nie odmieniać. Wtedy są stamtąd. Z Austrii, z Meksyku, z Boliwii. Spolszczone nabierają innego znaczenia. Jak i inne słowa.

Więc, Frank Adolf był bogatym bauerem w Mold. Duże gospodarstwo, świnie w ogromnych chlewach, indyki, sad, pola, winnica. Mieszkaliśmy wtedy w hotelu herr Wopienka. Zakwaterowani w pokoju, który na długie miesiące zamienił się w nasze mieszkanie.
Tego dnia, po dłuższym wieczornym posiedzeniu na dole hotelu-Gästehaus, w restauracji, mąż wrócił do naszego mieszkania z dobrą wiadomością. Bardzo dobrą.
- Będzie nas stać na kupno owoców, nowych ubranek dla naszego malucha, może książeczek. - oświadczył z zadowoleniem.
Dostał pracę w Mold u bauera Franka.
Radości od tego wieczoru było wiele. Powody? Dodatkowe szylingi, ale także i ciastka tortowe oraz wypieki rozmaite, dwudniowe, przywożone furgonetką przez bauera Franka z samego Wiednia. Zostawiam jednak dobrodziejstwa serników wiedeńskich i tamtejszych kremówek na deser. Winnica. Wracam do winnicy.

Pod koniec sierpnia Frank potrzebował rąk do pracy. Tamtego lata mógł ich mieć wiele. Prawie za darmo. I prawie wszystkie polskie. Kończące się lato było ciepłe i pogodne. Urodzajne. Winnice w tej części Austrii, w Niederösterreich uginały się od owoców. Ponadto na dniach miał się rozpocząć wyścig okolicznych wsi w pędzeniu śliwowicy.

Nasz synek był malutki. Dwa latka. Cudeńko z jasnymi, miękkimi lokami tańczące przy każdej muzyce. Próbujące mówić w trzech, czasem czterech językach. Rzęsy, jak mówiły znajome czy nieznajome kobiety, na kilometr. Żartowałam, że maluję mu je codziennie i że jest do tego przyzwyczajony. Był taki maluśki. Nie mogliśmy go zostawiać samego w hotelu.
Od czasu pamiętnego wieczoru w restauracji herr Wopienki mój mąż pracował w Mold prawie codziennie. Tamtego dnia miałam z nim i kilkoma osobami jechać do Mold, by pomagać przy winobraniu.

Niewielki mikrobus zawiózł nas do wsi na miejsce. Piechotą szłoby się tam ponad pół godziny. Nasz synek został w domu z zaprzyjaźnioną rodziną ku uciesze ich dwóch dziewczynek, które uwielbiały naszego malucha. On zresztą też lubił wszystkich. Wystarczyło się do niego uśmiechnąć i od razu był jak przylepka i promyk.

Prawdę powiedziawszy, to pomysł z winobraniem nie bardzo mi się podobał. Jednocześnie tak bardzo pragnęłam choć jednodniowej odmiany. Rutyna życia w gasthauzie, naszym tymczasowym mieszkaniu przy bazylice, w Maria Dreieichen męczyła. Od czasu do czasu monotonia i przewidywalność ciążyła. Od prawie roku świat nasz zamykał się w kilkunastu kilometrach. Granice wyznaczały pola, sady, ogrody, drogi. Mogłam z łatwością przejść te wszystkie miejsca bez mapy i dokładnie opowiedzieć, gdzie i co rośnie. Jakie po drodze zobaczy się kamienie. Gospodarstwa, drogi, o których nie bardzo było wiadomo czy są prywatne, czy nie.

Jak długo można chodzić na zdrowe spacery do lasu? Jak długo można odkrywać gęstość traw. Jak długo zachwycać się polanami. Przecinkami. Jak długo podglądać mrówki w kopcach? Jak często można chodzić do kaplicy pod dębami, gdzie cudowne uzdrowienie ślepoty zaowocowało najpierw obietnicą a później strzelistą budowlą bazyliki na pamiątkę? Jak często gorąco się modlić o to, żeby ktoś nas zabrał? Jakiś kraj, miejsce na ziemi, gdzie moglibyśmy poczuć się jak w domu. U siebie. Jak długo zbierać maliny? Jak często można złapać okazję do Horn? Jak często uda się zaoszczędzić szylingi, by kupić tam owoce dla małego, a samej oglądać rzeczy, o których wiedziało się tylko ze słyszenia? I to wszystko robić z myślą o na razie przeczuwanej tylko przyszłości naszej, naszego synka, naszych marzeń, które - tak mi się wydawało - bardzo chciały się spełnić.

Winnica Franka była rozległa. Taką ją zapamiętałam.
Tłum kobiet, które poubierane byle jak do pracy, uśmiechały się i szwargotały pokazując przy tym zdrowe, białe zęby, germańskie rumieńce i opalone czoła.
Wymieniały proste zdania i kończyły je głośnym okrzykiem
- Ja. Ja! Natürlich. Ach so.
- Tak, tak! Naturalnie. O naprawdę.
Nic nie rozumiejąc, a jeśli to krótkie, pojedyncze słowa. Jakieś częste „hojte” (heute), morgen, Rote Weintrauben, Weiße, trinken, essen. Reagowałam kiwaniem głową, albo przepraszającym uśmiechem. Zamiast rozmawiać wolałam zająć się pracą.

Nie pamiętam, czy dano mi tam rękawiczki. Praiwe na pewno nie. Pamiętam ręce po łokcie poklejone miąższem, lepiące się sokiem. Zapach pogniecionych winogron był metaliczny. Otoczona latającymi pszczołami, osami, muchami czułam się jak postać malowana na obcym obrazie. Coś pośredniego między martwą i żywą naturą, z ostrymi konturami wyraźnie rysujących się elementów. Tło z winorośli. Z tamtej pracowitej wyprawy teraz brakowało mi tylko ścieżki dźwiękowej, która pomogłaby mi ułożyć się w logiczne zdania. Brakowało mi strzępków rozmów, które mogłabym poukładać z pamięci. Choćby w chaotyczną namiastkę tamtej całości.
Moje - wtedy jeszcze bardzo długie - włosy wymykały się spod chustki. Chustka była nasączona sokiem. Powoli zamieniałam się w kulkę winogronu. Dobrze, że nie było upalnie. Słońce nie wyszło zza chmur prawie cały dzień. Widać było tylko jego jaśniejszą plamę przechodzącą utartą drogą przez niebo. Po plecach jednak spływały strużki potu. Byłam zmęczona. Po raz pierwszy od wielu miesięcy naprawdę zmęczona. Myślałam też o naszym maluchu. O tym, co może teraz robić. Czy płacze? Czy zauważył, że mnie tak długo nie ma? Czy zapamięta ten dzień, kiedy jego mama pojechała na winobranie?

Winogrona były białe, Weiße, czyli zielone, słodkie. Bardzo dojrzałe. Przejrzałe. Zbyt długo czekały na zbiory? Nie znałam się na tym. Może tak właśnie być musiało? Miały zaczynać fermentację na krzewach. Zjadłam kilka kuleczek.

W przerwie na drugie śniadanie, na drewnianym stole, stojącym na obrzeżu winnicy ustawiono kosze z jedzeniem. Austriacki, kulinarny, wiejski raj. Dlaczego tego wszystkiego nie było wtedy za tą drugą, północną granicą? Dlaczego tam kartkowano wszystko? Uzależniano miliony ludzi od maleńkich kartoników. Podzielone na kwadraciki życie. Od czekolady do czekolady, od kilograma cukru do następnego. Wojna, której nie rozumieliśmy. Niepotrzebna i tak okrutna. Pustoszenie dusz.

Na stole: chleby, smalec, masło, wędlinę, zimne mięsa, boczki. Tłusto, niezdrowo, tak smacznie. Można było popijać wodę z dzbanków, młode miejscowe wino, sztum albo lokalną śliwowicą. Wiejską z Mold, którą cała wieś pędziła na wyścigi, gdy przyszedł czas na otwieranie maszyn do destylacji, używanych na godziny przez kilka tygodni w roku. Austriaczki popijały śliwowicę. Polki także. Niektóre. Ja nie mogłam przełknąć ani łyczka. Broniłam się przed samym jej zapachem. Kobiety śmiały się ze mnie i coś tam do siebie mówiły.
Po godzinie wszyscy wrócili do pracy. Bez ociągania, bez namowy. Jakby winorośle wabiło w chłodny cień a winogrona słodyczą. Nie dało się powiedzieć: nie. Ktoś, pamiętam, włączył radio. Słychać było austriackie poleczki. Umpa umpa umpa pa - niosło się między rzędami. Mężczyźni na małych ciągnikach przejeżdżali piaszczystymi drogami. Zbierali wypełnione owocami kosze.
Gdy myślę o tamtym miejscu, widzę je w barwach Hieronima Boscha. Zielone tła i pejzaż z tarasami winorośli. Kobiety w chustkach. Krajobraz płaski i choć bez słońca, to kolorowy.

Po całym dniu pracy pojechaliśmy na obiad do bauera Franka. Obiad? Raczej weselne przyjęcie. Na deser kawa po wiedeńsku i sernik. Tu, żeby nie było wątpliwości, gdzie jesteśmy również wiedeński. I dużo, dużo śliwowicy. Młode wino i rozmowy o podróżach po świecie. Bo gospodarze austriaccy w przerwach między zbiorami, czy w czasie urlopów z normalnej dochodowej pracy jeździli. Gdzie tam, oni latali po świecie.

Nie, nie pamiętam ptaków z Mold. Pamiętam za to zagrodę pełną gulgotania indyków. Ale to zupełnie inne ptaki.
Pamiętam za to, że obok mnie pracowała Zośka. Też rezydentka z hotelu. Tanecznica z zespołu pieśni i tańca Opole. Niewysoka, ciemnowłosa kobieta, której oczy przypominały dwa czarne węgielki. Zadarty nos, ładne usta i... jąkała się. To pamiętam. Uciekła z zespołu, gdy wyjechali z turnee po Austrii. Mówiono wtedy: została. Była w ciąży. Jej mąż był po tamtej stronie. Jej kilkuletni syn także. Tęskniła za nim. Jak twierdziła - synkiem na pewno zajęła się jej matka. Zośka była bardzo sprawna, praktyczna. Zadowolona i rumiana. Ze sterczącym już wyraźnie brzuchem poruszała się zwinnie i szybko. Jej ciemne oczy świeciły spod chustki. Wyobrażałam ją sobie na scenie. Wirującą w takt opolskiej przyśpiewki. Dziecko Zośki miało urodzić się w Australii. Moje nie.


Paul Hanh pracował rytmicznie. Wchodził w gęstwinę krzewu. Gałęzie zamykały się tuż nad jego głową. Zielony baldachim. Winorośle wiedziało na jaką wysokość piąć się do góry, by ułatwić ścinanie owoców. Kiście wisiały mu na wysokości twarzy. Podnosił ręce. Snip snip snip. Nożyce przecinały gałązki. Kiście szybko spadały do skrzynki. Lekki obrót ciała. Nie pominąć owoców, które w gąszczu liści niełatwo było zauważyć. Mógł je jednak ścinać po omacku. Skrzynki wypełniały się szybko.
Działo się to wszystko przy wtórze rozmów, opowiadań. Rozmawiały tylko widoczne nogi.

Ptaki. Słychać było ich śpiew. Niezmordowane trele. Mimo że robiło się coraz cieplej.

Próbowałam naśladować ruchy Paula. Tempo ścinania. Niestety. Mój wzrost pomagał mi tylko przy wchodzeniu w krzewy. Później musiałam pracować z ciągle zadartą do góry głową. Kapelusz od słońca okazał się niepotrzebny. Słońce przemycało tylko bardzo przefiltrowane światło pod sklepienie gałęzi. Zostawało w górze. Nad winnicą. Ciekawe tego, co się kryło w gąszczu, ale zrezygnowane. Zostawało na swoim miejscu. Na niebie. A to było coraz jaśniejsze. Blada wrześniowa niebieskość. Bezobłoczność. Słońce czuło się w kiściach. W rozgrzanych owocach, ciężkich, słodkich, lepkich. Kuleczki pełne letnich dni. Letniego zapatrzenia. Słoneczne krople. Ciepło zamknięte w miąższu, w pesteczkach. Dokładnie otoczone, zamknięte delikatną skórką, przez którą prześwitywały nieco ciemniejszą zielenią, lub granatem żyłki.
Mój kapelusz błyszczał w trawie. Zabawka dla owadów i dla słońca, które odbijało się od niego leniwie.

Byłam bardzo zadowolona z nożyc. Ze swojego wyboru. W moim ogrodzie używałam podobnych. Zwykłe, bez zbędnych sprężynek, zapadek. Z dobrze przylegającymi gumowymi nasadkami na uchwytach. Snip, snip, snip. Właśnie tak: snip. To nie było ciach. Snip. Obcinane kiście początkowo nie chciały mnie słuchać. Nie lądowały w skrzynce. Naigrywały się ze mnie. Miały inne plany. Dostawały bocznych skrzydeł. Jednak po jakimś czasie udało mi się skoordynować obcinanie i spadanie. Wiedziałam, jak uchwycić owoce. W którym miejscu objąć grono. I to tak, żeby nie zgnieść kuleczek. By dwa razy nie przecinać tej samej gałązki. Jak ucinać, żeby łatwo oddzielać ładne owoce od brzydkich. To okazało się niepotrzebne. Wino demokratycznie przyjmuje wszystkie owoce. Bez względu na estetykę. Ważny jest smak zamykany w butelki.
- You know the taste, the taste is what counts. The taste makes wine.
- No wiesz smak, smak to jest to co się liczy. Smak robi wino.
Od długiego zadzierania głowy zaczęła mnie boleć szyja. Od ciągłego patrzenia w górę. Postawienie skrzynki pod nogi pomogło, ale nie na długo. Przestawianie jej pod kolejne krzewy zwalniało pracę.
Zaczęłam zastanawiać się nad sensem tego, co robiłam. Przecież przyjechałam tu po to, żeby pomóc. Z własnej woli, chęci, ciekawości. Dla przyjemności. Nie chciałam pieniędzy. Chciałam się poczuć TU. Pobyć. Zrozumieć. Zobaczyć poranek. Zgubić się w jednych myślach. Znaleźć inne, nowe. Albo wcale nie myśleć. Rozpłynąć się we wrześniowym cieple i świetle. Zapomnieć o wszystkim. Teraz, gdy ciało przypominało o sobie, wszystko zaczęło przeszkadzać. Jak gryzący sweter. Jak opadające podkolanówki. Jak za duże buty. Jak milczenie, gdy myśli krzyczą.

Zdjęłam rękawiczki. Założyłam kapelusz. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Mężczyźni - do połowy ukryci w krzewach - opowiadali sobie kolejny dowcip.
- Have you heard that one?
- A czy może słyszałeś ten?
Słychać było śmiech, zadowolone głosy. Spokój.
Jesteśmy tu by ścinać kiście. Jeśli będzie trzeba będziemy przesuwać się od rzędu do rzędu do nocy. Mamy dużo skrzynek w zapasie. Owoce nie mogą długo czekać. My czekamy na wino. Słyszałam ich myśli. Widziałam ich zapamiętanie. Opracowaną rutynę, mechaniczne zapomnienie o dniach biurowych, domowych.

Odłożyłam nożyce na stół. Rękawiczki do stojącego pod nim kosza.
Przy altanie kręciło się kilka nowych osób. Układano podłogę. Ustawiano instrumenty. Girlandy w końcu zgodziły się na ujarzmienie. Wieńczyły łuk altany. Triumf plastiku i tiulu nad wiatrem. Wiatr tarmosił je nadal, ale teraz już tylko z nudów, od niechcenia. Szukał nowego zajęcia. Tu na prerii zawsze jest miejsce dla wiatru. Bezwietrzność przychodzi z tornado. Najczęściej tuż przed, gdy świat zastyga w strachu przed tym, co ma, może przyjść. W szaleństwie wiru, wściekłości porywającej dachy, żeby pod nie zajrzeć, zobaczyć, co kryją, wyciągając drzewa jakby to były wykałaczki. Teraz jednak wiatr był oswojony.

Na trawniku przy stawie bawiły się trzy dziewczynki. Trzy jasne sukienki kręciły się na jego zielonej podłodze. Jasne wiatraczki. Trzy gracje. Trzy Alicje. W swojej krainie czarów. Długie od-świąteczne sukienki. Morza falbankowe. Kokardy z tyłu. Weselny standard z katalogu. Wesela nie mogą istnieć bez takich Alicji. Każda jest najważniejsza. Różowa, seledynowa, cytrynowa. Przesłodkie. Przesłodzone falbankami. Koronkowymi skarpetkami.
Okrągłe zadziwieniem oczy. Buzie, które się nie zamykają
- You know what ?! ... !?... ?...!
- Wiesz co ?! ... !?... ?...!
wszystkie znaki interpunkcji i razem i osobno. Emocje, wyskakujące w tempie toczących się po schodach piłek, coraz szybciej i szybciej. I ten przydech, który poprzedza całą lawinę, w której trzeba pomieścić kilka przedpołudniowych godzin. Dzień, który trwać będzie kilka dni.
Ubieranie, przygotowywanie, wybieranie przez tydzień drobiazgów, sukienek, butów, koszyczków, torebek, parasolek, wstążek, spinek, malowania paznokci maminym lakierem, wizyta u fryzjerki, lokówki jak dla starszej siostry, naszyjniki, bransoletki z cukrowych pastylek, albo prawdziwych, plastikowych paciorków, notesiki, maciupkie ołóweczki, kłódeczki, kuleczki, konfetti i serpentyny i buteleczki z wodą mydlaną i kółeczkiem do puszczania baniek, wiele innych rzeczy, których znaczenia nie da się wytłumaczyć a są konieczne. Przecież.

Nie musiałam do nich podchodzić, ani przysłuchiwać się rozmowom. Wiedziałam, o czym mówią. Jak inne matki wiedziałam też, że sukienki niedługo się poplamią. Cukierkami, czekoladkami, trawą. Błotem, którego właściwie nie ma, ale to tylko przed dorosłymi ukrywana tajemnica. Tak naprawdę, to jest go całe morze. Zawsze w okolicy jest jedna kałuża. Kałuża przychodzi do nas. My możemy stać w miejscu. Nie poplami się tylko jedna Alicja. Ta, która jest albo najstarsza albo z natury najostrożniejsza, lub mająca taki uważny, ostrożny dzień.

Mój dzień? Jaki był mój dzień? Obserwacyjny. 360 stopni wizji. Kobieta billboard, messageboard - oklejana żółtymi od słońca samo-przylepcami myśli.
Spojrzałam na swoje ręce. Powinnam była je umyć. Mimo rękawiczek, nadgarstki i tak pokleiły się sokiem. Przeszłam przez trawnik, po schodach do restauracji. Stamtąd do toalety.
W restauracji nadal dominował zapach młodego wina. Wizytówka winnicy. Zapach młodego cabernet.

Wyszłam na taras. Na stoliku pod jednym z okien ustawiono kubki rozmaitego pochodzenia. Tak, jakby ktoś opróżnił półkę kuchennej szafki. Ten jest mój, ten taty a ten w tulipany jest mojej mamy. Grube, fajansowe, szczerbate, porysowane. Używane. Biorąc jeden z nich w dłonie, czułam się częścią tego domu. Przy tacy stał termos z kawą. Raczej do kawy, bo po kilku obiecujących kroplach z małego kraniku wyciekł zapach i pustka. Na miskach winogrona. Jakiego innego poczęstunku można było się tu spodziewać? Słodkie, lepkie kuleczki, napęczniałe sokiem. Łagodne wrześniowe dojrzewanie. Zjadłam kilka. Weszłam z powrotem do restauracji. Na kontuarze baru, na talerzyku poukładano krakersy. Poczęstowałam się jednym uśmiechając się i krzycząc w pustkę po polsku
- Dziękuję.
Gdyby ktoś mnie w tym momencie usłyszał natychmiast padłoby pytanie.
- Oh, where are you from? Is it Russian?
- O, skąd jesteś? Czy to rosyjski?
- From Kansas. No, that’s Polish. – żart powtarzany i wymyślony już dawno. Zawsze przełamujący barierki obcości. – Originally from Poland.
- Z Kansas. Nie, to polski. Pochodzę z Polski.
Po tym zdaniu przychodziło kolejne zdanie.
- Oh, really? It sounded Russian to me. Welcome to the US.
- Thank you.
- How long have you been here? –
i tu następny przyjazny uśmiech, którego szczerości nie da się udać.
- O! Naprawdę? Brzmiało jak rosyjski. Witam w USA.
- Dziękuję.
- Jak długo tu mieszkasz?
- Long enough – to moja gotowa odpowiedź. I prawda.

Wystarczająco długo... I mój uśmiech. Niektórzy z nas przyjezdnych, nietutejszych, skądś, zawieruszonych, wygnanych, lub na własne życzenie proszących o adopcję w tym przeogromnym, prze... kraju nie lubili takich pytań. Po 20 i kilku latach odpowiadania na to samo można było się znudzić. Można też było wiele się nauczyć. Jak odpowiadać w zależności od tego, kto pytał: biały kołnierzyk, czerwona szyja, middle class, professional. Ciekawość, mimo że szczera była najczęściej krótkotrwała. Po tych kilku zdaniach rozmówcy wracali w głąb siebie. Błyskawiczne wycieczki. Kurs geografii świata potrzebny przy tłumaczeniu, gdzie leży Warszawa.
- Oh, I know, I know. Poland. Pope. Polish Pope. – tak odpowiadano, gdy Nasz Papież jeszcze żył. Wcześniej w rozmowach pojawiało się również bardzo trudne słowo
- Solydarnoszcz. – dzielone ostrożnie na sylaby. Szybko tuszowane angielskim – Solidarity.
- Yes, Solidarność – powtarzało się, delektując przy tym wypowiadanym zlepkiem spółgłosek. I znów uśmiech.

Uśmiechy. Uśmiechy.

Przechodząc przez taras spotkałam dziewczynę. Wcześniej widziałam jak ścinała winogrona. Wysoka, śniada z ciemnymi długimi włosami. Diana z „Ani z Zielonego Wzgórza”. Zgrabna, lekko zaokrąglona. W dżinsach, jakiejś kolorowej za dużej koszulce i bandanie przewiązanej nad czołem.
- Hi – uśmiech jej
- Hi – uśmiech mój.
Chociaż? Bardziej przypominała Włoszkę. W ruchach, mimo wysokiego wzrostu, miała coś kociego, łagodnego. Szuka włoskich akcentów? Tu w winnicy na midweście? Czy mówi w domu po włosku? Jeśli jest Włoszką. Weszła do restauracji.

Spojrzałam w lewo tam, gdzie spodziewałam się zobaczyć mojego męża. Rzeczywiście. Akurat przenosił bliżej siebie kilka pustych skrzynek.

Ptaki śpiewały. Zdawało się, że robiły to z zapamiętaniem. Ciągle to samo. Powtarzały już nie poranną a tuż przedpołudniową rozmowę. Wskazówki w szyfrach treli. Jak dolecieć do najsłodszych owoców, jak ominąć przeszkody ruchome i utkwione, ludzi, którzy zbierali owoce na zapas. Ludzie przecież nie rozumieją, że szczęście jest w życiu tu i teraz. Że nie da się, niewiele można zebrać na zapas. Że to złudne. Że jak się zerwie to wystarczy dzień, może trzy i smak umiera. Ale ludzie pojmują życie inaczej, zbieranie pojmują inaczej. Czas. Nasz – ptasi – dzieli się przecież na jasny, z-mroczny i ciemny, zimny i ciepły, głodny i syty. Jest też czas strachu i pośpiechu. Strachu przed ludźmi, przed wrogami, którzy wyszukają gniazda w największym gąszczu. Czas pośpiesznej nauki latania. Uczenia ucieczek. Śpiew uczy się sam. Przychodzi razem ze skrzydłami, z pierwszym piórem. Ludzie zbierali owoce na zapas. Na wino. Na wesela, na święta, na pogrzeby.

Weszłam w rzędy winorośli, przy których dzisiaj nie pracowano. Cień robił się krótszy, wyostrzony, zbity, ciemniejszy. Gdy patrzyło się w górę, liście winorośli przypominały dłonie. Jak w dzieciństwie, czy nawet teraz czasami, oglądanie dłoni pod światło. Badanie ich przezroczystości. Dróżek światła wijących się między palcami, jakby rosły płetwy świetliste. Bezpieczne rękawy światła. Tu dłonie liści były żółte, złote, pomarańczowe, zielone, szmaragdowe z delikatnymi ścieżkami papilarnych żyłek, które początek brały z ziemi. Liściaste dłonie szeptały wiatrem. Chroniły owoce, głaskały je, otulały, uspokajały ciepło, okrywały cieniem. Rzędy winnych pędów. Pnące się pod górę. Wspinające lekko po nachylonym zboczu. Wystawiały się na słońce. Czerpały z niego złoto, żar, światło, zamieniały w słodycz.

Ptaki. Nadal śpiewały. W powietrzu srebrzyło się babie lato. Polskie babie lato. Niteczki pajęczyn jak ulotne srebro. Anielskie włosy unoszone ciepłym wiatrem, który nagle złagodniał, zwolnił. Babie lato, tu Indian summer. Lato babie i indiańskie przechadzały się razem pomiędzy krzewami. Płynęły w powietrzu dwie jesienne alegorie. I nitki wysnute zostawiały za sobą. Srebrne ślady rysików. Widoczne tylko wtedy, gdy patrzyło się pod odpowiednim kątem. Wrześniowa fantazja.

Dom z oddalenia, z miejsca, gdzie stałam wyglądał jak zabawka. Dom dla lalek. Makieta, którą postawiono na próbę, żeby przypatrzeć się jak będzie wyglądał w otoczeniu. Płynął w zieleni i spokoju. Wchodził w niebo bez chmur. Najwyraźniej rysowały się jego okna. Błękitem przesyconym. Jakby ktoś użył za dużo farbki. Przesadzona barwa, jak na amerykańskich filmach – myślałam. Romansach, westernach, gdy pokazywano niebo made in USA. Zawsze, dopóki go nie zobaczyłam, było ogromne i tak nierzeczywiste. Błękit, którego wystarczy do końca świata i jeszcze na później zostanie. Nieostrożnie użyty barwnik z nieuwagą i rozrzutnością mówił dużo o tym kraju. O przestrzeni, skali, barwach, rozmachu z jakim toczyło się tu życie.

Chodziłam między równo posadzonymi rzędami. Jakby czekały na znak, na swoją kolejkę w paradzie. Frontenac, Cabernet a teraz może Chablis, Seyval, Chardonnay i pląsy, pompony, oklaski, ukłony.
Tak musiała się czuć Ewa. W raju, w którym mogła się zgubić. Wchodziła w altanki pędów splecionych w miłosnym uścisku. Dotykała poskręcanych pni. Zbierała owoce. Gdyby Ewa miała wybierać między jabłkiem i winnym gronem, co by wybrała? Jak inaczej potoczyłaby się nasza wieczność, gdyby wybrała winne grono. Inne obrazy, inne legendy, symbole, słowa. Nie byłoby liścia figowego. Ewa kusząca Adama w winnicy. Bez węża.

Kiście były piękne. Kuleczki przytulały się do siebie mocno. Nie chciały się rozstać. Gdy się je oddzielało od grona, pojedyncze kuleczki, to im bliżej środka tym bardziej były spłaszczone, jakby śladem poduszki na policzku po długim, głębokim i dobrym śnie.
Chodziłam od granatowych do zielonych rzędów. Przyglądałam się wąsom winorośli. Zakręcone łagodnymi spiralami, z fantazją i eleganckim umiarem. Jaśniejsze, ciemniejsze, miękkie, twardsze. Esyfloresy. Jeśli pozwoliłoby im się rosnąć w nieskończoność, za-esofloresowałyby najbliższy krajobraz, dalszy horyzont a później już tylko cały świat.

Ptaki. Ciągle śpiewały. Zaczęłam przysłuchiwać się melodii. Było w niej coś nieokreślonego, co nagle zwróciło moją uwagę. Cisza. Śpiew. Melodia. Cisza, tak samo długa jak wcześniej. Melodia powtarza się. Cisza. Jak katarynka. Ten sam śpiew. Ta sama melodia, dźwięki. Niemożliwe! ... A jednak.
- You know, it’s simply necesssary. - wyjaśnił mi później Paul. Konieczna obrona przed prawdziwymi ptakami. Mechaniczna ptasia melodia. Odstraszająca inne, żywe, ciekawskie, głodne, w upartych poszukiwaniach świeżej słodyczy. Mechaniczne nie-ptaki odganiały prawdziwe. Raj z mechanicznymi ptakami. Gdzieś tu pewnie był i Oz za kotarą i dyrygował czarami.

To był mój raj. Winnica rozmawiała ze mną. Jeżeli już tu jesteś, posłuchaj. To nic, że je straszą. One i tak przylatują. Wiją gniazda. Na wiosnę. Mają tu dużo miejsca. Potrafią oszukać ludzi. Mają swoje ptasie sposoby. Wracają. Zjadają tyle tylko, by zaspokoić głód. Ty wracaj do wina zbierania. Ciesz się. Musisz je skończyć. Doczekać na wino. Jeszcze trochę. Dojrzewanie powolne, w ciemności, chłodzie, na czas. A teraz zbieraj na zapas. Ile tylko chcesz. Rękoma. Jedz pełnymi garściami. Brama będzie zawsze otwarta.

Doszłam do szczytu najwyższego północnego wzgórza. Stąd widać było nie tylko całą winnicę, dom, altanę, staw, ale i drogi. Główną asfaltową i te piaszczyste pomiędzy polami, cmentarz z małymi stąd tablicami, słońce, miasto w oddali. Było coraz cieplej. Zerwałam kilka kuleczek Frontenac. Z lewej strony zobaczyłam rozkładane krzesło z podnóżkiem. Kusiło. Obok niego ustawiono też kilka pustych skrzynek. Udawały: bawimy się w stolik. Kusił. Rozejrzałam się, czy nie zobaczę kogoś, kto właśnie wstał z krzesła, by przespacerować „uśpione” nogi
- My legs went to sleep you now?
- Mam mrówki w nogach, wiesz?

Nikogo nie było widać. Usiadłam. Zdjęłam kapelusz. Położyłam go na skrzynkach. Natychmiast zainteresowały się nim osy. Ale nie mogąc znaleźć na nim nic, czego nie byłoby w okolicy odleciały znudzone. Sklepienie zamykało się nade mną.

Najpierw pojawił się las. Na wyższym piętrze był świerkowy. Później weszły w niego sosny, dęby, palmy. Na najniższym piętrze rozsiadły się rododendrony i hibiskusy z koralowymi kwiatami wielkości dużych talerzy. Za najgrubszą palmą pokazały się paski. Jak przez żaluzję pocięte w paski światło. Żółto-brązowe, trochę czerni. Paski ruszały się i pomrukiwały. Pomruk przybliżał się i zmienił się w kształt. Był to mój przepiękny, ukochany tygrys. Wyciągnęłam go za ogon zza palmy, żeby lepiej przyjrzeć się paskom, kolorom. Nie protestował, ale wrócił skąd się wyciągnął. Jak na gumce.

Ptaki na gałęziach milczały. Rozglądały się wokoło ptasimi szybkimi, ostrymi ruchami, ale milczały. Korbka. Wystawała z ziemi. Pokręciłam nią, żeby sprawdzić do czego służy. Zaskrzypiała od nie używania. Kręciłam w tę i we wtę. Ptaki zaczęły śpiewać. Przestałam kręcić. Ptaki zamilkły. Kręcik. Trel. Kręcik. Trel. Nie kręcik. Nie trel. Katarynka, nakręcana w obie strony. Film do przodu i wstecz. Szybciej. Wolniej. Cisza, piosenka, znowu milczenie, bo dźwięki wpadały z powrotem do dziobków. Tygrys mruczał zza palmy. Uderzał rytmicznie miękkim ogonem. A na ogonie siedział mały biały ptaszek. Biały wróbel. Jak przyczepiona kokardka, pomponik, świergolek.

Niebo było zielone. Dach z liści, rozczapierzone ramiona palm, najeżone szpilki sosen. Miniaturowe winogronowe słońca kręciły się. Wiatraczki. Padał słodki deszcz. Podniosłam ręce do góry, żeby rozchylić gałęzie. Przy niedużym domu, jak dla lalek bawiły się trzy dziewczynki. Tańczyły. Śpiewały
- Stoi lis koło drogi. Nie ma ręki ani nogi. Kto-się-lisa...
Krzyknęłam
- Tygrys. Tygrys stoi koło drogi. Hej tiger!
Nie słyszały. Zajęte tańcem.

Pod stopami szeleściły liście. Między liśćmi kulały się ogromne kasztany. Jedne opatulone w kolczaste czapeczki, inne okrąglutkie, gładkie. Na nitkach babiego lata na gałęziach drzew kołysały się niebieskie okna. Zza jednego wyszła dziewczynka. W sukience misternie zszytej z seledynowych listków, ze sztywną, szeroką jasno-niebieską kokardą. Miała zielone oczy. Jak dwa duże winogrona. Podeszła i zaczęła głaskać mnie po ramieniu. Na rączkach niebieskie koronkowe rękawiczki.
- Wracaj do siebie. – powiedziała. Tu jeszcze nie mamy dla ciebie miejsca. Tygrys poczeka. Będę go dobrze pilnować. Ja mam dużo czasu. Nigdy nie dorosnę. Tylko pamiętaj, jak znowu przyjdziesz, nie przynoś ze sobą nożyc. Z nożycami cię nie wpuszczą.

Nade mną stała dziewczynka. W seledynowej sukience. Głaskała mnie po ramieniu.
- Madam, madam. Wake up. They said, they need the chair.
- Oh, of course. I’m sorry.

- Proszę pani, proszę pani. Proszę się obudzić. Oni powiedzieli, że potrzebują krzesło.
- Och, oczywiście. Przepraszam.
Uśmiechnęła się do małej. Wstałam. Podniosłam kapelusz z ziemi. Jakimś sposobem zsunął się z improwizacji stolika. Oczywiście. Krzesło było potrzebne. Mnie też było potrzebne. Jeszcze przed chwilą. Szkoda mi było snu. Chciałam się w nim porozglądać. Kim była dziewczynka? Nie zdążyłam o nic zapytać. Skąd mnie znała? Czy mnie znała? Dlaczego mówiła o nożycach?

W oddali, przy domu było coraz więcej ludzi. Zaabsorbowanych. Odświętnych. Białe koszule. Niepraktyczne sukienki. Kapelusze kobiet. Z paczuszkami ozdobionymi ogromnymi kokardami. Dzieci jak stadka płoszonych z miejsca na miejsce kaczek. Małe ciągniki stały już przy stodole.
Mój mąż? Siedział w cieniu na tarasie z kilkoma osobami.
Jakiś nastolatek minął mnie, zabawnie udając, że mnie nie widzi. Byle tylko uniknąć powiedzenia: Hi! Przysłany po krzesło miał je pewnie zanieść w stronę domu.
Schodziłam w dół, przecinając w poprzek rzędy winorośli. Cień wędrował ze mną i co chwilę był inny.
Przy altanie postawiono namioty dla weselnych gości. Instrumenty czekały na muzykę. Na sygnał. Na fanfary. Muzycy siedzieli na rozkładanych krzesłach w cieniu największego drzewa.
Na tarasie siedział mój mąż. Uśmiechnął się na mój widok.
- Here comes the bride – zażartował.
- Oto panna młoda.
Osoby przy stolikurównież się uśmiechnęły.
- Oh, hi, so, that’s your wife. We’ve learned so much about you. Nice to meet you.
- Hello! Nice to meet you too. My name...

- O, cześć, to twoja żona. Wiele już wiemy o pani. Miło poznać.
- Dzień dobry. Mnie również bardzo miło. Mam na imię...

Podałam dłoń wszystkim po kolei. Imię. Powtórzyć. Imię. Powtórzyć. Mnemonics – sztuka zapamiętywania, tworzenie haseł i triki, jakich nas nie uczono, a tu były powszechnie stosowane. Pomagały przypomnieć sobie - nawet po długim czasie - imię osoby, którą widziało się raz w życiu. Na stoliku stało kilka kieliszków i dwie otwarte butelki wina. Wino było smaczne. Wytrawne. Zostawiało lekko słodkawy, gęsty smak. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę na tarasie.
Paul Hahn, który teraz też dołączył do towarzystwa wyglądał inaczej niż rano. Ubrany... Z niedbałą elegancją. Jednak wyglądał na starszego niż wcześniej. Dojrzalej. Tak, w pewnym wieku uczymy się jak unikać słowa: starzej. Podszedł do mnie. Uśmiechnął się.
- Now, I know that I’ve offended you in the morning. – spojrzałam na mojego męża
- What do you mean?
- Nothing. No, I just told him the usual stuff. –
powiedział mój mąż - You know my lecture about cultural differences. Greetings, customs. Z Kolbergiem po kraju – dorzucił szybko po polsku.
- I see. – uśmiechnęłam się podając dłoń Paulowi. – So, let’s start from the beginning. My name is...
Paul cmoknął szarmancko moją dłoń.
- I like this custom. That’s the best one. I’m going to practice it often.
- Teraz już wiem, że obraziłem panią rano.
- Nie rozumiem o czym pan mówi? - spojrzałam na mojego męża
- Nic takiego. Po prostu opowiedziałem mu to co zwykle w takich wypadkach. – powiedział mój mąż - Znasz mój wykład o różnicach kulturowych. Powitania, zwyczaje. Z Kolbergiem po kraju. - dorzucił szybko po polsku.

- Rozumiem. – uśmiechnęłam się podając dłoń Paulowi. – Zacznijmy więc od początku. Mam na imię...
Wiedziałam już, że się zaprzyjaźnimy. Słyszałam to w tonie głosów Paula i mojego męża.

Na stole zostały dwie puste butelki wina.
Goście weselni kręcili się po winnicy, czekając na przyjazd państwa młodych. Stadka dzieci-kaczek płoszyły się z kąta w kąt. Muzycy brzdąkali na swoich instrumentach. DJ, który również miał zabawiać gości, szykował swój sprzęt. Słońce po drabinie godzin schodziło w dół nieba. Powolnym spacerem. Zamyślone. Teraz zaglądało w staw. Spacerowało, jak zamyślony człowiek z założonymi do tyłu rękoma. Już nie cytryna, ale kula pomarańczy.

Odnaleźliśmy samochód na parkingu. Mąż wstawił do bagażnika skrzynkę owoców.
- Winogrona? – udałam zdziwienie.
- Surprise, surprise! A czego się spodziewałaś? Prosiłem o szare renety, ale wyszły.

Wsiedliśmy do samochodu. Moim – niby, bo wszystko jest nasze – samochodem prowadziłam zwykle ja. Było to o tyle praktyczne, że nie trzeba było przestawiać lusterek, siedzeń. Z piaszczystej drogi skręciliśmy w prawo, na główną. Po kilku milach minął nas czarny Rolls-Royce. Pewnie z wypożyczalni. Ciągnęły się za nim przywiązane do tylnego zderzaka puszki.
JUST MARRIED! – krzyczały białe litery na tylnym oknie. – IF YOU ARE HAPPY HONK 3X IF NOT HONK 5X IF YOU DONT CARE DONT
DOPIERO CO PO ŚLUBIE! – krzyczały białe litery na tylnym oknie. – JEŻELI JESTEŚCIE SZCZĘŚLIWI ZATRĄBCIE 3 RAZY JEŻELI NIE ZATRĄBCIE 5 RAZY JEŻELI WAS TO NIE OBCHODZI NIE TRĄBCIE
- Może wrócimy? – rzuciłam.
- Nie. Przecież wiesz, że będzie nudno. To nie nasze wesele.
- Taak. Tylko, wiesz tam się chyba dobrze tańczy. Takie niebo.

Asfaltowy dywanik drogi posłusznie zwijał się w drugą stronę.
- Skręcić w prawo? – spytałam.
- Tak. – uśmiechnął się mój mąż. – Przecież wiesz.
- Wiem. Już wiem. Tak tylko, dla pewności.
Sięgnął do mojej twarzy. Odsunął z niej kosmyk włosów. Założył za ucho. Taki gest, który zapowiadał długi wspólny wieczór.
- Wiesz, opaliłaś się. A przecież to wrzesień. Słońce już łagodne. A jednak. Tak w ogóle, to gdzie się podziewałaś? Leniuszku! Znudziła się praca?
- Nie, nie znudziła się. Byłam zmęczona. Jestem trochę za niska do tych krzewów.
- Każda wymówka jest dobra. – zażartował.
- A wiesz, miałam sen.
- Koniecznie? Może kiedy indziej? – skrót przez myśli, który miał brzmieć:
Czy koniecznie chcesz mi opowiadać? Wiesz, że sny mnie specjalnie nie interesują. Przychodzą i odchodzą niezauważone. Nie ma co się nad nimi zatrzymywać. Może kiedy indziej mi opowiesz?
- Nie, niekoniecznie. – odparłam - Może kiedyś, gdy będziesz chciał posłuchać.
- Mimo zmęczenia, odpoczęłaś? Trochę?
- O, tak.

Wyłączyłam się z tu i teraz. Dojeżdżaliśmy już do miasta. Obiecywałam sobie: zaraz po powrocie spróbuję napisać wiersz. Wtedy to, co przyniosło dzisiaj zostanie na dłużej. Już miałam tytuł: Łagodne, wrześniowe dojrzewanie.
- Och, bym zapomniał. To jest od żony Paula, za pomoc. Nie była pewna rozmiaru.
Pokazał parę rękawiczek ogrodowych. Ich kolor, wygląd mnie zaskoczył. A może nie?
- O, niebieskie. Skąd...
- No właśnie – dokończył moje zdanie. Po tylu wspólnych latach zdarzało się to nam coraz częściej. – Twój kolor.
- Też. Poza tym, to właśnie mam ciekawy przypadek deja vue.
- Żartujesz? Niebieskie rękawiczki?
- Tak, ale... nie chciałeś wysłuchać snu.
© Elżbieta ... jakiś czas temu ...

_________________
przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
ˆ E

 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane » Elżbieta » Niezrozumiała część pewnego wiersza i co z tego wynikło


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo