zaczekam konwalią w majowym uśpieniu
haftując miesiące w nieznany gobelin
przesunę wskazówki po skórze w półcieniu
dotykiem łodygi wygładzę nasz kielich
ułożę posłanie z ozdobnych kamyków
co z godzin tygodni uplotły pragnienie
do końca spragniona pod spazmem okrzyku
zabiorę nagrodę chowając się w ciebie
doczekam jaśminem zapachem zmieszanym
z jasnością pioruna po burzach oddania
powoli ostrożnie napełnię nam dzbany
sklejone słowami - a ty się nie wzbraniaj
poczekam lawiną niechcianej jasności
co poznać się dała ulotnej godzinie
pomału ostrożnie w bezwstydnej nagości
jak widz i jak aktor cierpiący niewinnie
przeczekam roztopy otwarte wilgocią
chwytając nozdrzami parzące powietrze
przygasnę na moment już o nic nie prosząc
otulę nas sobą w nadziei na jeszcze
przeczekam roztopy otwarte wilgocią
chwytając nozdrzami parzące powietrze
przygasnę na moment już o nic nie prosząc
otulę nas sobą w nadziei na jeszcze
tym na pozór alogicznym zakończeniem ujęłaś mnie najbardziej