Nieliczne latarnie smętnie rozpraszały mrok, gdy nagle pojawił się na rogu tej zapomnianej przez Boga ulicy, w zbyt obszernym palcie i staroświeckim kapeluszu, niedbale sterczącym na czubku głowy.Sylwetka zdradzała człowieka już niemłodego, ale dopiero cień na murze wyolbrzymił kanciasta niedołężność starca.
Przystanął. Na wschodzie niebo robiło się amarantowe, lecz wokół nadal królowała noc.
W oddali niewyraźnie majaczyły światła wielkiego miasta.
Stał spokojnie i patrzył,dopóki brzask nie przełamał mroku.
Pogasły już wszystkie latarnie, gdy wolno ruszył w dół, do centrum.
Kontury mijanych domów wyostrzyły się,jedynie w przepastnych jamach starych podwórek królowała ciemność.
Poranek budził się zimny i mglisty.Stary szedł teraz żwawiej. Lewa noga była jakby krótsza. Masywny but o grubej podeszwie stukał o bruk na kilka sposobów.
Nieliczni zaspani przechodnie obojętnie omiatali wzrokiem tą nieco pokraczną postać.
Bez namysłu,klucząc, krętymi uliczkami starego miasta,z trudem dokuśtykał do stacji kolejowej.
Tam zatrzymał się na dobre... i... patrzył.
- Pociągi przyjeżdżały i odjeżdżały.
Najwięcej było tych z robotnikami.
Drzwi otwierały się i zamykały z łoskotem, wypluwając ludzi,
o zmiętych twarzach, w beretach i chustkach, pędzących ku swemu przeznaczeniu.
Centrum buchnęło życiem, podobnie jak rozwścieczone nagle tramwaje i ryczące klaksonami samochody. Niezliczone tłumy przewalały się przez i tak zatłoczone już ulice.
Potrącany i poszturchiwany przez napływającą cyklicznie ludzką falę, w końcu pozwolił się ponieść ludzkiemu nurtowi, nim ten nie wyrzucił go jak niepotrzebny ochłap, ze swego wnętrza...
Poranne słońce obnażyło całą groteskowośc postaci, niezdrową smukłośc twarzy i wyblakłe oczy.
Powoli, nie spiesząc się, ruszył w droge powrotną, na przedmieścia.
Dziwak. Uparcie, dzień po dniu, przemierzał drogę taką ...jak przed wypadkiem.
Tylko to się nie zmieniło.