Nie wydaje mi się, aby te dwa zdarzenia łączyła jakaś szczególna więź. To, że oba przytrafiły się mnie i zaszły kolejno w czasie dwu ostatnich dni czerwca, ma jedynie ograniczone znaczenie. Ponadto same zdarzenia nie są bynajmniej niczym nadzwyczajnym; ot dwie mało efektowne czy też dość błahe scenki. A jednak nie mogę pozbyć się myśli, że mimo wszystko łączy je coś osobliwego i trudnego do nazwania.
Dwudziestego dziewiątego czerwca była niedziela. W niedzielę zazwyczaj nie wychodzę z domu. Nie jest to może niezłomna zasada wykluczająca jakiekolwiek odstępstwo od uświęconego zwyczaju, niemniej wystarczająco wyraźna norma, od dłuższego czasu porządkująca moje życie osobiste. Utrwaliła się trochę niezależnie od mojej woli, podczas długiego procesu, podejmowanego na wpół świadomie w oparciu o metodę prób i błędów i dziś, jak się zdaje, jest obyczajem najlepiej godzącym mnie z nie do końca przyjaznym otoczeniem. Niezobowiązująca i antropocentryczna niezawisłość domowego zacisza, że tak to uczenie ujmę, w przeciwieństwie do prawomyślnie zorientowanej, odświętnej atmosfery niedzielnego dnia na ulicach, lepiej służy mojemu samopoczuciu. Ale w tę ostatnią niedzielę czerwca wyszedłem z domu. Skłoniła mnie do tego konieczność wysłania z jakiejś czynnej poczty dość pilnego listu. W gruncie rzeczy w rachubę wchodziła dyżurująca w dni świąteczne poczta przy Dworcu Głównym, bądź też druga, znajdująca się w Rynku. Poczta dworcowa do niedawna jeszcze pozostawała w remoncie i nie miałem pewności, że już funkcjonuje, mimo to udałem się prosto na dworzec, ponieważ chciałem przy okazji zerknąć na rozkład jazdy pociągów, jako że czekała mnie w najbliższych dniach krótka podróż, wiążąca się właśnie z wysyłanym listem. Droga na dworzec okazała się podwójnie korzystna, bowiem prócz zaspokojonej ciekawości co do kursu pociągów w interesującym mnie kierunku, udało mi się również nadać swój list na odnowionej poczcie, jaśniejącej wszystkimi odcieniami bieli, szmaragdu i atramentu.
Jeśli już przymuszony okolicznościami wyszedłem w niedzielę do miasta, po wysłaniu listu postanowiłem nie wracać natychmiast do domu. Nie miałem na widoku jakichś nie cierpiących zwłoki, naglących zajęć. Niedziela jest bądź co bądź dniem świątecznym, wolnym od pracy. Do spaceru zachęciła mnie ponadto piękna słoneczna pogoda. Skierowałem się w stronę Rynku. Lubię tamte ulice, place, dobrze znane mi miejsca, i związane z nimi wspomnienia. Te, nie są zresztą wspomnieniami świeżymi czy nawet sprzed kilku lat, są jeszcze odleglejsze, sięgają bowiem moich czasów studenckich. Jeśli miałbym je tu jakoś przybliżyć – ponieważ tego tematu w niniejszych zapiskach już więcej nie poruszę – to powiedziałbym krótko, że dotyczą pewnej dotąd nie zapomnianej uczennicy z tamtego czasu i tamtejszego liceum przy obecnym Placu Dominikańskim...
Dziś nie sposób nie dostrzec, że przez minione lata rozległy Rynek wraz z zabytkowymi kamieniczkami i gotyckim Ratuszem pośrodku, jak i zalane słońcem dookolne uliczki jeszcze bardziej wypiękniały. Zmieniło się też wiele w charakterze tego miejsca. W tamtych latach, kiedy byłem studentem, przez Rynek przejeżdżały tramwaje. Już od dawna tamtędy nie jeżdżą. Ale nie o tym chciałem mówić. Wraz z upływającym czasem zmiany nabierały tempa i szczególnie w ostatnim roku wydarzyło się wiele, kiedy miasto zmieniając oblicze stroiło się w najkosztowniejsze szaty, by w ten sposób godnie przyjąć, a następnie blisko tydzień gościć uczestników absolutnie specjalnego kongresu, mianowicie Eucharystycznego, który już na zakończenie miała zwieńczyć wizyta samego papieża, i od którego nazwę wzięła potem jedna z pryncypalnych ulic miasta.
Idąc od dworca, do Rynku dotarłem ulicami: św. Wojciecha, św. Jadwigi, Kongresu Eucharystycznego, nie omijając przy tym Placu Zbawiciela, Placu Trzech Króli i Zaułka św. Franciszka, patrona ekologów. Wszystko to są nowe nazwy dobrze znanych starych ulic i placów, których dawnych imion nie warto już sobie przypominać.
Nie byłem w Rynku od dłuższego czasu, więc natychmiast rzuciło mi się w oczy, że po stronie Sukiennic wyrosła jakby spod ziemi prostokątna, stylizowana fontanna. Unikając form kolistych nawiązywała, jak się zdaje, do szerokiego planu architektonicznego Sukiennic. W swym obrębie gęsto naszpikowana pionowymi płaszczyznami w postaci tafli z przezroczystego materiału, być może pleksiglasu, przypominała o nowoczesności. Jasny dzień sprawiał, że pod skrzącymi się wesoło promieniami słońca, w srebrzystej chmurze rozpylonego deszczu, wytwarzanego przez baterię wodotrysków, rozsnuwała się wokół iście bajeczna tęcza.
Poczta w Rynku tego dnia również urzędowała, ale to mnie już nie interesowało.
Przystanąłem na rogu Sukiennic, tym z widokiem na ulicę Św. Mikołaja, chcąc przez chwilę wznieść oczy i popatrzeć na imponującą wieżę zabytkowego Kościoła Garnizonowego. Odrestaurowano go stosunkowo niedawno, po dotkliwym pożarze sprzed dwudziestu laty.
Z Rynku wszedłem w ulicę Świdnicką. Chciałem przejść koło tamtejszych księgarń. Nęcą mnie wszystkie tego typu miejsca i mam zwyczaj choćby spojrzeć na witrynę każdej nadarzającej się księgarni. Ten mało pożyteczny obyczaj pozostał mi jeszcze z tamtego dość pomyślnego okresu w moim życiu, kiedy cieszyłem się jakim takim szacunkiem u ludzi. Ostatecznie straciłem go mniej więcej w tym samym czasie, w którym rozwiodła się ze mną żona. Było to przed kilkoma laty. Od samego początku małżeństwo nie było udane, chociaż, zachowując obyczaj i nie gwałcąc zasady wolnego wyboru, zawarte zostało w przytomności świadków oraz przede wszystkim samych zainteresowanych, i stosownie do powyższego uprawomocnione odpowiednim aktem. Żona miała na imię Jadwiga, ale zwykle zwracałem się do niej Jaga. Niekiedy Jadzia albo Jadźka. Jeszcze w okresie narzeczeństwa ofiarowała mi swoją czarno-białą fotografię. Na odwrocie napisała:
Na pamiątkę
dozgonnej miłości
Longinowi – Jaćka
Cóż poradzić. Śmierć nie wybiera. Dozgonna miłość umarła przed czasem. Zresztą ja o niej też już dawno zapomniałem. Nie przywiązywała wagi do ortografii i była nieprzejednaną fanką rytmów marszowych. Dobrze, że nie mieliśmy dzieci, bo z pewnością nawet córkę wychowałaby na żołnierza. Kiedyś, a było to parę miesięcy po naszym rozwodzie, spotkałem w mieście jedną z jej dobrych przyjaciółek. Zapytałem ją wprost, czy nie wie czasem, dlaczego się Jadźka ze mną rozwiodła. Rozejrzała się na boki, jakby sprawdzając, czy przypadkiem nie ma w pobliżu kogoś ze znajomych, i z niejakim namysłem odrzekła: „Jak by to powiedzieć? Skarżyła mi się kiedyś w kasynie na ciebie. To było jeszcze przed waszym rozwodem. Miała wtedy jakieś pretensje, że nie dbasz o dom i w ogóle, kiedy w żyrandolu przepali się żarówka, to trzeba wzywać elektryka, bo nie chce ci się wejść na taboret. Tak mówiła. Nie trzymają mi się głowy cudze sprawy i kłopoty, co mnie to zresztą może obchodzić, ale na wszelki wypadek zapisałam sobie gdzieś na kartce, co wtedy mówiła.” I po chwili wygrzebała z czarnej lśniącej torebki przewieszonej przez ramię, złożony na czworo, mocno wytarty mały karteluszek. Po czym rozwinęła i podała mi do przeczytania:
nie wyprowadzał Nadira
nie sprzątał mieszkania
nic tylko
czytał książki
był agresywny
że bałam się z nim spać
„A tak między nami mówiąc – podjęła zniżając głos na znak, że dzieli się ze mną swoją poufną wiadomością, gdy z wolna składałem na czworo przydatny karteluszek, zamierzając go tym samym zwrócić mojej rozmówczyni – przewróciło się jej w głowie, odkąd poszła pracować do sztabu”.
Gdy wyłoniłem się z przejścia podziemnego na ulicy Świdnickiej, przy Księgarni Dolnośląskiej dostrzegłem z oddali gęsty tłum ludzi zdających się formować długą kolejkę. Zaintrygowało mnie to dość mocno, bowiem już od dawna odzwyczailiśmy się wszyscy od podobnych obrazków. Podchodząc bliżej zorientowałem się, że osobliwa kolejka ustawiła się do otwartej właśnie księgarni, co zresztą nie rozproszyło mojego zdziwienia. I wciąż zadawałem sobie pytanie, skąd dziś u licha taka nadzwyczajna kolejka?
Jednocześnie nie uszło mojej uwadze, że jakkolwiek z mojej skróconej perspektywy trudno byłoby z całą mocą orzec, że sążnista kolejka powoli przesuwa się do przodu, to jednak stojący w niej ludzie musieli być obsługiwani, bowiem ze środka czynnej księgarni raz po raz wyłaniały się z wolna pojedyncze osoby. W pewnej chwili, gdy już się zbliżyłem do szeroko rozpostartych drzwi, wyszła z księgarni młoda dziewczyna, trzymając w ręku świeżo zakupioną książkę. Wówczas nie myślałem o tym, jednak dziś, kilka dni po zdarzeniu, przypuszczam, że mogła mieć najwyżej dwadzieścia dwa, może trzy lata. Przystanąłem, i ją pierwszą ośmieliłem się zaczepić, by tym samym zapytać:
- Przepraszam panią, za czym ta kolejka?
- Szymborska jest właśnie... – odpowiedziała dziewczyna.
Stałem jak wryty i w dalszym ciągu nie rozumiałem całej sytuacji. To sprawiło, że dziewczyna również jakby znieruchomiała i nie próbowała postąpić choćby jeden krok naprzód. Jakbym ją przykuł swym wzrokiem do miejsca. Patrzyłem na nią niezaspokojony w swojej ciekawości i wciąż jakby oczekując prawdziwego wyjaśnienia. Musiałem mieć przy tym dość niemądry wyraz twarzy, bo dziewczyna w końcu zapytała z niedowierzaniem:
- Co, nie wie pan, kto to jest?
- Nie, no, wiem – wyjąkałem niepewnie – ale żeby za książką...
I w tym samym momencie, gdy wypowiedziałem te słowa, doznałem olśnienia i prawie wykrzyknąłem:
- Ach rozumiem, Szymborska jest w księgarni osobiście...
- No, przecież mówiłam to panu od razu – odrzekła dziewczyna śmiejąc się, i ruszyła w swoją stronę.
Nie ustawiłem się w kolejce do pani Szymborskiej i spod Księgarni Dolnośląskiej udałem się w kierunku domu. Jak na dzień niedzielny, to i tak dużo pochodziłem i zdziałałem.
Drugie zdarzenie miało miejsce następnego dnia, w poniedziałek. Włożyłem do kieszeni trochę większą sumę pieniędzy i zaraz po dziesiątej pojechałem tramwajem na Starówkę. Majaczyła mi wciąż w głowie Księgarnia Dolnośląska. Nie spodziewałem się tam zastać Wisławy Szymborskiej, niemniej jednak kusiło mnie, by zobaczyć na miejscu jakieś świeże ślady po wizycie poetki z poprzedniego dnia.
Istotnie. W księgarni spostrzegłem, obok Lektur nadobowiązkowych, bardzo pięknie wydane dwujęzyczne wybory jej poezji, przygotowane w trzech różnych zestawach. W każdym z tych trzech wyborów po jednej stronie książki oryginalna wersja polska wierszy, a z drugiej angielska, niemiecka bądź francuska. Odpowiednio do tego jeden z wyborów nosił tytuły: Nic dwa razy - Nothing Twice, drugi: Sto wierszy – Sto pociech - Hundert Gedichte – Hundert Freuden, wreszcie trzeci: O śmierci bez przesady - De la mort sans exagerer. Obejrzałem każdy z nich i kupiłem Nothing Twice czyli Nic dwa razy. (Nie zdołałem dzień wcześniej dostrzec, który z trzech dwujęzycznych wyborów kupiła tamta młoda dziewczyna, prawdopodobnie studentka i, korzystając z obecności poetki, ozdobiła swój egzemplarz jej bezcennym autografem).
Opuściłem księgarnię i skierowałem się w stronę rzeki. Nic mnie nie goniło (mój dzień pracy miał się rozpocząć dopiero wieczorem i skończyć późno w nocy), więc na nadbrzeżnym Kamiennym Bulwarze, ciągnącym się wzdłuż rzeki, chciałem usiąść na jakiejś ławce i spokojnie przejrzeć dopiero co nabytą książkę. Tym bardziej, że od rana był piękny słoneczny dzień. Wiersze Szymborskiej w większości oczywiście znałem z różnych wcześniejszych wydań. W swojej domowej bibliotece miałem już przynajmniej jeden obszerny wybór jej poezji. Nie pierwszy raz też się zdarzyło, że swoim nowym zakupem zdublowałem posiadaną już książkę. Przynajmniej w sensie nagiej treści. Bo liczy się również szata graficzna poszczególnych wydań. Rozumie to doskonale każdy bibliofil. Gdybym kiedyś zadał sobie trud i spróbował zebrać w jednym miejscu wszystkie swoje zdublowane książki, to podejrzewam, z odrobiną niepokoju, że wyrósłby z tego wcale pokaźny stos. Ktoś mógłby powiedzieć: Tylko wziąć i podpalić! Zwłaszcza że niektóre tomy byłyby dublowane parokrotnie. A więc w jakimś sensie nieprzydatne i tylko niepotrzebnie zajmujące miejsce. Moich bezimiennych przyjaciół chcę tą drogą uspokoić, że u podstaw mojej chorobliwej rozrzutności nie leży jednak przykra, niebezpieczna amnezja. Przynajmniej na razie. Ale z drugiej strony wiem, że wszystko jeszcze przede mną, jak chodzi szczególnie o rzeczy przykre...
Chociaż półki z książkami przesłaniają do ostatka ściany mojego pokoju (ktoś z moich znajomych wyraził się, że przynajmniej nie widać, że są brudne), a część regałów przegradza pokój, podobnie jak to ma miejsce w pomieszczeniach bibliotecznych, pamiętam niemal o każdej z nich. I jeśli ciągle mi się zdarza, że jakąś, która mi się szczególnie podoba, dubluję w kolejnych jej wydaniach, to raczej dlatego, że nie potrafię przejść obojętnie obok coraz atrakcyjniejszych pod względem edytorskim wznowień, jak również ulegam niekiedy jeszcze daremnemu złudzeniu, że spotkam kiedyś kogoś, komu się one na coś przydadzą.
Na ulicy Grodzkiej podeszła nagle do mnie jakaś młoda dziewczyna. Nie była sama. Szła z naprzeciwka ze starszą od siebie osobą. Była to kobieta. Zanim dziewczyna zbliżyła się do mnie, najpierw przyspieszając kroku oderwała się od towarzyszącej jej kobiety, zostawiając ją kilka kroków z tyłu. Kiedy już stanęła koło mnie całkiem blisko (kobieta tymczasem przystanęła trochę dalej z boku), z ujmującą grzecznością zapytała:
- Bardzo przepraszam, czy mógłby mnie pan poinformować, jak dojść do gmachu Filologii Polskiej?
(Dopiero później uświadomiłem sobie w pełni, że tamto jej wybiegnięcie naprzeciw, zanim przystanęła przede mną i zapytała o drogę, było wyrazem uprzejmego szacunku, który na wpół świadomie pragnęła w tym geście okazać zaczepianemu na ulicy przechodniowi, jakim całkiem przypadkowo przytrafiłem się akurat ja).
Naturalnie wskazałem natychmiast kierunek, nie było najmniejszego kłopotu, droga była prosta. Gdy dziewczyna z tą samą zniewalającą uprzejmością dziękowała za pokazanie drogi, do podziękowań dołączyła się również stojąca obok kobieta. Podziękowania tak tej starszej, jak i młodszej były nad wyraz miłe, choć jednocześnie jakby nieco przesadne w stosunku do wyświadczonej uprzejmości z mojej strony.
Kiedy już poszły we wskazanym kierunku, miałem czas, by spróbować lepiej zrozumieć niewiele skądinąd znaczące zdarzenie. No tak – zacząłem roztrząsać w myślach – jest właśnie sam koniec czerwca, jutro już lipiec. Pora zatem egzaminów na wyższe uczelnie. Ta bardzo młoda dziewczyna – to tegoroczna maturzystka. Towarzysząca jej kobieta – to jej matka. Obie przyjechały ani chybi z prowincji. Świadczyła o tym nieznajomość miasta i to jakieś jakby zagubienie i niełatwa do nazwania niepewność tych ludzi, oraz ich uprzedzająca grzeczność i może odrobinę nadmierna uprzejmość. Skromna, dyskretnie towarzysząca i troszcząca się matka będzie teraz swojej rozgorączkowanej córce dodawać otuchy w czasie egzaminacyjnych zmagań...
Szedłem przed siebie a myśli same cisnęły się do głowy, że ja kiedyś również przybyłem z głębokiej prowincji do tego właśnie miasta na podobne egzaminy. Moja matka też, na ile mogła i pozwoliły jej obowiązki, towarzyszyła mi kawałek w podróży do metropolii. Odprowadziła mnie aż do stacji w N., gdzie uczęszczałem do liceum i zdałem właśnie maturę. Mój Boże! A ile potem w ciągu tych lat, które miały nadejść, było nadziei, rozczarowań, klęsk... Ale dajmy temu spokój. Zgodnie z porządkiem rzeczy, przyszłość należy do młodych. I niech tak zostanie.
Natomiast, czy dwa odrębne zdarzenia, które co dopiero opisałem, choć tak blisko sąsiadujące ze sobą w czasie, że nieomal bliźniacze, rzeczywiście łączy coś szczególnego?
Natomiast, czy dwa odrębne zdarzenia, które co dopiero opisałem, choć tak blisko sąsiadujące ze sobą w czasie, że nieomal bliźniacze, rzeczywiście łączy coś szczególnego?
Niech czytelnik sam osądzi.
Wszystko się łączy i mija - jak spirala zdarzeń, jak tu i teraz połączone z minionym.
Wybacz babską nostalgię... Twoje opowiadanie jak wydarte z moich wspomnień, tęsknot i powrotów. Wierzę w te słowa, a dla mnie to podstawa przekazywanych treści.
Wrocławska polonistyka - Alma Mater i moje durne osiemnaście lat przywiezione z prowincji.
Aleś mnie trzasnął wieczorną porą...
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty
Możesz mi to rozszyfrować: św. Wojciecha, św. Jadwigi, Kongresu Eucharystycznego, nie omijając przy tym Placu Zbawiciela, Placu Trzech Króli i Zaułka św. Franciszka.
Dawniej to jak?
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty
Może jeszcze dodam, że ja w przeciwieństwie do Ciebie studiowałem na wydziale Matematyczno-Fizyczno-Chemicznym. Ale przecież na tym samym Uniwersytecie Wrocławskim...
Jeśli chodzi o nazwy ulic, które pojawiają się w opowiadaniu, to wybacz Elu, ale powymyślałem je. Po prostu nie było i nie ma we Wrocławiu ulic o takich nazwach. Przy innej okazji możemy ewentualnie poustalać odpowiedniki...
Dołączyła: 22 Cze 2008 Posty: 14516 Skąd: Gliwice / obecnie Göteborg
Wysłany: 2009-11-12, 22:39
wciągnąłeś i mnie w zakamarki swojej opowieści..............
niemal zobaczyłam to wszystko na własne oczy ....
muszę się kiedyś wybrać do tego magicznego Wrocławia ....
Po macoszemu tylko tranzytem ledwie liznąwszy kraj lub brzeg go mijam bardzo rzadko zresztą ... ale ...apetyt nieustannie rośnie ...
w końcu nie oprę się już mu chyba .....
Twoje pisanie ...lekkie.. zgrabne.. zaciekawiające ... nie sposób zignorować gdy jak wir wciąga..... Fajnie sie czyta...
_________________ wieczność przed nami i wieczność za nami
a dla nas ... chwila - między wiecznościami
A z tym traktowaniem po macoszemu magicznego Wrocławia to poważne uchybienie, że pozwolę sobie tak Cię napomnieć czy wręcz zganić (miejsce na uśmiech).
Waldku ciekawe opowiadanie.
Pierwsza część o Jaćce zabawna, ironiczna.
Spokojnie poprowadzona narracja, ładna, dopracowana. Wędrówka przez miejsca i przeżycia, odczucia.
Oba zdarzenia łączy ta sama książka, a przeszłość bohatera/narratora splata się w momencie przypadkowego spotkania z przyszłością młodej dziewczyny. Tak zrozumiałam Zdarzenia łączy książka, zamiłowanie do książek, tu akurat poezji.
Przy drugim spotkaniu bohater/narrator niesie kupiony tomik Szymborskiej. Może dziewczyna pytająca o adres zauważyła książkę i dlatego zatrzymała właśnie narratora?
Teraz ... trochę pomarudzę, nie gniewaj się, dobrze?
W poniższym fragmencie:
Cytat:
Na ulicy Grodzkiej podeszła nagle do mnie jakaś młoda dziewczyna. Nie była sama. Szła z naprzeciwka ze starszą od siebie osobą. Była to kobieta. Zanim dziewczyna zbliżyła się do mnie, najpierw przyspieszając kroku oderwała się od towarzyszącej jej kobiety, zostawiając ją kilka kroków z tyłu. Kiedy już stanęła koło mnie całkiem blisko (kobieta tymczasem przystanęła trochę dalej z boku), z ujmującą grzecznością zapytała:
gdyby tak:
Na ulicy Grodzkiej podeszła nagle do mnie jakaś młoda dziewczyna. Nie była sama. Szła z naprzeciwka ze starszą od siebie kobietą. Zanim dziewczyna zbliżyła się do mnie, najpierw przyspieszając kroku, oderwała się od towarzyszącej jej kobiety, zostawiając ją nieco z tyłu.
i tu:
Cytat:
jakim całkiem przypadkowo zdarzyłem się akurat ja
jakim całkiem przypadkowo byłem akurat ja?
i ostatnie zdanie:
Cytat:
i to jakieś jakby zagubienie i niełatwa do nazwania niepewność tych ludzi,
i to jakby ich zagubienie i niełatwa do nazwania niepewność ?
To tylko sugestie
A tu ciekawe stwierdzenie:
Cytat:
Zwłaszcza że niektóre tomy byłyby dublowane parokrotnie.
tak to jest z osobami, które kochają książki serdeczności
E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Z dużą uwagą, starannością i pietyzmem opisałaś i scharakteryzowałaś moje opowiadanie, za co jestem Ci wdzięczny. Również ładnie i trafnie odpowiedziałaś na pytanie postawione przez narratora i skierowane do czytelnika. To dla mnie dodatkowa gratka.
A teraz to, co z gruntu trudniejsze. Mianowicie uwagi i sugestie czytelnika (w tym przypadku Twoje). Nie będę taił, że mam z tym zawsze największy problem. Nie żebym uważał, że wszystko, co napiszę, jest już tak doskonałe, że nie da się poprawić nawet jednej litery. Natomiast boję się zwykle jednej rzeczy. Trochę znam manię czytelników-autorów (dobrze wiesz, że ci tzw. czytelnicy internetowych portali są zarazem autorami, inaczej mówiąc sami też piszą), więc znam ich manię do poprawiania cudzych tekstów. Bronię się przed tym jak diabeł przed święconą wodą z tego powodu, że zdaję sobie sprawę, że jeśli puszczę na żywioł i pozwolę poprawiaczom poprawiać, to będą mieli zajęcie do skończenia świata, ponieważ ilu poprawiaczy, tyle różnych wizji. Obserwuje się to zwłaszcza w dziale poezji. Autor nigdy, czy prawie nigdy nie ma poczucia, że to, co stworzył jest skończone i zrobione raz na zawsze, gdyż niczym zła mara czeka w kątku malkontent, poprawiacz gotów do swojej mrówczej pracy.
Ponieważ nie mam cienia wątpliwości, że Ty, podobnie jak inne osoby z tego portalu (w szczególności Pani Elżbieta Borkowska oraz Pan Marek Piechocki), jesteście mi przychylni i życzliwi, dlatego stwarzam precedens i wprowadzę do tekstu zmiany, które jak najbardziej trafnie zasugerowałaś. Również na przyszłość możesz śmiało sygnalizować mi wszystkie potknięcia i usterki, które dostrzeżesz. Te same szerokie kompetencje stanowię niniejszym dla Pani Elżbiety Borkowskiej oraz Pana Marka Piechockiego, znakomitych Autorów, których darzę najwyższym szacunkiem.
Przepraszam Elu za taki mój stosunek do całej sprawy. Podobnie o Tobie myślę z należnym, najwyższym szacunkiem jako o człowieku i świetnej, znakomitej Autorce, i proszę o wybaczenie.
... zdaję sobie sprawę, że jeśli puszczę na żywioł i pozwolę poprawiaczom poprawiać, to będą mieli zajęcie do skończenia świata, ponieważ ilu poprawiaczy, tyle różnych wizji. Obserwuje się to zwłaszcza w dziale poezji. Autor nigdy, czy prawie nigdy nie ma poczucia, że to, co stworzył jest skończone i zrobione raz na zawsze, gdyż niczym zła mara czeka w kątku malkontent, poprawiacz gotów do swojej mrówczej pracy.
... dlatego stwarzam precedens i wprowadzę do tekstu zmiany, które jak najbardziej trafnie zasugerowałaś. Również na przyszłość możesz śmiało sygnalizować mi wszystkie potknięcia i usterki, które dostrzeżesz.
...Przepraszam Elu za taki mój stosunek do całej sprawy.
Waldku, zarumieniłeś mnie
Ja jedynie zasugerowałam, co można troszkę zmienić, bo akurat te fragmenty lekko mi zazgrzytały w opowiadaniu, które mi się podoba. Tylko tyle.
Kilka luźnych uwag o kwestiach poruszonych przez Ciebie:
Z natury nie jestem "poprawiaczką". Czasem jedynie z dobrego serca - albo w pośpiechu, jak to było z tym językiem i głową? - podpowiem, zaproponuję, czasem chlapnę i przeproszę, czasem bronię swego zdania jak urodzona lwica
Uważam, podobnie jak Ty, że Autor ma całkowite prawo do takiej formy utworu, jaką uznał za stosowną. Ale zgodzisz się pewnie, że czytelnik ma swoje prawo do odbioru, krytyki, w ramach dobrego smaku.
Forma forum pozwala na przyjazne - czasem niestety nieprzyjazne, itp - komentowanie, czy odpowiedzi na komentarz. I to jest siła internetu, forów, wirtualnych klubów dyskusyjnych Publikując na portalach internetowych, świadomie - mówię tu o sobie - pozwalam wszystkim na demokratyczne (cokolwiek to znaczy) ocenianie moich utworów.
Nie przepraszaj za swoje podejście do sprawy, nie ma za co. To jest Twój punkt widzenia i szanuję Twoje zdanie.
serdeczności
E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E