Chodź, chodź Wiera! – woła mały dzieciak o policzkach wampira.
Wszystko naokoło spokojnie rosło: domki staruszków puchły od zapachu kamfory i ciasta, huśtawki skakały od maleńkich chłopców, którzy chcieli niebieskim paluszkiem dotknąć samolotu, herbaciarnie roiły się od młodych poetów buchających dymem a kurhan szumiał cicho od miriad nasionek mleczy. I nagle ten mały człowiek, który siedział pod stołem na poddaszu starł to jednym, górzystym spojrzeniem…ktoś zza ściany krzyknął, gołąbek obił się o mydlane okienko, szałas pod zwiędłą sosną opadł.
-Jonaszku,…dlaczego znów to zrobiłeś? – chudziutka, refleksowa jak banieczka babuszka z fioletową kokardą na szyi wtoczyła się do cichego pokoju. Z kieszonki na biodrze wypadły jej starutkie, pachnące ryżem pierścionki. Hałas się stał i nagle piękny chłopiec odkrył stół. Wyszedł spod niego naturalnie jak kiełek z mokrej ziemi. Miał na czole harcerską czapkę i zeschłą słomę przy piersi…ołówki, tabakierki, tasiemki i czerwona kredka wyturlały się spod stolnej maty.
- babusiu…to tylko wojak w ruchu się zatarł.
- jak długo będziesz malował kolejny? – uśmiechnął się tylko z niezauważalną, smaczną ironią i wyszedł do zgubionego świata.
*
-wystawiają tu niedługo Twoją Klawiszkę…widzisz? Przywieźli kurtynę. A tam będzie stać posadzona przeze mnie topola…boję się, że pochyła jak dom z Twojego atramentu będzie,…ale to tylko lekka nieufność – szepcze mu na ucho siedemnastoletni Jezus.
Gromadka szkarłatnych robotników okalała niski pieniek, na którym postawiono żelazną kratownicę z ogniem.
- czy oni nigdy nie wyjdą z kręgu ogniska? – pyta, jak co noc.
- szaty już rozdarli, pozostały im nagie płomienie i ordynarne gry w kości – odpowiada delikatnie jak chylące się drzewo Jezus. Na ramieniu siada mu miękko myszołów. Sztukarz znów nie może się nadziwić…góry mruczą groźnie i kotłują się w kojącym mroku.
- chciałbyś, żebym był muzykiem, prawda? – Myszołów powoli wzbija się jak metaliczna winda w górę z Jezusem w szponach. Bez słowa i dźwięku. Robotnicy rzucają kości poza krąg płomienia…szelest kryje Sztukarz.
*
-Proszę o kwintę światła! Pani tak dostojnie wygląda! Kolczyki krzemienne! A może Pan? Pan ma piękną, gotycką brodę! Czyż nie za dużo już kropel w słońcu do niej wpadło? Podzieliłby się pan kapkę! O! Poczekaj Mały Jaśku! Masz takie piękne policzki…jabłuszka lśniącą skórkę może masz w kieszonce? A jak dziurawa to ja zaszyję! Potrafię! Kotek…kotku zgubiłeś damę jakąś w bladych lokach? Tyle wstążek z jedwabiu w posiwiałych uszach. Ach…dziewczynko, co szukasz aniołka…
[westchnął smutno, siada z łzawym wzrokiem na kawałku parapetu wystawy piłek]
w rękę bierze kawałek porzuconego szkiełka i patrzy przez nie na tłum]
-gdyby tak to szkiełko pomalować duszką jaką zwiewną, kaleką, co w rączce maskę trzyma..
śniłem, że mam serce dobre obok i mogę je ciągać i kręcić. Kruki moje filmowe…chodźcie.
[kruki chmarą zlatują na ziemię, siadają mu na ciele. Rzucają mu pod nogi czarne krążki]
-tylko tyle…znów tylko tyle.
*
Zagnębiona kresko błogiej ziemi…czy nie pójdziesz ze mną do groty Króla Gór? Wyrosła na karku bulwa krokusa trze się o wór koszuli…tak tu herezjatycko…tak tu jak u wojownika w glinianym domu, gdzie wypadło na podłogę nagie dziecko…o mój Piękny Boże, mocarne myśli w słowach głucho tupią…po trudnych do przebycia ciałach. Ojczyzna mi mija…Boga szukać, płuczę taras głowy…
Pandemiczny krzyżu…nie widzę już śladów na piasku, może blizna oka zda się do objęć wygrzanych u Ciebie rojem pszczół polarnych,…bo…bo…póki żyję marnie z pragnieniem bez słońca…skonstruuj mi szelki i racę.
Kroki na dziobie statku cichną.
Tato.
*
Winny.
Co ja słyszę?!
Kruk w rękawie…odejdź mroku…
Kto tam jeszcze?!
Nieba Szyldzie…Szach SZATANIE!
Chodźcie do mnie wszystkie Pany…Kramy spadły mi z zzaświata!
WIELKI HAŁAS.
-Spójrz Mój Dźwięku Grafityczny! Ich już trzech złapałem! – Sztukarz
- coś tu źle świeci – Poeta
- to cień robotnika – Filmowiec
- ja słyszę grzechotkę…
-głupi jesteś Pomurniku, dzieci wyginęły.
- Dosyć.
Poeta zamienia się w kulawego kosa, Filmowiec zatacza maleńki i figlarny krąg wokół Jezusa….
I tu się zastanawia mała Wiera, czy by nie pogryźć tej pożółkłej kartki z pomazanym marginesem w zwiędłe bulwy. Śmieje się jak na dzieciuchnę przystało z tych ortodoksyjnych obrazków,…ale czuje pod noskiem pyszny zapach babcinego różańca i wydaje jej się to ładne.
I patrzy dalej.
*
Jezus górski przypominał tej letniej nocy rozciągnięty, wiejski chleb, zawiesinę jego, miast nieba nad ziemią. Pękał globusy w ludzkich domach, szukał światła, spokoju i dobrej widowni. I zniknął. Opuścił wyżynę zasiedloną, gniazdo białe, scenę i kurtynę.
Opuszczenie tuli mnie jasno – poeta szepnął antyrapsod.
*
Zmęczenie głodnych życiem. Biedna swołocz szlachetnych. Kiedy nastaje moment, w którym poeta czuje, że umiera?…moralne przemęczenie w niepotrzebnym pragnieniu dobroci. Hałas obcych obecności i pomieszanie zmysłów.
Próba samobójcza godności z szuflad wyciąganej co wieczór. Po co te krzyki i delikatne płateczki mleka? Po co te szarże i korale sklecone na mączne szyje? Po co szmaciane laleczki, futrzane króliczki, babeczki, szklane kuleczki, baniaki i mieszki? Pochyły Dom stawiamy sobie. Nawzajem kruszymy ostatnie mleczne zęby, mydlimy szare dłonie…czytamy o ruskich kopułach. I nic nam nagle nie przychodzi ani w pomocy, ani w senności. Krawędź niskiego muru, a za nią dorodne grusze z gatunku wojennego…stoję i patrzę w chorej pozie za mur i ani drgnę. Kondorem potem siadam na atomie jednego z powietrz i wiszę, póki nie zestrzeli mnie klaunowate Nigdy. Pompony, drażetki, imbirowe fiolki, obleśne gładzenie i szkło. Chmury zbierają się w innym miejscu. Szemrany Bóg – zawdzięczam mu życie. Kładę usta na stole i czekam aż przylepi się chleba okruch. Przyjmij Okruchu tą rozpacz…
Cdn…
**
,, A to właśnie prawdziwy jest, miłosierny
Karabin maszynowy: łakome wnętrze
Róży jak tamten także spuchniętej z głodu.”