z końcem zimy co się toczy z dachów w samobójczym pędzie
przyszła wiara w ciepło w słońce niebo promieniami przędzie
wiotkie szale muślin cienki rozwieszając ponad nami
wiatrem który szybko zrzuca gruby sweter swój wełniany
sople jeszcze wystukują szklane gamy i kroplami
znaczą drogę mokrą przystań nim w niej zniknie srebrna pani
biel koronek szubek puch schowa w kufry okutane mrozem
mufki skryje na dno w sen ułoży siebie u stóp brzozy
ta przebudzi się powoli jak wstydliwe pierwsze kocham
pocałunek przytulenie dar od zziębniętego trochę
losu który oczy już niebawem pomaluje na zielono
serce marca dniom cieplejszym da jaskółkę przysłowiową
kwiaty barwą do ogrodów będą wracać po kolei
ptaki gniazda swe uwiją rozśpiewaniem i nadzieją
my wiosenni ciut zmarznięci gdzieś w szarościach zagubieni
nowe sensy cuda trwania smak marzenia odnajdziemy
na wieczory w gwiazd makówkach sen pachnący konwaliami
jak w amnezji znowu dzieci na huśtawkach otuleni cirrusami
zapomnimy w wiośnie siebie w słowach gestach i ramionach
rozpoczniemy już kolejną podróż w roku antypodach
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E