Późny wieczór. Okropna pogoda typowa dla dojrzałej jesieni. Przez uchylone wrota od stodoły widać w oddali dom gospodarza. Lampy w oknach jeszcze się palą. Leje tak, że dachowy okap przypomina wodospad, a zaniedbane podwórko zmienia się w bajoro pełne mniejszych i większych potoków oraz strumieni. Azor, nawet gdyby nie zdechł dzisiaj rano, nie wychyliłby łba z budy.
Skrzypiące drzwi natrafiły na coś i zostały zablokowane. Ktoś wszedł do stodoły. Porywisty wiatr zatrzasnął za nim dopiero co rozchylone wrota i zaczął huśtać nimi na nowo.
- Pogoda pod psem – mruknął nieznajomy.
Włóczęga. Nie wie, że to co wymamrotał to nasze, kocie powiedzenie. Nie jest tajemnicą, że stronimy od wody. Podobnie jak od psów – ot i geneza. Przybysz zrzucił przemoczony kapok i wygodnie rozłożył się na sienniku. Gdyby teraz opętał mnie duch Azora, pewnie wydrapałbym mu oczy. Mam jednak swoje zajęcia, jak mawiają ludzie – chadzam własnymi ścieżkami.
Leży tak teraz z rękami pod głową i ślepiami wbitymi w sufit. Jest strudzony podróżą, pewnie też głodny. O czym tak rozmyśla założywszy nogę na nogę? Jego oddech powoli staje się coraz spokojniejszy. Za kilka chwil zapadnie w sen. Powietrze wokół niego dziwnie wibruje. Tak jakby przemoczone jego ubrania parowały, a on sam miałby zapłonąć. Na ułamek sekundy rozbłysnęło wokół niego niebieskie światło i nagi znalazł się pod siennikiem. Moment później błysk się powtórzył i wędrowiec zniknął. Zostały po nim tylko, wciąż parujące, ciuchy na sienniku.
* * *
Siedzę na gałęzi tej wierzby pogrążony w półśnie, wsłuchując się w szelest moknących w ulewie liści. Niczym kwiaty, dla narzeczonej Ziemi, Wiatr zrywa je i ciska w najodleglejsze jej zakątki. Świsty i kapanie rozszalałych kropli zlewają się i całą strugą dźwięku wlewają do mojej głowy. Nie przerywam tego koncertu swym krakaniem, by choć teraz, pośród deszczu i mroku, nie brano mnie za zwiastun nieszczęścia. Gdybym choć raz miał coś wspólnego z biedą dotykającą ludzi. Oczyszczam ich pola z panoszących się szkodników, które to należy winić za zniszczone plony. A i tak na mój widok , kiedy na czystym niebie zataczam koła, co przesądniejsi gadają: „Czarny kruk, czarny kruk wzbił się w przestworza, kiej cień jego padnie tam bieda zawita”. Jakże przyjemna jest jednak melancholia w głosie starców wypowiadających te słowa. Jest jak monument grozy na wskroś przeszywający umysł, jak szept na cmentarzu, jak pogoda właśnie tego wieczora. Jak modlitwa... Ukochałem waszą ludzką pustkę, wasz smutek, lecz nie dostrzegliście we mnie towarzysza niedoli. Nie jestem waszym wrogiem, mimo to zakopiecie w gnoju szczura, który zdechnie. Widać milszy wam złodziej, skoro urządzacie mu pochówek, niż ja - biedak, który za padliną węszę.
Cóż to za błysk w przydrożnym rowie? Oto na moich, czarnych jak opal oczach, rodzi się z deszczu człowiek. Powstaje na przemoczonej trawie i ociera uzielenione kolana. Jest całkiem nagi, ale daleko mu do noworodka. W ciemności widzę dobrze. Włosy jak kłosy zboża, brudne i posklejane, brwi jakby węglem malowane. Broda, niezbyt gęsta, zaniedbana. Na plecach blizny po zebranych w przeszłości cięgach. Czy to jakiś bóg zstąpił do tego świata? Co przyniesie? Nowinę radosną czy zamęt, chaos i zniszczenie?
Ruszył wzdłuż zamienionej w rzekę drogi. Roztrzęsiony, jakby w szoku. Słyszę tętent koni i rumor ciągniętego wozu. Jest tuż, tuż. On też go słyszy. Na widok jego wyskoczył mu, nie zważając na obnażenie, wprost pod koła. Wzniósł ręce w błagalnym geście, a z jego ust wyrwał się nieokreślony skowyt. Woźnica jednak, nie wiedząc, że to bóg, sprawnie go wyminął i wpadając w nieco głębszą wodę, całego zachlustał błotem. W tym słabym, ludzkim ciele, wychudzony padł i umorusał się jeszcze bardziej. Zderzywszy się z podłożem, przeturlał się do rowu, a jego twarz pokrył mokry piach. Przecierając co chwila to brwi, to usta, drżąc podreptał do pobliskiej chałupy. Znam jej gospodarza. O niechlujstwie jego niech świadczy zardzewiały rower bez przedniego koła, opierający się o ścianę tuż pod wybitym oknem. Choć do zamieszkania ma tylko dwie izby, drzwi do sieni, aż dziw że wiatr ich nie urwie, zawsze zostawia otwarte. Zazwyczaj suszy tam pranie. Kroki nieznajomego nie mogły go obudzić . W śnie jego nie przeszkadza mu nawet nieustające pukanie w okno, dawno już zeschniętej wiśni. Cudny to krajobraz zaiste, boga takie powitanie! Nie wspominam już o wiecznych chaszczach na tyłach chałupy. Tak jak sądziłem, obcy wszedł do sieni i jeszcze szybciej stamtąd wyszedł. Pewnie wiadro było pełne… nawet dla mnie, nie pachnie to najlepiej. Ale cóż to? On ma na sobie jego kalesony! Trochę za duże, to widać, a jednak wciągnął je na tyłek i ucieka! Przewidziało mi się chyba, to nie bóg, tylko złodziej pospolity. Szop, lis, szczur, kra!!!
***
Ile razy jeszcze Alchemiku odetniesz mi ogon? Wziąłeś mnie na męki zamykając w tym akwarium. Sypiesz mi karmę, a ja ją żrę , bo nie umiem cię zabić. Oderwana część ciała odrasta, a ty przychodzisz z brzytwą kiedy kolejny raz jej potrzebujesz. Obracając gałki oczne obserwuję twe eksperymenta i nie wiem, czemu mają one służyć. Tu w piwnicy urządziłeś sobie przytulne mieszkanko. W jednym rogu posłane jedwabną pościelą łóżko z baldachimem, naprzeciw niego na ścianie wisi podłużna taca wypolerowana tak, by móc przejrzeć się w niej jak w lustrze. Obok karmazynowa sofa z poduchami o tym kolorze, na których zwykłeś siadać, by całymi godzinami wpatrywać się w postawioną na jasnym, drewnianym stoliku, kryształową kulę. Moje akwarium, jak i słoiki ze wszelkimi impregnatami, pająkami oraz rzadkimi okazami fauny i flory, umieściłeś na solidnych więziennych kojach. Zapach zgnilizny i zamykanych tu przed laty bandytów zabiłeś pachnącymi olejkami. Kiedyś przetrzymywano tu ludzi, tak jak ty mnie teraz. Tobie jednak nie przeszkadza, że do swego ciepłego gniazdka wchodzisz przez kraty. Gdzie się dało, rozwiesiłeś śliczną pomarańczową tapetę w odciśnięte kwiatki. Wybieliłeś sufit, podłogę przyozdobiłeś panelami, a pod stolikiem położyłeś polarnego niedźwiedzia. Naprzeciw kanapy masz swoje laboratorium z niezliczoną ilością buteleczek, ampułek, destylatorem, moździerzem, tłuczkiem i reszta sprzętu. Po jego lewej stronie, w rogu ogrzewający ten dom piecyk – grzybek i wiecznie poczerniały czajnik na nim. Po prawej, tuż przy wejściu, brzoza na opał. Oby ci te pinki kiedyś wlazły pod nogi, tak byś podczas upadku roztrzaskał sobie łeb! Cały pokój rozświetlają rozmieszczone w nierównych odległościach lampy oliwne. Tylko tu do szarych kamiennych bloków zakątka gdzie spali skazańcy nie dociera ich światło. Tak jakbyś chciał aby nie zostali zauważeni.
Schody na górę, których cement wiecznie pokryty jest kurzem, prowadzą do twego sklepu. Nie wiem jak wygląda. Wniesiony pod płaszczem nigdy go nie widziałem. Ktoś otwiera tam drzwi. Słychać dzwonek oznajmiający nadejście klienta.
- O tej porze?! – krzyczysz podniecony – Powinienem już zamykać!
Podnosisz swoje pokraczne, karłowate ciało i pędzisz co prędzej na górę. Wracasz z jakimś obdartusem. Półnagim. W samych kalesonach. Parzysz mu herbatę. Zalecasz wziąć kąpiel. Gościsz go, karmisz, przyodziewasz.
Ze swoją łysą pomarszczoną czaszką, wzrostem dużego psa, pyskiem i posiwiałą broda kozy jesteś dobrym człowiekiem, Alchemiku. Dobrym dla ludzi.
Siedzicie naprzeciw siebie wpatrzeni w kryształową kulę. Sam w zielonej todze przyozdobionej czarnymi ornamentami zajmujesz swe ulubione miejsce na poduszce. Gościowi natomiast podałeś niewielki taboret wyciągnięty zza sofy. Trzeba przyznać, że po udzielonej mu pomocy człowiek ten wygląda całkiem przyzwoicie. A może to tylko złudzenie? Każdy musi prezentować się dobrze w sąsiedztwie twojej paskudnej mordy. Jego ogorzała twarz, demaskująca go jako chłopa lub podróżnika , wydaje się być szlachetnie blada przy twym ciemnym namaszczonym olejkami obliczu. Jest od ciebie wyższy. To też naturalne. Sięgasz mu może kilka centymetrów powyżej pasa. Ach ile bym dał, by okazał się zbójem i rozłupał ci głowę! Ale nie… Musi czuć wdzięczność za podaną mu rękę. Dałeś mu brązowe płócienne spodnie, jasną lnianą koszulę pod spód, na to wełniany sweter w odcieniu najciemniejszego granatu i beżowe palto, mające chronić przed wiatrem. Bose stopy pozwoliłeś okryć w świeżuteńkie onuce i nie wiedzieć skąd, wytrzasnąłeś idealnie nań pasujące trepy.
Cicho rozmawiacie. Skrzek twój jednak nie przypomina w niczym szeptu. Jego głos, choć wysoki, bardzo mocny. Wielokrotnym echem odbija się od kamiennych murów.
- Widzisz, bardzo dobrze, że do mnie trafiłeś – zaczynasz się rozwodzić, Alchemiku – Bo widzisz, w okolicy tylko ja potrafię ci pomóc. Oczywiście nie jestem jedyną taką osobą na świecie, ale mogę cię zapewnić , że w pobliżu nie ma więcej nikogo takiego. Otóż, czy wiesz do czego służy ta kryształowa kula?
- Zapewne do przepowiadania przyszłości.
- Bzdura. Bujdy bab cygańskich. W niej mogę co najwyżej wejrzeć w twoją przeszłość i na tej podstawie przewidywać co może ci się przydarzyć. Ale o tym za chwilę. Na co dzień, kula służy do detekcji miejsc, w których użyto magii. Ostatnie użycie nastąpiło przeszło dwadzieścia kilometrów stąd w wiejskiej stodole. To byłeś ty i twój teleport. Zapytasz zapewne jak to się stało.
Cisza. Myślałeś głupi staruchu, że dziwny gość powtórzy twe pytanie? Kontynuuj, kontynuuj. Może i dane ci jest znać się na czarach , ale nigdy nie opanujesz perswazji.
- Otóż – podjąłeś ponownie – przyjmuje się obecnie, że magia nie istnieje. Kilkusetletnie prześladowania i aktualny rozwój techniki wyparły ją do tego stopnia, że została włożona między bajki. Jednakże nie dalej jak cztery wieki temu, dość popularne były praktyki w tej dziedzinie. Późniejsze palenie na stosie, wszelakich bardziej i mniej powiązanych z magią osobistości, skutecznie odstraszyło ewentualne dalsze próby czarodziejstwa. Wtem postacie obdarzone autentyczną magiczną mocą, zaczęły ją ukrywać . Nie używanie jej pomogło im pozostać przy życiu i płodzić , równie uzdolnione potomstwo. W obawie jednak przed dalszymi prześladowaniami, sekret magii pozostając w tajemnicy, odszedł w zapomnienie wraz z zamierzchłymi pokoleniami. Trzeba więc ci teraz wiedzieć, że najprawdopodobniej twoim pra, pra, pra… i jeszcze kilka razy pra, pradziadkom udało się właśnie w ten sposób uniknąć męczeńskiej śmierci, a przekazywany przez pokolenia dar najwyraźniej mimowolnie daje o sobie znać u ciebie. Takie niekontrolowane używanie mocy, może być dla ciebie bardzo niebezpieczne, toteż należy cię nauczyć jak mniej więcej ją okiełznać.
- Mniej więcej?
- Widzisz, to ty posiadasz dar magii, nie ja. Nie znaczy to, że nie potrafię jej w ogóle używać. Magią bowiem, może posługiwać się każdy, kto posiada duszę. Ona jest jakby czynnikiem tego, do czego możemy jej użyć.
- Nie rozumiem.
- To znaczy, że twoja dusza pozwala ci na korzystanie z o wiele większej mocy niż dusza przeciętnego człowieka, bo posiada ona talent. To naturalne zjawisko, tak jak to, że jeśli twoi dziadkowie rozwijali umysł w dziedzinie matematyki, automatycznie twój mózg również ma predyspozycje do kształcenia się w tym kierunku. Najprościej ujmując, jeżeli nauczysz się kontrolować i wykorzystywać swoją duszę, będziesz lepszym magiem niż ktoś w kogo rodzinie nigdy tego nie robiono. Spróbujmy na prostym przykładzie.
Na coś alchemiku wyjął te łyżeczki?
- Spróbuj bez dotykania jej, wygiąc jedną z tych łyżek… Nie, nie skupiaj się i nie wytężaj oczu jak do wypróżnienia jelit. Popatrz jak ja to robię.
Telekineza. Nie wiem na czym polega ta sztuczka, ale robi wrażenie. Brawo Alchemiku. Niemal zwinąłeś tę łyżkę w rulon.
- Teraz ty. Nie… Również, nie tak. Zasadniczo chodzi o to, byś użył do tego swojej duszy. Owszem energia (psioniczna) pochodząca z umysłu musi również zadziałać, ale musi ona zostać wykorzystana w celu kontrolowania duszy, a dopiero poprzez nią przedmiotu.
Jeśli tak będziesz go tego uczył, to prędzej tu zamieszka niż zegnie tę łyżeczkę .
- Znowu źle. Kierujesz skupienie nie tam gdzie trzeba. Najpierw wbijałeś je w łyżeczkę, kiedy ta nie może wejść z energią psioniczną w żadną reakcję. Teraz buszujesz myślami we własne flaki. Musisz wiedzieć, że dusza, wbrew temu co mówi kościół, znajduje się nie w człowieku, tylko na zewnątrz niego. Przylega doń i otacza go. Czy teraz jest dla ciebie jasne w jaki sposób zgiąć tę łyżeczkę? Świetnie! Jeszcze trochę , no już prawie, prawie… gratuluję!
Jego zdziwienie nie zna granic. Po raz pierwszy świadomie dokonał cudu. Gdybym i ja był tak utalentowany może rozbiłbym to akwarium w pył i wydostał się na wolność? Co tym razem Alchemiku, dlaczego nie słyszę waszej rozmowy? Nie mogę uwierzyć, że w obliczu niemożliwego siedzicie w milczeniu.
Słyszysz mnie teraz? Słyszysz dobrze. Wiem, nie poruszam ustami, a mój głos rozbrzmiewa w twojej głowie. To nie brzuchomówstwo, to telepatia. Gdziekolwiek byś teraz nie poszedł, mogę próbować przemówić ci do rozumu. Siedzisz okropnie zdziwiony, jakbyś nie wierzył w to co się tutaj dzieje. Sam przed chwilą to zrobiłeś, użyłeś magii. Nie otwieraj ust, a przemów do mnie. Nie chcesz mnie słuchać, zablokuj mi dostęp do swej głowy. Zastanawiasz się do jakich rzeczy jesteś teraz zdolny? Co możesz osiągnąć dzięki magii? Już mówiłem. Czego dusza zapragnie.
Nie rozumiem. Siedzieliście tak jeszcze pół godziny i pozwoliłeś mu odejść. Tak bez słowa. Wstał i odszedł. Bez pożegnania Alchemiku wypuściłeś go w świat. Jedna zgięta łyżeczka. To jest ta moc?