Obudził się i rozejrzał dookoła. Prócz milionów gwiazd, noc rozświetlały dwa księżyce. W równych rzędach, niczym kukurydza, wisieli w kolbach uśpieni ludzie. Całe pole roślin, hodowla jemu podobnych. Z kolb wystawały tylko głowy. Spróbował się poruszyć. Był skrępowany jakąś gąbczastą substancją. Zaczął rozdzierać ją palcami. Kiedy wydrążył już odpowiednio duże wnęki, wziął silny zamach i przebił dłonie na zewnątrz opinającego go kokonu. Trysnęły zielone soki. Ręce miał już całkiem wolne. Rozszarpał resztę kolby, wydostał się. W stroju Adama biegał od rośliny do rośliny.
- Ludzie! Co wy!? Śpicie?! Gdzie my jesteśmy?! – krzyczał w panice.
Przed nim rozlegało się wielohektarowe pole i tysiące sadzonek takich jak ta, z której się wydostał. Zaczął biec. Po lewej kobieta o czarnych włosach, po prawej facet o ciemnej skórze, dalej kilku skośnookich. Twarze, twarze, twarze... Wszystkie uśpione, wiszące w kolbach niczym kukurydza, w równych odstępach.
Nagle czerń nieba rozjaśniły reflektory helikoptera. Warkot śmigieł mieszał się ze stukotem jego nagich stóp i przyśpieszonym oddechem. Uciekał. Ziemia ostawała mu się między palcami u nóg jako czerwona, mokra glinka. Nie potrafił wyjaśnić przyczyny swego lęku. Nie myślał o tym. Makabryczny wygląd miejsca, w którym się obudził kazał mu jak najszybciej je opuścić. Z helikoptera, na linach opuściło się kilka postaci. Gonią go, doganiają. Przed nim siatka. Wysokie na jakieś siedem metrów ogrodzenie zwieńczone drutem kolczastym. Mają mnie – myślał – mają! Ale cóż to? Pod ogrodzeniem był podkop. Na pewno jakieś zwierzę, może pies... nieważne! Prędzej! Pośpiesznie dobiegł do dziury, którą prześliznął się na zewnątrz. Obejrzał się za siebie. Stał w świetle helikoptera. Biegnący za nim oślepili go latarkami. Kilka strzałów. Z metalowego ogrodzenia posypały się iskry. Nie trafili, przeżył. Bez wahania skoczył w gęstwinę okalającej to miejsce puszczy.
Zmęczony zwolnił kroku. Starał się uspokoić oddech. Co chwila kąsały go natrętne owady. W mroku i zaroślach nie widział praktycznie nic. Korzyść była taka, że tu w dżungli, pośród tropikalnych krzaków i palm, uniemożliwiających obserwację z góry, nie mógł go wyśledzić śmigłowiec. Wciąż jednak bał się, że mogą tropić go ci z latarkami. Sądząc po odgłosach wystrzału posiadali broń maszynową. Cicho, jak najciszej starał się przekradać przez listowie. Chłodno. Bez wątpienia noc była zbyt zimna by spacerować nago. Doszedł do traktu. Ubita ścieżka wskazywała na częste przemieszczanie się po niej dwuśladów. Jak najszybciej ulotnił się z tego miejsca. Wciąż mógł mieć za sobą pościg, a niewykluczone, że zmobilizowano też pojazdy naziemne. Pokaleczył stopy o chaszcze. Wtem przed sobą ujrzał światła. No ładnie, pewnie zrobiłem kółko – pomyślał. Już miał się wracać ale zobaczył światła także z tyłu. Te jednak były ruchome. Tak jakby przemieszczając się po drzewach szukały czegoś. Cholera! Latarki! Ruszył więc ku, bardziej rozproszonemu, światłu stacjonarnemu. Przed nim wyrósł budynek. W uszach zabrzmiały dźwięki niskotonowe. Dyskoteka. Pięknie – szepnął sam do siebie – a ja jestem nagi. Kątem oka dostrzegł wymiotującego pod płotem chłopaczka. Jestem zmęczony – pomyślał – ale on chyba ciut bardziej. Podbiegł do pijanego i wymierzył mu solidnego kopniaka pod żebra. Ten rozchlustał się rzygowinami na około. Kolejny cios wymierzył mu w skroń, następnym rozkwasił twarz. Po dwóch uderzeniach pięścią (prawa, lewa) zastosował wobec zszokowanego chlejusa podcinkę. Nim zamroczony alkoholem zdążył się zorientować, że jest bity, leżał już na ziemi. Uciekający przed pościgiem wymierzył mu jeszcze kilka uderzeń piętą w głowę by zupełnie pozbawić go przytomności. Zdarł z niego spodnie i co prędzej wdział na siebie. Buty – tak. Na szybko, bez wiązania. Bluza – nie. Zarzygana. Odrzucił ją na bok. Koszulka, trochę ciasna, może być. Pijaczek został w samej bieliźnie. Zbieg skierował się ku wejściu na hałaśliwą salę.
Nie zatrzymali go ochroniarze. Hałas. Gdzieniegdzie półnagie dziwki, grupy nażelowanych picusiów i napakowanych goryli. Co do tych pierwszych, były całkiem atrakcyjne. Co do tych drugich, aż się chciało strzelić w ryj, co się już w sumie odbyło pod płotem. Wstyd nosić takie ciuchy. Trzeciej grupy lepiej nawet nie komentować, łatwo wywnioskować, że to nie ci z inteligencji.
Rozejrzał się w około. Mnogie, kolorowe świecidełka i miganie stroboskopów męczyło wzrok. Był pandnięty. Do baru? Nie, lepiej nie. Do łazienki. Toalety były całkiem zadbane. Nad umywalkami wisiały lustra. Zaczął chłeptać wodę z ostatniego kranu, po czym spostrzegł, że akurat pod jego umywalką, brakuje rury, która odprowadzałaby wodę. Wszystkoi lało się na podłogę. Nerwowo zaczął kręcić kurkiem. Oczywiście, nie w tą stronę. Całe strumienie wody lały się na kafelki. Wisząca w rogu kamera wróżyła niemiłe spotkanie z ochroną lokalu.
- Stój! – usłyszał.
Jednak zamiast ochroniarzy, w wejściu stało czterech komandosów. Każdy postury szafy trzydrzwiowej. Trzymali go na muszce.
- Ręce do góry i pod ścianę!
Posłusznie wykonał ich polecenia, lecz do ściany stanął plecami, tak by ciągle mieć ich na oku. Nad sobą miał okno. Za wysko jednak, by próbować ucieczki. Buty zaczęły mu już przeciekać od spowodowanej niechcący powodzi.
- Skuć go! – rzucił dowódca drużyny. Tego, który ruszył pierwszy, powstrzymał kolega z drużyny i powiedział:
- Stój. To mój klon. Ja go załatwię.
Wszyscy najwyraźniej przystali na jego prośbę, bo puścili go przodem. Komandos zbudowany jak Herkules zacisnał pięści i postąpił do przodu rozchlustując przy tym wodę. Dla uciekiniera wszystko przestało mieć teraz znaczenie. Góra mięśni. Oliwkowe spodnie i koszulki na ramiączka, szeroki syntetyczny pas i glany, opinający głowę kask w kolorze bordo i lwia morda przeciwnika. Nic już się nie liczyło. Trzeba przeżyć.
- No dalej, skuj go Frankie!
Frankie bynajmniej nie wyciągnął kajdanek. Słowo „skuć” pochodziło z żołnierskiego żargonu i po zaciśniętych pięściach, łatwo można było się domyślić jego znaczenia. Klon również zrobił krok do przodu rozbryzgując zimną ciecz po ścianach.
- Nie chlap! – wycedził Frank.
Klon dostawił jeszcze prawą nogę kiedy ruszył na niego żołnierz. Komandos wyprowadził cios lewą ręką i to był jego błąd. Uciekinier sprawnie wyminął prosty i prawą dłoń umieścił na jego kasku. Jednocześnie podstawił mu lewą nogę, podcinając go z całych sił. Komandos pośliznął się na wodzie i wycedził twarzą w umywalkę tłukąc ją na kawałki. Klon chwycił jeden z nich i wbił Frankowi w część szyjną kręgosłupa.
- Brać go! – krzyknął przerażony dowódca.
Wykręcono mu ręce i zakuto w kajdanki. Wrzucono go do helikoptera i przetransportowano do bazy wojskowej. Dlaczego go nie zabito? Tego miał się dopiero dowiedzieć.
***
Zamknięto go w pomieszczeniu z lustrem weneckim. Jak łatwo się domyślić, ściany były w kolorze oliwkowym. Do pokoju wszedł dostojny, przyprószony siwizną wojskowy wysokiej rangi.
- Masz jakieś pytania?
Oparty o niewygodne krzesło siedząc przy mahoniowym stole klon, wytrzeszczył oczy.
- Ja?
- Skoro wszystko wiesz, - oficer poprawił mundur – to mam dla ciebie tylko kilka informacji.
- Chwila. – przerwał mu więzień.
Człowiek w granatowym uniformie zmarszczył brwi i syknął nerwowo.
- Nie przerywaj mi! Co to jest? Tu jest wojsko! Odpowiedzi muszą być szybkie i precyzyjne. Czego nie wiecie kapralu Mrzawka?
- Kapralu? Co jest grane? O co chodzi w ogóle? Co to za makabra? Pole, ludzie śpiący w kolbach kukurydzy, pościg, najpierw do mnie strzelacie, a teraz „kapralu”?
- Takie są przepisy! A to jest przypadek wyjątkowy.
- Jakie przepisy?
- Jesteście żołnierzem. Czy potraficie rozpoznać moją rangę?
- Tak, panie majorze!
- No właśnie. A czy potraficie określić skąd posiadacie taką wiedzę?
- Nie... panie majorze.
- To ja wam wyjaśnię. Jesteście klonem żołnierza, którego zabiliście.
- Kapitan Franciszek Mrzawka oddał próbkę swojego DNA w wieku dwudziestu trzech lat. To było sześć lat temu. Był wtedy kapralem. W wyhodowanej roślinie hibernowaliście jako jego kopia zapasowa do użytku medycznego. Gdyby w razie potrzeby, trzeba było mu coś przeszczepić posłużonoby się waszymi organami. Taka jest procedura wojskowa. Stracisz rękę – jest roślina. Niestety naukowcom wciąż nie udaje się uniknąć wszystkich błędów transkrypcji podczas klonowania, w wyniku czego zdarzają się wypadki takie jak dzisiajszy, to znaczy - klon się budzi. Między innymi z tej przyczyny w okół pól rozstawia się straże. Tak się akurat złożyło, że tamten Franciszek Mrzawka pełnił tej nocy wartę. Wy zaś jesteście pierwszym i mam nadzieje ostatnim klonem, który wywinął taki numer, że zabił swój odpowiednik, toteż stosujemy procedurę wyjątkową. Nazwaliśmy tę operację „Zmartwychwstaniem”.
...Jesteście Franciszkiem Mrzawką sprzed sześciu laty, posiadacie jego pamięć, umiejętności i rangę, jesteście NASZYM żołnierzem. Wykonujecie NASZE rozkazy. Od teraz UKM jest waszym ojcem i matką. Potraficie rozszyfrować skrót UKM?
- Unia Kolonizacji Marsa.
- Sami widzicie. Mam nadzieję, że można już was bezpiecznie rozkuć. Jakieś pytania?
- Tak. Co z moją rodziną?
- Zostali poinformowani o waszej śmierci. Jak już mówiłem, jesteście klonem, wasza rodzina to UKM i zatroszczy się o was. W miejscu starej rośliny posadzimy nową, wasze członki są bezpieczne, a chlać możecie na umór, bo nerki i wątroba to też nie problem.
- To przecież nieludzkie.
- Nieludzkie byłoby was zabić teraz. Zasady są proste: Franciszek Mrzawka może być tylko jeden. Klon to nie człowiek, kiedy Franciszków jest dwóch, a klon nie hibernuje – zabija się go.
- Nie możnaby go po prostu uśpić?
- Nie. Przebudzenie oznacza uzyskanie przez klon samoświadomości, a nie możemy kroić osób świadomych. To niehumanitarne. Wrzucić was po prostu do spowrotem do rośliny rodnej jest niemożliwe, toteż osobniki takie jak ty są uznawane za wroga politycznego UKM i traktowane jak terroryści sprzeciwiający się systemowi.
- Dlaczego nie można pozwolić klonom po prostu żyć wśród ludzi?
- Wiecie co, kapralu? Zadajecie te same pytania co przed podpisaniem zgody na stworzenie waszego klona, ściślej mówiąc – ciebie. Otóż nie można pozwolić na rozprzestrzenianie się klonów, tak samo jak nie można pozwolić na ujawnienie tajemnicy państwowej. Nie opanowalibyśmy przecieku informacji, rozumiecie?
Wyobraźcie sobie ile byłoby oszustw, kradzieży i w ogóle przestępstw gdybyśmy pozwolili klonom na swobodne życie. Jak rozróżnicie kto popełnił przestępstwo, a kto nie, kiedy dawca i jego klon mają identyczne DNA i odciski palców? Masa sądowych pomyłek. Wyobrażacie to sobie, kapralu? A gdyby przyjąć metodę, że zawsze winny jest klon to tak jakby pozwolić dawcy na jednorazowy gwałt, morderstwo czy czego tam dusza zapragnie! Dlatego klon-uciekinier zostaje zabijany. O zagrożeniach terrorystycznych od strony takiej zbuntowanej generacji nie wspomnę. Łatwo się chyba domyślić, że byłby problem z akceptacją takowych w środowisku. Pamiętam cię żołnierzu. Chcesz wiedzieć co na to Watykan?
- Cóż, wydaje mi się, że jestem niewierzący, panie majorze.
- Wtedy też tak mówiliście, a byliście ciekawi. Otóż najdostojniejszemu papiestwu gówno jest do tego. Watykan jest tam, na Ziemi, i zabrania klonowania ludzi. My jesteśmy tu, na Marsie, gdzie religia to twoja prywatna sprawa i sam decydujesz czy w razie czego chcesz mieć dawcę. Rozwiązanie to zawdzięczamy Rosjanom, założycielom UKM do której należą wszystkie najpotężniejsze kraje świata, oprócz islamskich oczywiście – tylko tych pojebów z bombami by nam tutaj brakowało.. Kontynuując – otóż prawosławny kościół cerkiewny, który objął patronat nad duchową kwestią tego przedsięwzięcia, opinii swej nie wyraził, aczkolwiek zaznaczył, że tylko oryginał, nie kopia, posiada nieśmiertelną duszę. Z resztą porządek w Rosji jest taki, że to władza wykorzystuje kościół, a nie kościół władzę.
- Brzmi znajomo.
- To wasze własne słowa kapralu. Wspominaliście również o Radiu Maryja.
- Opowiadała mi o nim moja, tzn jego prababka. Podobno jakiś klecha potrafił skupić ludzi przy odbiornikach całe rzesze ludzi w wieku jej babki.
- A więc waszej trzy razy pra.
- Jego, panie majorze.
Major podszedł bliżej do nowego Franka i w ojcowski geście położył dłoń na jego ramieniu. Nic nie mówiąc wyszedł. Chwilę później nowy kapral Mrzawka został rozkuty i oddelegowany do hotelu. Pozwolono mu odpocząć.
***
Wyspał się, dobrze zjadł. Kurczak z ryżem, dobra sałatka. Do popicia sok z pomarańczy. Obsługa hotelowa zapytała nawet czy nie potrzebuje kobiety. Ku wielkiemu zdziwieniu służącego, nowy Frank grzecznie odmówił. Usiadł na łóżku. Musiał sobie poukładać w głowie kilka rzeczy. Wciąż był w hotelowej pidżamie. Obsługa zadbała nawet o to by w szafie znalazły się galowy mundur i tzw. Strój roboczy kaprala UKM. Poszedł do łazienki, wziął gorący prysznic. Trochę to trwało. Dokładnie obejrzał siebie. Trądzik młodzieńczy w tym wieku? Pewnie to jakaś mutacja, schorzenie, błąd, który ujawnił się dopiero po klonowaniu. Chociaż nie. Tamten miał blizny na ramionach, możliwe że nie wszystkie były pamiątkami z walki. Wyszedł z kabiny, wytarł się w ręcznik po czym przetarł nim zaparowane lustro. Kurwa, - pomyślał – przecież ja nawet nie jestem do niego podobny. Wątły w barkach, spojrzenie nie to samo, nie tak pewne, ukradkowe. W tych oczach widzę tylko strach. Przerażenie. Nos, usta – no może rzeczywiście mam silne rysy, ale przypominają raczej kocurka, a w nim, w tamtym Franku widziałem lwa. Jego brwi niemal się zrastały, moje wyglądają jak po depilacji. A może to przez ten kask?
Poszedł do pokoju, wyciągnął ustrojstwo z szafy, nałożył na głowę. Materiał był dość elastyczny, trudny do określenia, sam dopasował się do kształtu czaszki. Spojrzał w lustro raz jeszcze. Nie ma mowy – ja to nie on. Trudno mu było uwierzyć, że aż tak mógłby się zmienić przez sześć lat. Usiadł na mokrych kafelkach i cisnął kaskiem o ścianę.
- Kurwa, ale ja miałem szczęście. – krzyczł i śmiał się w ataku histerii – Jak to się stało że mój strażnik to byłem ja? Ha, ha, ha, ha, ha!
Ściskając się za brzuch i śmiejąc do rozpuku Franek tarzał się po podłodze w łazience.
- Jaki fart! Jaki niesamowity fart!
Ding dong. Usłyszawszy dzwonek ubrał slipy i otworzył drzwi. Tam stał chłopak z hotelowej obsługi i wręczył mu list. Oczywiście z UKM. Franek kazał mu chwilę poczekać. Szybciutko rozdarł kopertę i przeczytał treść wiadomości. Zagapił się chwilę i zamyślił nad treścią listu. Obudzuł go głos boya hotelowego.
- Proszę pana.
- Ach... tak, napiwek. No... nie mam przecież. Wojsko płaci.
- Ech. - westchnął chłopiec i odwrócił się na pięcie.
- Tylko jedno. Jedna sprawa.
- Tak, słucham pana?
- Jeśli chodzi o te kobiety, dajcie tu jakąś szatynkę.
Kapral Mrzawka, po przeczytaniu tego listu, potrzebował pocieszenia w postaci fizycznej miłości. Jutro z rana miał się stawić w bazie, w celu poznania szczegółów nowej misji. Poza tym został upomniany, że misja ta ma charakter dyscyplinarny za pobicie i obrabowanie cywila przed dyskoteką. Sąd wojskowy UKM bardzo szybko rozpatrzył tę sprawę ze względu na nie budzące żadnych wątpliwości okoliczności wyjątkowe.
Usłyszał jak ktoś chwyta za klamkę. Przez uchylone drzwi zajrzała, wcale niewyzywająco ubrana, szatynka. Frankie chwycił ją w pół i wpił się w jej usta. Nie pozwolił jej nawet wyrazić zdumienia, że przyjął ją w samych slipach. Zatrzaskując za sobą drzwi, przetańcowali kilka kroków do wnętrza mieszkania.
Wylądowali na łóżku. Zaczął zdejmować jej dżinsową kurtkę, oczywiście oliwkową. Jako kapral zdążył już polubić ten kolor. Spojrzał jej w oczy. Była piękna. Miała niecodzienną urodę. Mały garbek na nosie. Nie każdemu musiała się podobać. Jemu podobała się bardzo.
***
Ding dong. Położył rękę na jej brzuchu.
- Zaraz wracam – powiedział.
- Właściwie to ja już...
Udał, że tego nie słyszy. Uchylił drzwi na łańcuch. Za nim stał chłopiec z obsługi hotelowej.
- Prosił pan o kartę. – powiedział z głupawym uśmieszkiem i podał mu ulotkę z dostępnymi damami do towarzystwa. „Kurewskie menu”.
- Ale ja już... – chciał coś jeszcze powiedzieć ale chłopiec z obsługi już odszedł.
Franek popatrzył na kobietę w łóżku i szybko przejrzał kartkę. Nie ma. Nie ma takiej w ofercie. To znaczy że... Ale zamawiałem przecież dobrą godzinę temu – kapral drapał się po głowie.
- Co to jest? – zapytała kobieta z łóżka.
- A, nic – odpowiedział niepewnie po czym rzucił ulotkę w kąt i szybko wróciwszy przysiadł na łóżku.
- No powiedz mi.
- Ty... ty nie jesteś... – Franek przełknął ślinę i wziął się w garść – Skoro nie jesteś z obsługi, to co robisz... tutaj? – i wskazał palcem na łóżko, ta jednak jak to kobieta, nie zauważyłalub udała, że nie widzi.
- To znaczy?
- Kurde, krępująca sytuacja.
- Mhm... – zaczerwieniła się kochanka.
Frankie postanowił wykorzystać przewagę w tej sytuacji. W końcu nie wiedziała co przyniósł hotelowy boy.
- Dlaczego zaczęłaś mnie całować?
- Co? To nie tak było...
- Wiem, że to nie tak było. Ale w końcu spędziliśmy trochę czasu w łóżku.
- No, pomyliłam drzwi i... podobałeś mi się.
- Który pokój wynajmujesz?
- Piętro wyżej.
Ubrała się. Wymienili czułe pożegnania. Wszystko byłoby w porządku, lecz kiedy wychodziła spojrzała na ulotkę leżącą w kącie.
- Z obsługi mówisz? – wyrzuciła mu od razu.
- To... nie tak.
- Jasne! – i zatrzasnęła za sobą drzwi.
Być może wyleciałby za nią, ale jak? W majtakch? Następnym razem Franek, po seksie, ubierz się natychmiast. Kapral zwiesił głowę i popatrzył na pozostawioną przez dziewczynę ulotkę.
***
- Nie dosyć kapralu, że musimy się za was tłumaczyć to jeszcze się spóźniacie? Wiecie jak prasa rozdmuchała waszą bójkę z tym gówniarzem?
- Przepraszam, panie majorze.
- Żeby mi to było ostatni raz. – skwitował major i zaraz się udobruchał – Widzę, że mundur chociaż dobierany na oko – pasuje wyśmienicie.
- Tak jest, panie majorze. Wprawne oko.
- Moje własne. Ja kazałem taki zanieść. No już. Poprawcie krawat. Szczegóły misji podam wam o 11:30.
- Do tego czsu zejdziecie na dół i porozmawiacie z drWawrzynem. Jego ziemscy przodkowie również pochodzą z Polski. Powinniście się dogadać.
- A czego chce ode mnie drWawrzyn?
- Doktor Wawrzyn ma za zadanie sprawdzić ile pamiętacie. Być może w wyniku błędów transkrypcji zostały uszkodzone pewne sektory pamięci. Zada wam kilka pytań. Ponadto musicie uzupełnić informacje z zaległych sześciu lat.
Z doktorem Jarosławem Wawrzynem rozmowa była przyjemna. Nad podziw miłe powitanie - uściski i cmoknięcia, przypominało bardziej rosyjskie niż polskie (trudno żeby witać zwykłego żołnierza chlebem i solą). Panowała iście rodzinna atmosfera.
- Oj, Franek, Franek. – westchnął mały, posiwiały staruszek w białym lekarskim fartuchu. Złożył ręce z tyłu i delikatnie wyprostował się ukrywając tym samym swą hokejową postawę. Zadarł głowę i mówił dalej – Aż dziw bierze, że mówię z twoim klonem. Ale pamiętasz mnie, prawda? Pamiętasz jak ci szyłem tę ranę nad pępkiem.
- Tak, po prawej stronie.
- I jak, zarosło się? Jest blizna? Pokaż.
- Nie ma potrzeby, jako klon nie odniosłem tej rany. To co pamiętam nie wydarzyło się mnie.
- Ale pamiętasz, który sukinsyn ci to zrobił?
- Odsiaduje wyrok.
- Oj, Franek, Franek. Wiesz, że jesteś mi jak dziecko. A teraz nie żyjesz... – doktor wciąż widocznie wspominał nieżyjącego, mówiąc jakby do siebie, a jakby do niebios – i stoisz przede mną. I tak, i tak. Bliski już jestem szaleństwa. Czuję, że wkrótce będzie mi potrzebna pomoc księdza.
...Ale już ci mówię co musisz wiedzieć. Kiedyś by stworzyć ludzkiego klona trzeba było komórki jajowej człowieka. A dziś... dziś już nie. Otóż naukowcy wyhodowali roślinę z rodziny wiechlinowatych, bardzo, bardzo podatną na modyfikacje genetyczne.
- Wiedziałem, od razu skojarzyło mi się to z kukurydzą.
- Tak. I wyobraź sobie, że komórki jajowe tych zmutowanych roślin posiadają nadzwyczajną akceptację na gatunki. W zasadzie twór ten nie powinien być już nazywany rośliną. W każdym razie jest tylko kilka odmian tego chaszcza i wystarczy. Odzdielne dla gadów, ssaków, płazów, ptaków...
- I dla insektów też?
- Nie. Robale zjawiły się na Marsie same. Za to jak się zapewne domyślasz większość żyjących tutaj gatunków roślin i zwierząt...
- Zostało wyhodowanych w tych roślinach. Wiem. To akurat sobie przypominam. Wiem przecież na czym polega nasza praca na tej planecie i jaka jest jej przyczyna.
- Chętnie posłucham... – zarechotał doktor.
- Zamieszana jest w to cała masa biologów, historyków, archeologów, znów historyków i znów biologów. Nie zajmuję się tym i nie będę się trzymać ścisłych terminów. Ileś tam lat temu atmosferę Marsa należało ocieplić. Dlatego na planetę wysyłane były maszyny zanieczyszczające ją, w celu uzyskania znanego z Ziemi efektu cieplarnianego.
- Brawo, co dalej? – doktor Wawrzyn usiadł na krześle, oparł łokieć o blat biurka i podparł głowę udając zaciekawienie.
- Historycy jak to historycy, zainteresowali się tym co na Marsie mogło być kiedyś, a nie tym co jest teraz, ściągnęli więc przeróżnych geologów i ruszyli badać skały oraz glinkę. Geolodzy przyciągnęli za sobą archeologów. Nie można było przecież pozwolić żeby zniszczono jakieś cenne skamieliny. To zaś znalazło wśród historyków uznanie i wzbudziło burzę oklasków.
- Zgadza się...
- Z ogromnej części wykopalisk na tutejszych biegunach udało się pobrać jądra komórkowe. Wspaniale zachowane okazy zwierząt i fragmenty zmrożonych roślin były doskonałymi dawcami DNA.
- I dzięki wcześniej już opracowanym przez biologów roślinom rodnym udało się je odtworzyć.
- Wszystko byłoby pięknie i cacy gdyby eksperymentu nie zaczęto realizować zbyt wcześnie. Odnowiono bowiem całe środowisko naturalne planety, znanim na dobre zaczęto ją kolonizować.
- Pamiętasz jak do tego dodszło?
- Pamiętać nie mogę, bo to jeszcze długo przed moim narodzeniem, ale wiem że winę ponosi za to amerykański rząd, który do badań na Marsie wysyłał roboty. Nikt nie spodziewał się, że wyhodowane na Ziemii rośliny rodne z wszczepionymi komórkami marsjańskiej fauny i flory zaczną się dziko rozprzestrzeniać.
- Dobrze. Dobrze... – drWawrzyn przyjął teraz rolę nauczyciela odpytującego ucznia – A czy pamiętasz dlaczego amerykański rząd popełnił ten błąd?
- W zasadzie to wina odwiecznej rywalizacji o wiedzenie prymu w podboju kosmosu. Przekonani o swej wyższości amerykanie tak naprawdę nie dysponowali odpowiednią technologią. W każdym razie zbyt prymitywną by wysłać na Marsa ludzi. Z inicjatywą wyszedł dopiero polski projekt Uniwersytetu Krakowskiego...
- Ach, ten patriotyzm. – roześmiał się doktor Wawrzyn.
- Ech, tak... – uśmiechnął się i kapral – Polski projekt Uniwersytetu Krakowskiego czerpiący wzorce z amerykańskiej stacji kosmicznej zaplanował na trasie Ziemia – Mars mapę dwudziestu dziewięciu baz dokujących dla kosmicznych statków. Przy ogromnym zużyciu surowców naturalnych Ziemi i wykorzystaniu nowej technologii, do tej pory ściśle strzeżonej na Kremlu, projekt ten udało się zrealizować. Rosjanie stworzyli rakiety kilkukrotnie przewyższające moc tyh amerykańskich. Każda stacja Łoskowskiego, nazwana tak od nazwiska pomysłodawcy, miała być zaopatrzona przez amerykańskie sondy w paliwo dla rosyjskich rakiet. Dzięki ścisłej współpracy i utworzeniu Unii Kolonizacyjnej Marsa udało się tutaj dolecieć.
- I co wtedy się stało?
- Katastrofa Gagarina-31. Pierwsi przybysze nie przeżyli spotkania z tutejszą fauną i florą. I tu kolejny polski akcent: legenda mówi, że przeżył tylko nasz polski klecha, kapelan ekspedycji.
- Legendami zajmiemy się później Franek. Ty zawsze lubiłeś bajki! W wojsku liczą się fakty, rozumiesz? Fakty!
- Przepraszam, z drugiej strony...
- To nie wojsko, to stalkerstwo.
- Mówiłem ci, żebyś nie czytał Strugackich!
- To nie ja doktorze, to on. Tamten Franek. Ja tylko pamiętam.
- Dobra. Mów jaki procent terytorium Marsa został do tej pory skolonizowany.
- Dwa przecinek siedem.
- To dane sprzed sześciu lat, dziś mamy już trzy i jedną dziesiątą. Ale skąd miałeś to wiedzieć, prawda? Ważne, że wiesz co robimy na tej planecie.
- Eksterminujemy co agresywniejsze formy życia i próbujemy przeciągnąć naturę na swoją stronę. A co za tym idzie badamy przyczyny tutejszych anomalii. Nie dziwne, że powstaje tu tyle mitów i legend. Podobno na Ziemii nie było duchów.
- Ech, Franek – westchnął doktor poraz wtóry – poczekaj chwilę. Podbiję ci tylko papiery żeś zdrowy i takie tam. Zaniesiesz je na spotkanie z mjrPoborskym.
Doktor Wawrzyn osłuchał klona po czym wyjął z szuflady jakieś papierzyska, podpisał i podstęplował.
- Teraz możemy porozmawiać prywatnie. Herbaty?
- Poproszę.
Staruszek zaparzył mocną zieloną z papierka. Podał cukier.
- Nie chodzi o to, - zachrypił doktor – że na Ziemi nie było, czy też nie ma zjawisk paranormalnych tylko po prostu albo ich nie udokumentowano, albo się w nie nie wierzy. Z kolei tu na Marsie zjawiska te trudno zaliczyć do paranormalnych, bo z naukowego punktu widzenia są to procesy, których w większości nie znamy przyczyn. Kiedy pierwsi mieszkańcy Ziemii ujrzeli pioruny myśleli, że to bogowie – tak mała była ich wiedza na temat otaczającego ich środowiska. Podobnie jest tu z nami. To co wydawało się niemożliwe, bądź nie zdarzało się na Ziemii, my, rdzenni przecież Ziemianie, uznaliśmy za anomalie. Ta teoria zyskuje naukowe poparcie już w wielu odkrytych przypadkach np. tulipany Goa. Chiński naukowiec udowodnił, że pyłek tych roślin, które co prawda przypominają raczej mak rosnący na bambusie niż tulipany, zawiera substancje halucynogenne działające silnie psychotropowo. Przebywanie więc w pobliżu tych kwiatów w okresieich pylenia jest strasznie niebezpieczne. Nieprzypadkowo używam tutaj przymiotnika „strasznie”. Otóż ofiary pyłku Goa skarżyły się właśnie na wizje duchów i nieustanne wycie w uszach. Urojone skowytanie podobno brzmi niczym potępieńcze krzyki smażonych w smole, czy też obdzieranych ze skóry. Działanie tego pyłku jest tak silne, że atakuje wszystkie zmysły. Nie tylko wzroku czy słuchu, ale i smaku, powonienia a nawet dotyku. Nie jest wykluczone, że ze strachu narobisz w gacie, czuć będziesz zapach spalenizny i siarki, a w ustach będziesz miał metaliczny posmak krwi. Mało tego, jeśli w swojej wizji dostaniesz np. cios nożem pod żebro, organizm twój odczuje to i skóra faktycznie zostanie rozcięta. Nie pozostanie za to najmniejszy ślad na pancerzu.
...Ciekawym zjawiskiem jest też to, że występują wizje zbiorowe. Nie zawsze, ale bywa że tak jest. Dla przykładu opowiem ci treść jednego z dokumentów opisujących takie zjawisko. W szklarni z kuloodpornego szkła posadzono tulipany Goa i w okresie kwitnienia zamknięto w niej dziesięć osób. Do przeprowadzanych eksperymentów odpłatnie zgłaszały się grupy zdesperowanych ochotników i szukający szans na warunkowe zwolnienie więzniowie. W kilkukrotnie powtarzanych badaniach, mimo braku możliwości kontaktu z pozostałymi uczestnikami, zgodność zeznań dochodziła do stu procent. Na przykład kiedy jednemu z obserwowanych w szklarni urwało głowę, każda osoba z pozostałej dziewiątki, choć przesłuchiwana oddzielnie, zeznawała to samo. Rzekomo goniły ich wściekłe psy, a głowę tamtego nieszczęśnika urwał niematerialny duch owijając mu wokół szyi łańcuch. Sekcja zwłok wykazała na szyi nieszczęśnika odciski łańcucha. Wynika z tego jak silnie paraliżująco na odbiór rzeczywistości i zachowanie ludzkiego organizmu oddziałuje substancja zawarta w pyłku tych kwiatów. Jako neutralizatora w szklarni używano zwykłej wody. Oklejony pyłek opada na tyle nisko, że stwarza zagrożenie najwyżej dla leżącego. Po odcięciu stałego dopływu substancji do układu oddechowego efekt utrzymywał się przeciętnie jeszcze przez niecałą minutę. W skrajnym wypadku były to dwie minuty. Pech chciał, że przez ten czas, badany zagryzł dwóch innych ze szklarni. Dwójka z tych, którzy przeżyli twierdziła, że zamiast reszty widzieli zębate, zielone trolle. Reszta twierdziła, że była trollami. Najczęściej jednak występują wizje demonów i upiorów.
- Dobra, wierzę. Ale w jakim stopniu jesteście zdolni chronić nas przed anomaliami, których nie znamy?
- W zerowym. Wspominałeś legendę o tym księdzu – no cóż. Jest kilka wersji. Jedna z nich, niezbyt chlubna, mówi że to on pozabijał resztę załogi. Najmroczniejsza z nich wspomina nawet, że pił ich krew. Mamy zatem drugą Elżbietę Batory... Inne źródła twierdzą, że osoba z pokładu Gagarina-31 wcale nie była księdzem, a jedynie się za niego podszywała. Romantyczna wersja mieszała do tego wszystkiego jakąś kobietę – historia odrzuconej miłości, podszywanie się za księdza, pierwszy lot na Marsa, wampiryzm. Możliwe, że ten potwór żyje dotychczas he, he. Największą jednak zagadką owej legendy jest jej pochodzenie. Wydaje się wręcz, że pojawiła się z nikąd. W każdym razie łącząc te wszystkie bajki mamy całkiem ładną historyjkę. Ale to wszystko. Dudy smolone koła gospodyń wiejskich.
- O ile pamiętam doktorze, to nie ja jestem tutaj przesądny. Ja się tylko boję, żeby te anomalie nie przerosły granic naszego poznania.
- Bóg nie pozwoli.
Franek prychnął popijając herbatę. Doktor Wawrzyn spokojnie uniósł filiżankę do ust i zrobił mały łyczek.
- Nie wyśmiewaj mojej wiary chłopcze. - rzekł surowo, lecz ciepło – Wierzę, że dusza Franka jest teraz w tobie. Inaczej nie przyjąłbym cię tak gościnnie. Jestem naukowcem, ale akurat to że żyjesz, śmiało można uznać za cud. Leć już na spotaknie z majorem. Zostało ci niewiele czasu.
Kapral Mrzawka zamykając za sobą drzwi rzekł do siebie:
- To był fart, doktorze, nie żaden cud. Po prostu fart.
***
- Widzę, że są już wszyscy – powiedział major Poborsky tonem pełnym powagi i dostojeństwa – siadajcie panowie.
Czech, bo major był Czechem, podszedł do tablicy na której wyświetlony został obraz mapy operacyjnej.
- Nie kryję tego, że zaczynając od kapitana McLeod’a, przez obu kaprali: Pavlic’a i Mrzawkę, aż do starszego szeregowego Bueno, każdy z was znalazł się tutaj z powodu nałożenia kary dyscyplinarnej. Nie jesteśmy tu jednak by wypominać wam wasze przewinienia.
Po krótkim wprowadzeniu major Poborsky przeszedł do objaśnienia szczegółów zadania. Na ekranie została wyświetlona mapa z przekazu satelitarnego. Żółtymi liniami nakreślony został na niej trójkąt wyznaczający granice terytorium przeznaczonego do zbadania podczas misji. Cel: oczyścić i zabezpieczyć teren poprzez rozstawienie czujników w strategicznych miejscach. Osiem punktów wyświetliło się na mapie w postaci czerwonych krzyżyków. Trzy z nich w kątach narysowanego trójkąta. Kolejno na północny wschód od podstawy w głąb terenu zaznaczono trzy, dwa a następnie jeden punkt, coraz bliżej wierzchołka.
Jak później objaśnił major, granice miejsca nieprzypadkowo zostały obrysowane jako trójkąt. Otóż fragment Rdzawego Lasu, do którego byli właśnie wysyłani czterej komandosi znajdował się na wzniesieniu. Nazwę tą miejsce zawdzięczało kolorowi leśnego podszycia. Mars to nie Ziemia. Tutaj system uwarunkowań klimatycznych terenu jest znacznie bardziej skomplikowany. O ile kilkanaście kilometrów dalej rozrastała się tropikalna dżungla, której część udało się już skolonizować, Rdzawy Las przypominał znane z ziemskiej strefy umiarkowanej lasy liściasto-iglaste. Rozległość obszaru wyznaczonego przez trójkąt miała około czterdziestu kilometrów kwadratowych. Przypuszczając, że do dwóch pierwszych punktów u podstawy trójkąta uda się dotrzeć samochodem pozostawało jeszcze jakieś dwadzieścia kilometrów do przeczesania na piechotę. Na koniec major Poborsky ostrzegł jeszcze o możliwości napotkania komanda TPWP, organizacji terrorystyczno-gangstersko-anarchicznej, założonej przez dezerterów z UKM i cywili, walczącej o ideę Marsa wolnego od ziemskiej biurokracji. Inaczej to ujmując Towarzystwo Przyjaciół Wolnej Planety chce przywłaszczyć sobie tę planetę i ustanowić nowe prawa. Stworzyć nową Amerykę. Nie wiadomo jak ta organizacja zabezpiecza się przed anomaliami, mimo to jej członkowie są dobrze uzbrojeni i niezwykle niebezpieczni.
Po odbiór ekwipunku żołnierze mieli się zgłosić do magazynu w pojutrze o godzinie szóstej rano. Do tego czasu mieli wolne. Wystarczająco długo by się schlać i zdążyć wytrzeźwieć. Franek nie miał zamiaru iść na picie, w zasadzie nie wiedział co ze sobą zrobić. Pomyślał, że wróci do pokoju i będzie patrzyć w ścianę z myślą o wczoraj poznanej kobiecie. Jednak przed cholerną monotonią jaką gotów był sobie zgotować, ocalili go nowo poznani koledzy. Jakimż błogosławieństwem okazał się wpólny, marsjański język. Kapitanowi McLeod’owi nikt nie śmiał odmówić zaproszenia na wódkę. No cóż, pomyślał Franek, rzeczywistość nie zawsze pokrywa się z planami.
***
Bar z egzotycznymi tancerkami szybko pozwolił zapomnieć, że za oknem lało niemiłosiernie. Dodatkowo pomogła w tym siwucha. Żaden z czwórki żołnierzy nie kwapił się do opowiadania za co został poddany karze dyscyplinarnej. Byli tam po prostu, żeby się bawić. Może też, aby zapomnieć. W każdym razie potrzebowali relaksu przed tym co ich czeka.
Po bliżej nieokreślonej ilości głębszych kaprala Mrzawkę spotkał niemiły incydent. Kiedy oddalał się spokojnym, hotelowym korytarzem w kierunku toalety, wpadł na jednego z komandosów, którzy złapali go w dyskotece. Jednego z tych, którzy widzieli jak zabił samego siebie. Korzystając z tego, że nie ma nikogo w pobliżu kwadratoszczęki blondyn szczapił Franka pod szyję, podparł go o ścianę i warknął:
- Ty cholerny klonie! Powinniśmy cię wtedy zabić!
Franek był już trochę pijany i nie od razu poznał twarz żołnierza.
- Uważaj bo mi... garnitur poniszczysz – odezwał się tylko.
- Jak śmiesz! Zabiłeś Franka, a teraz bezczelnie się za niego podszywasz. Mało tego, masz na to pozwolenie UKM! – rosły komandos szarpał Frankiem na lewo i na prawo coraz bardziej wbijając go w ścianę.
- Ale ja... – klon nie wiedział co robić, był wyraźnie mniejszy i słabszy od przeciwnika.
Żołnierz w końcu tylko cisnął Frankiem o podłogę i wycedził:
- Szkoda na ciebie mojego czasu. Ciesz się, że niedawno przechodziłem dyscyplinę inaczej nie wywinąłbyś się tak łatwo.
Wróciwszy do baru Exotico, który znajdował się na parterze hotelu, kapral wypił jeszcze tylko piwo. Nie miał już ochoty na zabawę. Wróciwszy do swojego pokoju, leżąc na łóżku nie mógł zasnąć. Jeszcze nie tak dawno zamartwiał się o nieznajomą kobietę, teraz dręczyły go wyrzuty sumienia związane z zabiciem tamtego siebie. Patrząc na falującą ścianę oddawał się pijackim myślom. Co mi byłem winny? – myślał. Wykonywałem tylko swoją pracę, a potem mnie zabiłem. Ja – mój klon. Paranoja. Boże... może drWawrzyn ma rację, może jego dusza jest teraz we mnie? Może on to ja? Ale nie pamiętam przecież sześciu lat kiedy byłem od siebie starszy... Tak. On to ja, ale ja to nie on. Tak jak każdy kwadrat jest prostokątem, a nie każdy prostokąt jest kwadratem. Będę nim dopiero za sześć lat. Tak jak ten prostokąt co może stać się kwadratem po kilku poprawkach. Ale to i tak bez sensu. Mogę być takim samym, ale nigdy nie będę tym samym Franciszkiem Mrzawką – nigdy. Aż chce się wzywać bogów. Lecz co to pomoże, kiedy duszy brak?
...Nie myśl o tym. Pojutrze zadanie. A co jutro? Nieważne. Nie wiem. Nieważne.
Zasnął.
***
Cały dzień wolnego kapral Franciszek Mrzawka spędził na walce z kacem i kontemplacji nad własną egzystencją.
***
Zgodnie z założeniami, czwórka komandosów pod dowództwem kapitan McLeod’a, rozstawiła pierwsze dwa znaczniki dojeżdżając do celu terenówką. Teraz odbiór satelitarny z oznaczonych miejsc został wzmocniony i jego obraz zyskał na jakości do tego stopnia, że możnaby obserwować ruchy migracyjne tutejszych mrówek. Zostało jeszcze sześć punktów do odwiedzenia. Gęsty las zmusił drużynę do opuszczenia auta. Cała czwórka przeładowała broń i jeszcze raz sprawdziła sprawność radarów na nadgarstkach. Franek, że schudł po swojej śmerci, jako jedyny nie otrzymał karabinu z wyrzutnią tylko dwa ręczne granaty. Po prostu mógłby się nie udźwignąć.
Drużyna postąpiła ledwie kilka kroków w kierunku drzew i schodząc z pagórka napotkała pierwszą bestię. Paskudny raptor wielkości małej krowy szarpał mięso świniopodobnego kretoszczura. McLeod skinął ręką w geście wstrzymującym pochód.
- Franek. –powiedział z cicha i wskazał palcem na wielkiego jaszczura.
Słuchawka w hełmie działała bez zarzutu. Franek odbezpieczył karabin i podziurawił cel. Tryb strzelania ustawiony miał na krótkie serie. Pierwsza seria raniła dinozaura jedynie na tyle, by zwrócić jego uwagę na niebezpieczeństwo. Dopiero druga zadała mu śmiertelne rany. Dzięki odpowiedniemu doborowi broń nie ciążyła Frankowi w rękach, a i odrzut nie przeszkadzał w celnym strzelaniu. Mimo to kapitan McLeod spojrzał na kaprala Mrzawkę kpiąco.
- Nie marnować amunicji – syknął, a Franek doskonale usłyszał to przez słuchawkę.
Reszta buchnęła śmiechem. Wszystkiecztery hełmy miały łacza do komunikacji bezpośredniej. Franek domyślił się, że powinienbył zmienić tryb strzelania na pojedynczy i załatwić raptora strzałem w głowę. Szare truchło dinozaura leżało już jednak podziurawione, a czasu nie dało się cofnąć. Przełknął zniewagę w milczeniu i pomaszerowali dalej.
Byli już w połowie drogi do kolejnego, trzeciego już punktu strategicznego (jak wiadomo, dwa poprzednie zostały odwiedzone za pomocą terenówki), kiedy starszy szeregowy Bueno wypalił z pomysłem.
- A może by się tak rozdzielić? Po co zasuwać razem dwadzieścia kilometrów, kiedy możemy odfajcować robotę w parę minut i mieć fajrant?
- Zamknij się. – skarcił go McLeod – Wiesz dlaczego wciąż jesteś szeregowcem? Bo jesteś głupi i długo ci tak zostanie. Myślisz, że jesteś w stanie poradzić sobie tutaj w pojedynkę?
- Przecież nic się nie dzieje. Jest bezpiecznie. – bronił się Hiszpan.
- Między twoimi uszami. TAM nic się nie dzieje. – Przycisnął go McLeod, a Franek z Pavlic’em parsknęli śmiechem. – Kapral Franek ustrzelił raptora, co wiecie o tych zwierzętach starszy szeregowy Bueno? – McLeod przeszed na ton oficjalny.
Bueno zachował milczenie. McLeod dokończył za niego.
- Że mają duże zęby. A wiecie co ja wiem o tych zwierzętach?
Hiszpan jedynie przełknął ślinę.
- To, że polują w grupach. Nadal chcecie się rozdzielić starszy szeregowy Bueno?
Franek z Pavlic’em wymienili porozumiewawcze spojrzenia i półuśmieszki. Wiedzieli, że w armii UKM nie ma miejsca na takie głupie rzeczy jakie sugerował Bueno. Jak się później okazało kapitan McLeod miał całkowitą rację.
Rozstawiając czujnik numer trzy usłyszeli strzały. Kierunek z którego dochodził hałas nieznacznie różnił się od tego, który wskazywał najkrótszą drogę do punktu czwartego. Nie mogli sobie pozwolić na to, żeby nie sprawdzić skąd dochodzą strzały. Po przebiegnięciu kilkuset metrów, skryci za grzbietem terenu zaobserwowali czteroosobową grupę TPWP odpierającą atak raptorów. Gadzi trup ścielił się gęsto. Czwórka terrorystów, ubranych w szare egzoszkielety z żółtymi znacznikami, stała do siebie plecami, formując jakby okrąg, i strzelała krótkimi seriami. Dało się zauważyć, że ich broń była znacznie prymitywniejsza od tej, którą posiadali komandosi. Wrażenie za to, robił czarnorynkowy egzoszkielet, który stał na o wiele wyższym poziomie technicznym niż pancerze wojskowych. Raptory nadbiegały od północy, ale wykorzystując instykt drapieżcy, okrążały swe ofiary. Było ich ze dwadzieścia sztuk. Około ośmiu leżało już martwych u stóp terrorystów. Musiały być strasznie wygłodniałe skoro atakowały cała watachą.
- To co? – mruknął Bueno – Po jednym na każdego?
- Idiota. – syknął kapitan – Poczekamy, aż je powykańczają. Wasza trójka zostnie tutaj i przydusi ich ogniem, ja zajdę z flanki od północnego wschodu. Nie strzelać dopóki zostanie choć jeden raptor. Jeżeli was zaatakują strzelać z bliska, a terrorystom rzucić granat. Pod moją nieobecność dowództo przejmie Pavlic. Idę.
McLeod zatoczył ogromne kółko zachodząc terrorystów z boku. Zniknął z pola widzenia. Wbrew pozorom strój składający się z bordowego kasku, czarnego pancerza i oliwkowych spodni, doskonale maskował w Rdzawym Lesie. Kiedy z rąk czynowników TPWP padło jeszcze kilka raptorów, bestie zaczęły się cofać. Kilka z nich wyczuło jednak ukrytych komandosów. Miast uciekać za resztą, napadły na nich skuszone wonią mięsa. Wszystkie zaatakowały z jednej strony. Na tyle szybko i agresywnie, że Bueno został ugryziony w lewe ramię. Franek rzucił granat w stronę terrorystów. Dwójce żołnierzy obok, udało się już rozprawić z dinozaurami. Wybuch uśmiercił jednego z terrorystów. Pozostała trójka zdązyła się rozbiec. Na nieszczęście komandosi nie bardzo zauważyli gdzie.
- Na pewno pochowali się gdzieś za drzewami. – mruknął Pavlic – Trzymać pozycję! – warknął kiedy Bueno wychylił się zza klepiska. - Wypatrywać. Jak się coś ruszy, to strzelać.
- Nie. – sprzeciwił się Franek – A co z kapitanem? Nie możemy się tak strzelać. Spróbuj się z nim skontaktować. Niech wraca tą samą drogą. Ja w tym czasie opatrzę rękę Bueno.
Pavlic początkowo zbity z tropu, skinął głową przyznając Frankowi rację. Chorwat zaczął majstrować przy hełmie. Szumy i fale radiowe zagłuszały sygnał. Kapitan był zbyt daleko. Ręka Hiszpana wyglądała paskudnie. Rozerwana tkanka mięśniowa odsłaniała kość. Aż dziw, że Bueno nie wył z bólu. Mało tego, nadal był w stanie strzelać. Mimo tego kapral Mrzawka zrobił mu zastrzyk przeciwbólowy i wyjąwszy bandaż z pancerza owinął nim jego rękę.
- Trzeba będzie to zeszyć. – mruknął do niego – Wrócisz do auta, weźmiesz radio i poprosisz o wsparcie. Twoją ranę powinien zobaczyć lekarz.
- Zwariowałeś Franek?! – ryknął na niego Pavlic – Ja tu wydaję rozkazy. Bueno – zwrócił się do rannego – zostajesz. Nie mogę się połączyć z tym cholernym Amerykańcem! Idziemy na wschód, od razu do siódemki. Od drzewa do drzewa. Za mną.
Przebyli wężykiem może ze sto metrów kiedy otworzono do nich ogień z frontu. Kora wraz odłamkami drzew pofrukiwała nad ich głowami niosąc za sobą złowrogi świst kul.
- Padnij, kurwa, kryć się! – wydał oczywisty rozkaz Pavlic.
Podkomendni usłuchali go jak samego Boga. Brzask poranka zmienił się w ponurą szarugę. Nie było mgły, ale kolor nieba ograniczył pole widzenia w gęstym lesie niemal do półmroku. Strzały ucichły. Terroryści z TPWP uciekali dalej. Żołnierze wstali i próbowali mierzyć zza drzew, ale nie było do czego. Ozwało się pohukiwanie sów.
- Co teraz? – zapytał Mrzawka Pavlic’a z nieukrywanym wyrzutem. – Do szóstki, czy do czwórki?
- Do czwórki i do auta. – dyszał Pavlić – Jak pójdą za nami to będziemy kluczyć. Tak i tak musimy zrobić koło.
Znając rozstawienie punktów na mapie miało to sens. Znajdowali się na południe od obranego celu. Samochód zaparkowany był przy najbardziej oddalonym na południe spośród reszty punkcie drugim. Z braku lepszych pomysłów drużyna przystała na plan Pavlic’a. Musieli się trochę cofnąć. Terroryści chyba ich nie gonili. Za to usłyszeli jak ktoś przed nimi znowu wali w dinozaury. Był to McLeod. Przyparty do drzewa łoił ile weszło w nadciągającą nań watachę. Był bardzo silny, potrafił celnie strzelać długimi seriami. Franek i reszta, zorientowawszy się w sytuacji, pognali co sił na ratunek kapitanowi. Zachodząc od boku, rozprawili się z większością gadów krótkimi seriami. Kiedy grupa z nich rzuciła się do ucieczki, Franek przestawił tryb strzelania na pojedynczy i odstrzelił jednemu głowę. Zauważywszy to Bueno, mimo rannej ręki, zrobił to samo i odstrzelił gada dosłownie w ostatniej chwili, kiedy znikał już na horyzoncie. Kapitan McLeod mógł w końcu odetchnąć, dołączywszy do drużyny rzucił tylko krótkie „dziękuję”.
- Melduję panie kapitanie, że są kłopoty. Bueno jest ranny. Trzeba go zluzować, bo się wykrwawi. Poza tym nie wiemy ile jeszcze bojówek mają terroryści. – zasalutował pośpiesznie Franek.
McLeod zmierzył żołnierzy wzrokiem.
- A wy Pavlic, co? Języka w gębie nie macie? Czemu nie zdjęliście, tak jak koledzy, uciekającego dinozaura? Zaraz tu, kurwa, przyprowadzi całą armię. – zdenerwował się – Przy okazji, wy też powinniście mi podziękować. Spieprzyliście i osłoniłem wam dupę. Na początku biegłem przed wami, jakieś pięćdziesiąt metrów na północ. Zdążyłem zdjąć jednego z tamtych, więc zostało ich dwóch. Jeśli mają tu gdzieś obóz, to z pewnością są już gotowi. Potem wróciłem na tyły, by chronić was przed gadami, bo wy już całkiem o nich zapomnieliście. Przeliczcie truchła. Po pierwszym starciu zabito ich z piętnaście. Teraz drugie tyle. Tego ścierwa jest tu cała horda. Te co uciekły wrócą z kolegami. Jestem tego pewien. Robimy tak: ja z Pavlic’em pójdziemy do czwórki, a potem do piątki. Franek odprowadzisz Bueno do auta, niech włączy radio i spróbuje wezwać posiłki, a jego samego niech wezmą do lazaretu. W aucie Bueno zostaje sam. W razie kłopotów obroni się z działka stacjonarnego. Do tego czasu powinniśmy zdążyć obrócić i spotykamy się cała trójka, ja, ty i Pavlic przy trójce.
Drużyna rozbiegła się. Franek stracił McLeoda i Pavilica z oczu. Zapowiadało się łatwo. Teren do „trójki” i do auta był już znajomy. Biegli truchtem. Bueno trochę zwalniał, upływ krwi robił swoje. Franek miał złe przeczucia. Na powrót wyszło słońce. W lesie było cicho jak makiem zasiał. Podejrzanie głucho. Zatrzymali się. Rozejrzeli wokół. Trrrrrrr! Dziwaczny dźwięk co chwila dochodził z oddali. Przypominał powolne przesuwanie paznokciem po grzebieniu. Zza krzaka wybiegł pokraczny świniec kwicząc i chrumkając.
- Niedobrze, - mruknął Franek – Ten tłuścioch zwabi tu drapieżców. Spieprzajmy Bueno, spieprzajmy.
Powtórzenie to dostarczyło wystarczającej motywacji aby skrócić czas potrzebny do pokonania odległości do „trójki’. Zdyszani i zsapani oparli się o drzewa i zatrzymali na chwilę.
- Dasz radę? – zapytał Mrzawka.
- A co mam nie dać? Idziemy. – obruszył się Hiszpan cwaniacko.
Ruszyli, lecz wbrew swojemu hojractwu Bueno poważnie spowalniał tempo i Franek co rusz musiał oglądać się za plecy. Nie miał ochoty na kolejne spotkanie z gadami. W końcu, obliczu ciągłych obaw i mrowia kropli potu na czole Franek i Bueno dotarli do samochodu.
- Dobra, włączaj to cholerne radio i uważaj na okolicę. Najlepiej od razu odbezpiecz działko stacjonarne. Spływam. – powiedział Franek i pobiegł spowrotem do lasu. Przy trójce czekał jakieś dziesięć minut. Zdyszani Pavlic i McLeod potrzebowali odpoczynku.
- Hyy, hyy... – dyszał Pavlic – ale się, kurwa, nabiegamy.
- Ciężko było? – zapytał Franek – Może trzeba było od razu do szóstki? Nadłożymy drogi od cholery.
- Słuchaj Franek, – powiedział McLeod, celowo nie używając nazwiska, którego nie potrafił wypowiedzieć – nie dałoby rady. Po prostej z piątki do szóstki rozciągają się bagna. Do tego zaatakowały nas jakieś przerośnięte, czarne osiska. Spójrz jak mi kark puchnie. Z Pavlicem nie jest lepiej.
- I tak macie szczęście, że ich jad nie zawierał neurotoksyny albo jakiegoś innego świństwa.
- Dobra. Nie ma co siedzieć. – McLeod podniósł się ze ściółki – Zasuwamy do... – tu spojrzał ukradkiem na radar na nadgarstku – „siódemki”.
Pavlic chciał jeszcze chwilę poczekać, ale na wspomnienie o raptorach szybko zebrał się do kupy.
Frankowi las wydawał się spokojny, ale u drugiego kaprala i kapitana ogłuszająca cisza powodowałą lęk. Co chwilę obracali się i rozglądali, tak jakby coś ich śledziło. Od „siódemki” dzieliło ich wciąż dobrze ponad pół kilometra, a McLeod z Pavlic’em jak na skinienie zaczęli sypać ołów w drzewa. W tym samym kierunku, do jednego celu.
- Co jest panowie? Co jest?! – zawołał Franek przerażony. Czyżby coś przeoczył?
- Biega tam. – powiedzieli niemal równocześnie.
- Jeden.
- W czarnym.
Jeden w czarnym. Brzmi rozsądnie.
- TPWP? – zapytał Franek.
- Nie, to nie był egzoszkielet. Na pewno nie jeden z tamtych. – odpowiedział McLeod.
- To co wy, do cywila łoicie?
- Cywil, tutaj? Żartujesz? – I to były ostatnie słowa jakie wypowiedział kapitan.
Strzał z oddali przeszył mu czaszkę.
- O kurwa! – kilkukrotnie wrzasnął Pavlic w panice.
Złapał kapitana i próbował go cucić. Franek kopnął go w głowę i ochrzanił jak należy.
- Kryj się, kurwa, on nie żyje!
Kiedy rozległy się kolejne dwa strzały, zdążyli schronić się za drzewami.
- Snajper. – mruknął Franek – Ci z TPWP wezwali posiłki.
Słowa te okazały się wręcz prorocze, bo lada moment zleciał na nich grad amunicji. Uciekali na oślep. Terroryści nie dawali za wygraną i zapędzali kilometr po kilometrze.W pewnym momencie Pavlic wystrzelił granat w grupę szturmowców, która podeszła za blisko. Pomimo trzech trupów, ostrzał ze strony wroga wcale nie zelżał ni krztynę. Dalej na oślep. Bez chwili wytchnienia. Franek został trafiony dwukrotnie, ale szczęśliwie obie kule zatrzymał pancerz. Jeszcze więcej szczęścia miał Pavlic, któremu kula obrysowała hełm. Niewątpliwie pomagał teren. Maskujące, rudawe kolory poszycia, naprzemienne górki i padołki, utrudniały napastnikom celowanie. Prawdopodobnie to i tylko to pozwoliło obu kapralom przeżyć tak długo. Zostali zagnani aż pod moczary. Utknęli gdzieś na bagnach na północy. Ci z TPWP byli blisko. Unoszące się opary ukrywały pozycje komandosów. Wciąż słychać było strzały. Droga do przodu była odcięta. Trzeba było uważać żeby gdzieś się nie zapaść. Musieli wrócić i wyjść wrogom naprzeciw. Czołgali się. Ci z TPWP strzelali najwyraźniej nie do nich. Kryjąc się w krzakach kaprale zaobserwowali powtórkę z rozrywki. Terroryści uformowawszy okrąg, plecami do siebie, co chwila posyłali serie w innym kierunku. Z dziewięciu dających się zauważyć postaci, czwórka leżała martwa na ziemi. Co ich zabiło? Jak okiem sięgnąć, nigdzie nie było raptorów. W końcu Franek go dojrzał. Przebiegał między drzewami i coraz bardziej zbliżał się ku przerażonym terrorystom. Ten jeden. W czarnym. W jednej chwili, z nieba lunął taki deszcz, że uderzające o skórę krople powodowały ból. Nieznajomy tak szybko wyskoczył zza drzewa, że zdołał przy tym wytrącić broń jednego z terrorystów. Rozstrzelał go wraz z kolejnym, który stał tuż obok. Wtedy Franek dojrzał na jego szyi koloradkę. Klecha! Niemożliwe...
- To on! – wrzasnął Pavlic, wstał i jak opętany rzucił się do ucieczki.
Przerażenie udzieliło się i Frankowi, kiedy ujrzał jak ksiądz rozbija czaszkę jednego z TPWP kolbą karabinu, a drugi załatwia trzeciego rykoszetem. Ten duchowny to jakiś upiór, pomyślał Franek. W ten czas klecha wytrącił broń ostatniemu żywemu terroryście, wykręcił mu szyję i wbił zęby w szyję... Pił. To niemożliwe, pomyślał Franek, to legenda. Goa... te kwiaty muszą tutaj gdzieś być. Ale to przecież niemożliwe, tutaj są bagna, wilgoć, do tego pada... Na wszelki wypadek Franek uruchomił tryb maski gazowej w hełmie. Wysunęły się zasuwki i osłoniły mu nos ,i usta. Mrzawka wyskoczył z krzaków, docisnął broń do ramienia i wycelował w wampira.
- Stój! Ręce do góry! – krzyknał, a klecha puścił swą ofiarę. Franek mierzył mu w plecy.
- Ręce do góry, kurwa! – rozkazał jasnowłosemu księdzu ponownie.
Ten delikatnie uniósł obie dłonie i odwrócił się z przerażającym półuśmieszkiem na ustach. Jego poplamiona krwią twarz była niezwykle wyblakła. Nie tyle blada, co pozbawiona koloru. Oczy miał podkrążone jak największy fan Tibii. Wyglądał młodo. Góra dwadzieścia lat. Był dużo wątlejszy od Franka, lecz to jak przed chwilą załatwił oddział TPWP przerażało. To było jak szatański spektakl mocy nadprzyrodzonych. Wampir postąpił krok do przodu rzucając komandosowi spojrzenie. Oczy jego, choć nieco przekrwione, jako jedyne sprawiały pozór normalności. Kapral cofnął się. Wystraszył.
- Stój mówię! – krzyknął zrozpaczony, a do oczu zacząły cisnąć się łzy.
Bał się. Widział bardzo mgliście. Wampir rozpływał mu się przed oczami. Franek nie potrafił już określić czy ksiądz się porusza, czy też nie. Sam stał sparaliżowany. Jakby pogodził się z tym, że zaraz umrze.
Deszcz lał z nieba nieprzerwanie. Przemoknięci stali naprzeciw siebie. Wampir opuścił ręce, Franek broń. Milczenie. Na żadnym znich nie było suchej nitki. Woda ściekała po nich strumieniami. Klecha podszedł do Franka i ujął jego głowę dłońmi. Ten rzucił broń. Pozwolił zdjąć sobie hełm. O dziwo wampir nie wbił mu się w szyję, ani też nie powiedział nic w stylu „jesteś mój”. Nie mówił nic. Czekał na pytania. Franek jednak nie wiedział o co pytać. Zastanawiał się czemu wciąż żyje.
- Dlaczego? – wyjąkał w końcu.
- Bo jesteśmy do siebie podobni. – spokojnie odrzekł wampir, a krople deszczu zadzwoniły mu na zębach.
Nie miał przerośniętych kłów. Jego uzębienie było całkowicie normalne. Woda już dawno zmyła krew z jego twarzy. Mówił dalej.
- Pewnie jesteś ciekaw, jak to jest? – podjął swą opowieść – Krew. Krew jest odpowiedzią na wszystko. Nie, nie jestem księdzem. Kiedy się pierwszy raz odrodziłem... heh... sobowtór. Wyobrażasz sobie taki fart? Wyssałem klechę jak pająk muchę, razem z mięsem, razem z kośćmi. Skórę rzuciłem jego własnemu psu. I zeżarł! Takie to szlachetne zwierzę, i zeżarł! Najlepszy przyjaciel człowieka. Bez śladów, jak gdyby nigdy nic. Stałem się nim. Księdzem.
- Gagarin-31... – wyjąkał Franek, pokonując strach ciekawością.
- Żadnej katastrofy nie było. Ja zabiłem. Zamarynowałem i wypiłem na raty. Baza spłonęła? Zrobiłem sobie fajerwerki. Czysta finezja. Na ziemii uwerzyli. A w co mieliby wierzyć? Ty też nie wierzysz. Pierwsza ekspedycja kolonizacyjna Mars - nie powiodła się. Reszta to legendy.
- Ale.. ale to prawda...
- Sam decydujesz w co chcesz wierzyć. Ja mówię ci jaka jest prawda. Miłość, przyjaźń – wszystko to oszustwo. Łgarstwa dla istot ludzkich. Bez uczuć. Bez współczucia. Ludzie... – czuję do nich wstręt. Wiesz co czyni ich takimi? Dusza. Dusza, którą tak sumiennie zatruwają. Moja jest przeklęta, ty nie masz jej wcale. Wiesz co nas łączy? Samotność. Są źli. Gorsi od nas. Moja zemsta, to grzech. To ich Bóg, także mój, ale twój - nie. Ciebie zasady nie obowiązują, Ty nie grzeszysz. Moją duszę wyklął, tobie nie darował jej wcale. Ludzie grzeszą, są źli.
- Nie.
- Nie? Nie pamiętasz co ci zrobili? Jaki los cię czekał? Co cię uratowało? Fart! Tak jak mnie! Mówię ci – krew! Krew jest odpowiedzią na wszystko. W niej utopiłem swoją samotność. Samotność! Rozumiesz? Ty też jesteś sam. Ciebie też uratował łut szczęścia, przypadek. Ciebie też nienawidzi Bóg! Jesteś klonem, nie masz duszy, więc jesteś czysty! Ciebie nie sięga skaza grzechu. Ale ty chcesz! Chcesz mieć duszę, prawda? Chciałbyś być taki jak inni. Poznać człowieczeństwo. Pomogę ci. Dam ci swoją duszę. Nie bój się, pozostaniesz czysty. Moje przekleństwo to mój grzech. Nie bój się...
Wampir uspokajał, lecz nie pomagało. Franek bał się jak cholera. Jego oddech stał się płytki i ukradkowy. Puls przyspieszył. Przeklęty wchłonął się w nigo niczym para w suche ubranie. Przestało padać.
Franek przetarłwszy oczy dojrzał na moczarach wejście do jaskini. Udało mu się tam podejść. Zajrzał w czeluść, ale nie miał odwagi, żeby zejść.. Przypomniał mu się cytat z Nietzschego: „kiedy spoglądasz w otchłań, ona również spogląda w ciebie”. Bał się, bo nie wiedział czego spodziewać się wewnątrz. Dom wampira... Głowy w słoikach, spreparowane części ciała... Za dużo wrażeń na dziś. Nie byłby gotowy na na taki widok. Padł na kolana i zemdlał tuż przed pieczarą.
***
Ośmioosobowa ekipa wsparcia dokończyła zadanie komandosów. Stracili jednego człowieka. Kapral Pavlic nigdy się nie odnalazł. Kapral Mrzawka został cudownie odnaleziony na moczarach, przy grocie kretoszczurów. Cały i zdrowy. Lekko przemęczony.
Na korytarzu, w hotelu, spotkał pamiętną szatynkę obściskującą się z Bueno. Poczuł to co wampir. Nie zew krwi. Wstręt do człowieczeństwa. Miłość, pomyślał, darowana nie jest w niczym lepsza od kupionej. Jest po prostu tańsza.
Następnego dnia postanowił odwiedzić doktora Wawrzyna. Opowiedział mu wszystko, tak jak zapamiętał. DrWawrzyn uśmiał się trochę i opowiedział Frankowi o odkryciach w dziedzinie parapsychologii i , o badaniach na dostarczonej przez drugą ekipę czarnej osie.
- Widzisz Franek, jad tych owadów, podobnie jak pyłek tulipanów Goa, zawiera substancje halucynogenne. Są one dużo słabsze niż w przypadku kwiatów, ale i tak wystarczy jedno ukąszenie, by pobudzić nadwrażliwość nerwową.
- Ale ja nie zostałem użądlony. Wspólna wizja jest wykluczona.
- I tu się mylisz. Znalazłem notatki pewnego profesora, który brał czynny udział w badaniach nad sprawą masowych omdleń w ziemskich katakumbach. Dowodzą one, że wystarczy przebywać w towarzystwie osób spanikowanych, by nie wiedząc o tym, również spanikować w ogóle nie znając zagrożenia czy też powodów paniki. Wg jego teorii są za to odpowiedzialne dwa czynniki. Wytwarzane hormony i emitowane przez mózg fale neurowęzłowe. Tak się składa, że tu na Marsie fale te są w naturalny sposób wzmacniane i rozchodzą się dużo szybciej niż na Ziemii. To dlatego, jak to powiedziałeś, na Ziemi nie ma duchów. Tu też ich nie ma, tylko że tam – bardziej. Fale neurowęzłowe napotykają tam więcej zakłóceń i dlatego wspólne wizje zdarzają się tam dużo rzadziej.
- Czyli jednak, nie mam duszy.
- Tego wampira? Nie. Franek, masz swoją duszę.
Kapral Mrzawka skinął głową i wyszedł.
- Przyjaciele... – mruknął za drzwiami – oszustwo.