Kłąb dymu wielkiej parowej maszyny w sąsiedztwie kół zębatych poprowadził gwiżdżącą podeszwę Jonasza ku płonącym oczom zawistnych piekielników. Mroki rozświetlane zazdrosnymi spojrzeniami kamiennych serc żelaznego świata utworzyły tunel. Groza zatrzymała tętno i męstwo dało łzom za wygraną. Snopy iskier rozpoczęły żniwa. Zimna rękojeść sztyletu zgwałciła dłoń. Zaciśnięte palce spazmatycznego bólu ściskały narzędzie mordu i władzy. Czynownicy zazdrości padali jak drzewa bez koron w nieustającym świergocie chorych szelestów. Mokra od krwi posadzka mówiła językiem grzechotnika. Gdy ucichły stalowe bębny krat, pomór ustał a pomrok uwędził kolejną podróż.
-Piwo, proszę!
Piana pokryła usta. Chmielny chłód ostudził płuca. Ufrunęły myśli gdzieś głęboko w warstwę sufitu o niczym rozprawiających gości nadobnych. Widzieli oni kiedy tyle śmierci? Nigdy złota nie nazywaj ukojeniem. Daremna pogoń za próżnością.
Wziął sztylet ze środka kufra i skarb podał tragażom. Z kniei cmentarnego serca sam ledwie uszedł z życiem, ale bez duszy.
-Jeszcze jeden trunek!
El Dorado kupców i maszyn. Atlantyda parowego golema. Węzły nieskończonych kabin i śrut chrzęścidajny pod stopami. Rozciągnięte koleje losów osmolonych niewolniczej trakcji. Bogactwa, intrygi, zdrady i nienawiść. Czy mnie kto zdradził? ...Opuściłem.
W drodze do lepszego życia chlebem rzucił i podeptał. Przystał i przysnął szatanowi oddając cześć, a może innym bogom. Nie on znalazł sztylet.
Kompas zwariował. Nieczytelne stały się znaki mapy, gwiazdy przestały się uśmiechać. Krzew ciernistej jagody owijał kończyny jak gdyby szukając zaczepki. Broniły przejścia goblińskie duchy szamanów. Wściekłe krzyki szaleju rosnącego owalnymi strumieniami obudziły skrzydlate dzieci nocy. Porośnięty mchem obelisk tajemnicy kiełkowania legend pochylił się nad własnym cieniem wskazując miejsce do kopania.
Wziął sztylet ze środka kufra i skarb podał tragażom. Z kniei cmentarnego serca sam ledwie uszedł z życiem, ale bez duszy.
Chwycił rękojeść tym razem zupełnie świadomie. Zawył wicher śmierci czerwonej, co pocałunki rozdaje w szyję. Upuścił ostrze na środek własnej dłoni opartej o dębową beczkę.
Cóż, piwo darmo będzie.
Obudził go swąd uryny. Skuły go kajdany pracy niewolniczej. Od teraz lokomotywa potem jego buchać będzie. Sztylet winny...