Nie będzie mnie śpiewak chichrajek szaletnych pouczał, kiedy jak kundel ogryza jeno skórkę pomarańczy. Pestkami by się zadławiła jego pokraczna kreatura co w istocie niegodna, by się dalej nad nią rozwodzić. Czy mnie jaka zawiść pcha ku jego cuchnącemu obrazowi, gdym królem obecnie?
Bogactwa w marność zniweczam. Srebrniki ułudy marcepanami wyściełają atłas. A ja nie chcę! Bolą mnie zęby od przepychu barokowych kurtyn i od wież strzelistych źle pojętego Słowa. Niby nic zabrać mi chce wszystko, więc ja wszystko wyrzucę. Czego nie oddam samo zostanie, lecz gdy odejdzie poszukam sznur. Albo karabin... Co wygodniej byłoby rozpuścić w kawie sprawę, pięść mnie świerzbi i żebro uciska. Walczyć każą – zostaję. Uciszyć – krzyczę. Ni tom tchórz, ni to wojak. Bańkę mydlaną w kozaku noszę. Duszę na ramieniu i grabie w plecaku.
Smuga oazy na horyzoncie ślepcowi nie daje pocieszenia. Klucze w kieszeniach nie wiadomo od czego. Krawat zaplątany byle jak i na lewo. Drzewo skazańca właśnie ścięte, na latarni zwiastuje wisielca. Kiślu w szklance nagotuję i rodzynek rozdam kurakom. Kwestia siły woli z Bożej łaski jedynie danej. Może nim sam umrę jeszcze kogo uratuję albo zabiję...
Grzmot granatu wespół ze smakiem pomidora. Odór karczmiennego sera, gwoli ścisłości ich gości nie lubię. Samolubek jestem i odludek, póki nie dostanę soku z grejpfruta. Lutnie ironicznie struny zacięły, pośmiewisko całej auli. Bracia kamraci siarkę z wina odcedzają. Politycznie teraz nawet trawa rośnie. Kozy w więzieniu trzymają a hycle nawóz. W szarej todze przemierzam błota i nie zatrzymasz mnie, bo cię nie spotkam. Gwizd chuligański, strach w szaliku chodzić. Trupa mistrzów cyrkowych niespotykana nigdzie indziej, istnieje gdzieś pomiędzy mną a... ukryty to będzie skarb.