Otwieram oczy,
razi mnie sztuczny blask jupiterów tego miasta,
odór ulicznego syfu wciągam przez nozdrza,
beznamiętnie i bez wstrząsu już.
Szare zwierzątka tłumnie drepczą swoimi koślawymi nóżkami,
w brudno błyszczących buciorach kalając Matkę Ziemię.
Wszyscy tacy inni... wszyscy tacy sami.
Nie potrzebuję Świata ludzkiej rasy wieku XXI.
Z krwawych diamentów błyskotek,
przyjaźni z poliestru,
pozłacanych uśmiechów,
uścisków nawilżanych drogim kremem,
pluszowych przytulasów,
żmijowych pocałunków.
Współczucia bez litości,
wzruszenia bez łez,
podziękowań bez wdzięczności...
Gwiezdne istoty,
z prochu powstaliście,
w gnój się obrócicie.
_________________ Pretensjonalna i cyniczna,
piękna i bestia,
świetlista i mroczna,
poezja markotna.