Wysłany: 2008-03-29, 21:14 plaży Anakena nie zabierze sunami
plaży Anakena nie zabierze sunami
Ucho za ucho
Anakena Moai
Aalto Moai Aalto
Niosło się po wyspie.
Za ucho ucho
Ucho mu za ucho
Za moje ucho jego
Ucho za ucho
O niczym innym nie mówiło się dzisiaj na powierzchni 163.6 km² lądu o współrzędnych geograficznych 27°9′S 109°25.5′W, w południowej części Oceanu Spokojnego. Cały dzień dziewięciuset Moai przekazywało sobie wiadomość przez „głuchy telefon”. Blisko trzy tysiące osiemset Rapanui, żyjących na wyspie, nie obroni bezcennych Moai.
Wyspie Wielkanocnej przydarzy się coś, czego jej zwykli mieszkańcy – ludzie - nie mogli przewidzieć, lecz o czym kamienne Moai wiedziały, i na co czekały od dawna. Przyszedł dzień spełnienia przepowiedni.
Posągi Moai, od wieków stały tu pod gołym niebem, wypatrując końca świata albo jego początku, pilnowały, same już nie pamiętając czego. Niszczały przy tym w piękny, naturalny sposób. To prawda, że wyglądały ciągle imponująco, majestatyczne kamienne figury z przeszłości, kruszały jednak, powoli nadgryzał je czas, wiatry, ulewy, sunami. Teraz, do listy naturalnych tragedii miał dołączyć ten człowiek, z północy. Moai wiedziały, że któregoś dnia się zjawi, ale udawały, że to ich absolutnie nie wzrusza. Następna legenda, następna przepowiednia, która musi się spełnić. Problem był tylko z uchem. Które oddać? Tego nie było na żadnej ocalałej tabliczce rongorongo. Tę, która opowiadała o wszystkim po kolei, kilkaset lat temu, w dobrej wierze, zniszczyli misjonarze.
Wybór padł na jednego z Moai w okrągłej, rytualnej czapie pukao z krążka czerwonej wulkanicznej skorii. Nie sprzeciwiał się, stał między większymi, którzy potrafili lepiej i siebie i jego obronić, choćby samym wzrostem, poza tym wiedział, że ktoś musi się poświęcić: przepowiednia musi się spełnić.
- Czy na pewno Fin ma być tym człowiekiem? Przecież, to oho-tea, jeden z nas? We śnie mówię mu: mały kawałek, pamiętaj uszczknij tylko niewielki okruch, i koniecznie zrób to tak, żeby nikt nie widział.
- W końcu nie będziemy musieli się o nic martwić. Postawią barierki. Ludzie mają swoje życie, my, Moai swoje – powtarzały posągi.
Fin, człowiek z przepowiedni, przyleciał na wyspę z wycieczką studentów. Kochał archeologię, był antropologiem, artystą w sercu. W hotelu mieszkał sam, jak większość turystów, płacąc dużo za pokój z jednym łóżkiem. Pierwszy dzień spędził z całą grupą, na objazdowej wycieczce po wyspie. Zatrzymali się na plaży przy jednym z posągów. Był to pierwszy Moai, jakiego zobaczył z bliska. Ogromna bryła wulkanicznego tufu, ociosana narzędziami z bazaltu. Powtarzane tysiące razy i ustawiane po całej wyspie, majestatyczne figury swą obecnością broniły wyspy, opowiadały kamienne historie.
Przed przyjazdem tutaj dużo czytał o wyspie, żeby wiedzieć, czego szukać, na co zwracać uwagę. Kiedy wysiadł z autobusu, by jak inni podejść do pierwszego kamiennego olbrzyma, nie mógł doczekać się chwili, gdy będzie mógł go dotknąć. Wyobrażał sobie, że skała tufu musi być ciepła, szorstka w dotyku, lecz ciepła, pokryta nalotem soli unoszącej się w powietrzu. Pierwsze wrażenie było rzeczywiście, jak przy spotkaniu z czymś, co się znało i co, mimo swojej wysokości, i surowości nie przerażało. Wojownik, strażnik o wyraźnych, chociaż niewidomych oczach, wpisany w prawie nagi, zdewastowany krajobraz wyspy. Jednak pierwsze wrażenie szybko uleciało. Nagle, stojąc po północnej stronie posągu, młody mężczyzna poczuł się nieswojo. Wytłumaczył sobie, że to odzywa się zwyczajny jetlag, syndrom zmiany strefy czasowej, i że zmęczenie daje znać o sobie. Odszedł nawet jak najdalej od grupy, żeby rozprostować nogi, zaczerpnąć świeżego powietrza. Chciał przez chwilę poczuć się sam, w Mata-ki-te-rangi - "gdzie oczy rozmawiają z niebem", w miejscu o zawikłanej historii.
Gdy przewodnik po krótkiej prezentacji powiedział grupie, że teraz mają trochę czasu dla siebie, od razu poszedł na krótki spacer plażą, która tu akurat była piaszczysta i dość szeroka. Nikomu nie mówił o dziwnym wrażeniu, jakie odniósł, gdy spojrzał ogromnemu Moai w oczy zrobione z białego koralu, o czarnych źrenicach z obsydianu. Oczy mówiły, Moai mówił do niego. Nigdy dotąd nie zdarzyło mu się nic podobnego. Był człowiekiem chodzącym po ziemi, z głową blisko ziemi, obłoki odwiedzał tylko wtedy, gdy musiał, kiedy leciał samolotem. Moai z plaży mówił, młody Fin słyszał głuche dźwięki, jak głos osoby ukrytej w jaskini. Nie rozumiał języka, w jakim do niego mówiono, ale gdy usłyszał swoje imię, zastanowiło go skąd Moai z Wyspy Wielkanocnej mógł znać jego imię.
Kiedy po kilkunastu minutach przewodnik dał znak, by wsiedli do autobusu, cała grupa była zadowolona, że mogą jechać dalej. Na zewnątrz robiło się duszno i zanosiło się na deszcz, ciemne chmury zbierały się nad wyspą. Wsiadł razem z innymi do autobusu i gdy poczuł chłodne powietrze klimatyzacji, od razu wrócił mu dobry humor. Wrażenia ze spotkania z posągiem Moai rozpływały się w myślach o hotelowym pokoju, o restauracji, o wieczorze, o zapowiedzianym pokazie polinezyjskich tańców. Wyobraźnia zmęczona długą podróżą, wrażeniami uspakajała się.
Wrócił do siebie do pokoju późnym wieczorem. Próbował jeszcze trochę poczytać, przeglądał foldery i reklamówki hotelowe, włączył nawet na chwilę telewizor, chociaż przed wyjazdem obiecywał sobie, że nie będzie tracił czasu na telewizję, że wykorzysta te trzy dni wycieczki, na bycie tu, a nie w cywilizacji, którą miał na co dzień. Z czytania niewiele wychodziło, bo oczy same kleiły się i przyłapywał się, że po kilka razy musiał wracać do tego samego zdania, by zrozumieć jego sens. W końcu zrezygnował z lektury, wziął trzeci już tego dnia prysznic i wsunął się pod chłodne prześcieradło. Przez chwilę leżał w łóżku, słuchając dźwięków hotelowej nocy, wstał i uchylił na chwilę okno, żeby przekonać się o różnicy temperatur między pokojem a światem na zewnątrz. Zamknął je szybko, bo gorąca noc wdarła się natychmiast swoim wilgotnym oddechem do wnętrza. Wsunął się na nowo pod prześcieradło i wyłączył telewizor.
Usnął.
- Kai. Kai. Kai! – Moai wołał go po imieniu.
Kai, zauważył, że jest nagi, więc szybko naciągnął na siebie prześcieradło. Moai stał za otwartym oknem, w dali widać było ocean. Przy olbrzymim Moai stały mniejsze posągi, tylko że te nie miały na głowach czerwonego pukao.
- Kai, wyjdź do nas – mówił Moai w pukao. – Chcemy z tobą porozmawiać.
Kai, owijając się pospiesznie, jeszcze tylko zawiązał na ramieniu opadające prześcieradło. Teraz naprawdę wyglądał jak Rzymianin, którego imię dała mu matka. Wyszedł na zewnątrz. Moai, jak duże kostki domina, stali w jednym szeregu. Nie zdziwił się, że tak blisko podeszli pod okno. Było ciemno, nie widać było żadnych świateł, poza fosforem fal oceanu. Kai nie poznawał miejsca, zupełnie stracił orientację. Przez chwilę wydawało mu się, że wystarczy, żeby się odwrócił i otworzą się drzwi i wróci do domu. Odwrócił się nawet, ale zobaczył tylko ciemną ścianę z zamkniętym oknem. Drzwi nie było.
Moai wziął go za rękę. Kai teraz dopiero zdał sobie sprawę z tego, jak duży był Moai, który z posągu z wulkanicznego tufu zamienił się w olbrzymiego mężczyznę o o rudo-blond włosach i jasnej skórze, wytatuowanej we wzory, przypominające fale. Moai na głowie miał strój z piór.
- Kai – mówił do chłopca, i Kai uświadomił sobie wtedy, że jest kilkuletnim chłopcem zawiniętym w bardzo długie prześcieradło. – Kai, musisz nas uratować.
- Jestem za mały, żeby wam pomóc – odpowiedział Kai. – Wybierzcie kogoś innego. Ja tu nie mieszkam – dodał, przypominając sobie, że przecież miał iść na sanki z kolegami. Pod oknem rzeczywiście stały drewniane sanki oparte o ścianę.
- Musisz nam pomóc – powtórzył Moai i potrząsnął pióropuszem. Inne mniejsze posągi przytakiwały.
Duży, rudowłosy Moai poprowadził go do fosforyzującego falami brzegu oceanu. Wskazał miejsce na plaży, gdzie wszyscy usiedli. Kai nie bał się, czuł się tylko trochę nieswojo, kręciło mu się w głowie. Spojrzał na swoje lewe ramię i zobaczył, że ma taki sam tatuaż jak Moai w pióropuszu. Teraz na głowach mniejszych Moai pojawiły się czerwone pukao, jak okrągłe, tekturowe pudełka, w których można schować niespodzianki, skarby, procę.
Usiedli w jednym rzędzie, zwracając twarze w stronę błyszczącego oceanu.
- Kai, jesteś tu, żeby nas uratować – powtórzył wielki Moai. – Pamiętasz Moai, którego zobaczyłeś na plaży?
- Tego, co dotknąłem? – spytał Kai.
- Tak. Musisz mu odciąć ucho.
- Nie zrobię tego. Nie będę nikomu robić krzywdy. Jestem za mały – bronił się Kai.
- Musisz to zrobić, jeżeli tego nie zrobisz wyspa zniknie. To już postanowione. Będzie duże sunami i wszyscy znikniemy.
- Ucho ma was i nas uratować? Nie wierzę. Muszę już iść, idę na sanki. Dajcie mi spokój. Nie będę was więcej słuchał.
- Jeżeli nam nie obiecasz, że to zrobisz, tatuaż z falami nie zniknie z Twojego ramienia. Fale zamienią się w prawdziwy ocean i utoniesz. Musisz to zrobić.
- Wcale się was nie boję! – Kai wstał, podwinął splątane prześcieradło i chciał odejść. Poczuł, jak fale z tatuażu na jego ramieniu zaczęły zmieniać swój kolor i pęcznieć pod skórą. Zaczął je bezradnie przyciskać i płakać.
- Kai, sam widzisz. My nie oszukujemy. To, co mówimy jest prawdą. Musisz nas uratować.
Chłopiec usiadł na piasku, ciągle przyciskając fale na ramieniu. Nie wiedział, co ma zrobić. Ocean huczał niedaleko, od czasu do czasu milknąc w odpływie, przysłuchując się z uwagą rozmowie na plaży. Moai siedzieli spokojnie, i powoli z bazaltowych wojowników zaczęli zamieniać się w ciemnoskórych chłopców z czerwonymi, uplecionymi z pomalowanych liści palmowych pudełkami na głowach. Milczeli, w ciemności tylko błyszczały ich niewidome biało-czarne oczy.
- Nie musisz mu odcinać całego ucha – powiedział Moai olbrzym. – Wystarczy mały okruch, który musisz zanieść do oceanu i wrzucić jak najdalej w wodę. Najlepiej będzie, jak wejdziesz do wody i stamtąd wrzucisz odłupany okruch.
Kai nie chciał słuchać olbrzyma i zatykał uszy dłońmi. Opuścił głowę, żeby go nie widzieć, ani jego młodszych wojowników.
Ocean szumiał. Nawet przez szczelnie zamknięte okna pokoju wchodził odgłos przypływu. Budzik radia włączył się i cicha muzyka, łagodnie przypomniała mu, że powinien wstać, że zostały mu dwa dni na wyspie. Śniadanie podawano jeszcze przez półtorej godziny. Szybki prysznic, golenie prawie dwudniowego zarostu, ubranie, które przygotował jeszcze wczoraj wieczorem i był gotowy. W takich chwilach cieszył się, że jest mężczyzną, że nie potrzebuje dużo czasu, by wyjść między ludzi.
Goląc się, spojrzał na swoje lewe ramię, na którym zauważył czerwień świeżej opalenizny.
- Musiałem niedokładnie posmarować. Na pewno będzie mi schodzić skóra.
I wtedy przypomniał mu się sen...
Odprowadzono go do hotelu. Przez całą drogę policjanci szli tuż przy nim. Mimo, że nie założyli mu kajdanków, to czuł się jak największy przestępca. Turyści i miejscowi przystawali po drodze, widział ich zdziwione spojrzenia. Natychmiast, jak spod ziemi pojawił się jakiś człowiek z kamerą. Inni po prostu robili mu zdjęcia telefonami komórkowymi, aparatami fotograficznymi. Pod hotelem stała limuzyna z flagami Rapa Naui.
Aalto wszedł do holu zupełnie wyczerpany i zrezygnowany. Próbował coś powiedzieć po angielsku do człowieka, który otworzył mu drzwi do pokoju. Tamten jednak, albo nie rozumiał, albo po prostu nie chciał z nim rozmawiać. Usłyszał jeszcze niski, męski głos, prawdopodobnie jakiegoś urzędnika z wyspy:
- Mayor Pedro Edmunds Paoa … Mer wyspy zdecyduje o tym, jak ukarać tego człowieka. Mówi się nawet o obcięciu ucha, co w świetle zaistniałej sytuacji jest zupełnie zrozumiałe. Człowiek ten przecież napadł na zabytek naszej kultury narodowej. Więcej, na zabytek kultury o znaczeniu światowym, bezcenny skarb cywilizacji, coś, co wszyscy powinniśmy szanować. Pamiętajmy, żyjemy dla potomności. Jest niewykluczone, że od jutra nie będzie można zbliżać się do posągów Moai. Prawdopodobnie założymy specjalne barierki i fotokomórki, ktoś musi bronić bezbronnych Moai.
Ostrzegałem, żeby się dobrze rozejrzał
Jak będzie sam
Skąd się wzięła ta kobieta?
Aalto Moai Aalto
Ucho za ucho
Niosło się po wyspie
Za ucho ucho
Ucho mu za ucho
Za moje ucho jego
Ucho za ucho
Jesteśmy uratowani
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
sobie - w końcu - przeczytałem! - z przyjemnością ! - owszem!
ładna historia! - odcinanie ucha posągowi "wielkanocnemu" ...
tak, tak - niekiedy robimy dziwne "rzeczy" posługując się intuicją, jakimś dziwnym "parciem" ku temu co jest na tyle rzeczywiste/nierzeczywiste - że aż nieodwracalne ... później !
(nie wiem czy nie bleblam) - tak to czuję !
na marginesie - kiedyś bardzo pasjonowałem się historiami typu Wyspa Wielkanocna. Inkowie, Aztecy. Ykatan, Meksyk ...........
Witaj Marku w prozatorskich progach
Dziękuję za poświęcony czas na przeczytanie tej opowieści częściowo prawdziwej.
Cała historia notabene jest bardzo - w momencie, gdy piszę te słowa- zagmatwana. Nie tylko ta prawdziwa o Moai i samej wyspie, ale i to, co opisałam. Niedługo zamieszczę też drugą wersję tego opowiadania w hyper-tekście...
serdecznie E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E