Miałam dobry sen. Łąka kwiatów aż po błękit. My w korowodzie tańca pośród gitar, fletów i gorącego śpiewu.
Dałeś mi zielone szkiełko z potłuczonej butelki. Leżąc w trawie, patrzeliśmy przez nie w słońce, które buchnęło tęczą nieziemskich barw.
Zieleń w snach dobrze mi wróży.
Byliśmy szaleni. Zachłanni. Chcieliśmy być słońcem lub choćby stanąć z nim twarzą w twarz. Promieniować miłością i stać się nią. Czyści i wolni. Aniołowie w niebieskich dżinsach, ze skrzydłami z kraciastej flaneli. Autostop dowoził do nieba przed trzydziestką. Koraliki piękne jak marzenia, co nigdy nie miały się ziścić. Naiwni i bezbronni jak pisklęta. Za dnia, niczym oczy cherubinów chroniły ich chabry we włosach. Nocą - ciepłe iskierki gwiazd, otulające stogi siana.
Przez dno strzykawek bezwstydnie zaglądaliśmy w oczy Boga i jak Ikar upadaliśmy rażeni słońcem. Czasem, ludzie, przemykający ulicami pośród zgiełku dnia stają nagle - nie wiedząc dlaczego - patrzą w górę, słyszą nieziemskie gitary i śpiew.
To dusze pozostawione w mlecznych barach, na placach, chodnikach, piwnicach proszą o modlitwę.