I pojawiła się w korytarzu
lekko nadąsana jak nocny smutek.
Światło dnia rozjaśniło jej twarz,
łagodny uśmiech nie chciał dłużej czekać.
Wstrząsnęła ramionami,
zakręciła dłońmi,
przecięła powietrze filigranowymi nadgarstkami,
zawirowała - powiało
i ...
znikła.