niebem malujesz... pejzaż zamaszysty
jak ripostę na klarowność
lipcowych zenitów
nad pustynną prerią zastygają krople
pomiędzy spierzchniętymi wargami
rzeki i pola wyzłocone giętkimi trawami
na progu dnia wyciągaliśmy dłonie
gliniany dzban prośby do góry
tó neinilii* przyjdź na kolację
kiedy chłód nocy zatrzyma cię na dłużej
przyprowadź do stołu księżyce
w długiej sukni z wilgotnych paciorków
przejrzystym szalu parujących łąk
w pióropuszu brzoskwiniowych treli
ukryj oczy wachlarzem
esów i floresów kolibrów
blaskiem rozlewasz pejzaż gorejący
sercem dogorywającego dnia
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E