Wysłany: 2012-07-31, 16:40 Statystycznie rzecz biorąc
Statystycznie rzecz biorąc
Jakie jest statystyczne prawdopodobieństwo, że obudzisz się wcześniej niż przez ostatnie kilka miesięcy, odsłonisz do połowy okna, żeby światło burzowego nieba powoli dobudziło zmysły i będziesz przysypiać, to zamykając zamroczone jeszcze od błądzącego wspomnienia snu powieki, to je podnosząc, aż do chwili, gdy na największym drzewie, rosnącym bardzo niedaleko domu i pokrywającym się od dwóch tygodni delikatnymi różowo-zielonymi liśćmi, zauważysz kształt, jaki zacznie się poruszać w sposób, który zupełnie nie przypomina kołysania się gałęzi, liści?
Nie wiem.
... gdy kształt powiększył się, rozpostarł skrzydła i okazał się kaczką, lub kaczorem, dziką kaczką, podobną tym, jakie odwiedziły Janellę mniej więcej o tej porze ubiegłej wiosny, jak ilustracja do filmu o ptakach, obejrzana wtedy dopiero co, dwa dni wcześniej, kiedy do wiedzy o kaczkach doszło potwierdzenie, poparte aktem odwagi, a może jedynie instynktem, kaczątek, jakie zaczęły wyskakiwać z dziupli jakiegoś starego drzewa, tak z dziesięciu lub więcej metrów od poziomu traw i pokrzyw, nie zdesperowanych, lecz zachęconych przez matkę, i przez prowodyra, najodważniejsze kaczuszątko, prawie bezskrzydłe, z zalążkiem czegoś, co na siłę można byłoby nazwać lotkami, i które to słoneczne zjawisko jako pierwsze zdecydowało się spaść po długiej podróży dzięki naiwności, niewinności, odwadze i grawitacji, w gęste trawy i poczuć, jak to jest, gdy się ma więcej miejsca, niż w dziupli, i za którym podążyły inne w liczbie około dziesięciu, wszystkie żółte i prześliczne do łez wzruszenia, jakie człowiekowi napływają do oczu na widok małych stworzeń, ludzkich czy innego gatunku, i natychmiast po dotknięciu stałego lądu zaczęły kołysać się po kaczuszemu z człapki na człapkę, formując szereg za prowodyrem, sznurkiem za matką, a ta pospiesznie prowadziła gromadkę do najbliższego ciała wodnego, strumienia, stawu, rzeczki, zanim zauważą je wielkie ptaki, albo inne stwory z bajek dla małych kaczuszek, połykaczy żółtego puchu.
Kształt na drzewie siedział i to rozprostowywał skrzydła, to je składał, rozglądając się po Janelli, bez widocznego zamiaru zmiany miejsca.
Powieki z ciężkich zamieniły się w lekkie i trzeźwe i pobiegły razem z resztą ciała, boso na piętro. Na piętrze bowiem, w kuchni, zwykle tuż przy donicy z kaktusem zygo, nocuje aparat fotograficzny, który jako jedyny mógł w późniejszym czasie poświadczyć i udowodnić nie tylko mnie samej lecz i innym, że kształt na drzewie nie był li jedynie przywidzeniem na tle burzowego nieba, marą półsenną, lecz rzeczywistością, tym razem pod postacią kaczki lub kaczora, która przez taksonomię nazwana jest rożeńcem zwyczajnym, lub, jako że odległość nie sprzyjała dobrej ornitologicznej obserwacji, sądząc po upierzeniu, kaczką karolinką.
Statystyczne prawdopodobieństwo wykonania jakościowo do zaakceptowania zdjęcia i to przez siatkę na owady, jaka zdobi i chroni wszystkie okna domu, rożeńcowi zwyczajnemu lub karolince, zajmującej stanowisko obserwacyjne na drzewie wynosi jeden do bardzo wielu, a jednak przytrafiło się mnie, być może w nagrodę za wyjątkowo wczesne obudzenie się w poniedziałek, albo za stanowczo niezwykłe rozpoczęcie tygodnia naocznym spotkaniem z dziką kaczką w koronie drzewa, tak mogę to sobie wytłumaczyć, lub chcę, ponieważ nic innego mi nie przychodzi na myśl, no może poza tym, że dwa tygodnie temu, w Chicago, jedząc ulubione makdonaldsowe frytki na Navy Pier, nakarmiłam resztką frytek, tych z dna opakowania, chłodnych i bardziej słonych aniżeli te na wierzchu, parę kaczek, dzikich, krzyżówek, które jadły mi z ręki, nie bacząc na swój status dzikich ptaków, nie pasujących do oswojonego, olbrzyma miasta i tłumów na wyciągnięcie ręki, zajadających się hamburgerami, sałatami i plackami z jabłkami, a ona, krzyżówka, nawet złapała mnie za palec, podczas gdy on, krzyżówek przysiadł na moment, by ogrzać kaczy kuper o płytę placu, w słońcu zupełnie nietypowym dla wczesnego kwietnia nad jeziorem Michigan. Być może właśnie one dały znać rożeńcowi lub karolince, że ma szansę na spokojne mieszkanie gdzieś w pobliżu osoby, która nie zważając na status odrębnego gatunku, podzieliła się smacznymi, mimo że przesolonymi frytkami marki makdonalds. Ogarniają mnie jednakże wątpliwości, czy rożeńce, lub karolinki widują się z krzyżówkami, nie wiem na pewno, musiałabym sprawdzić prawdopodobieństwo.
Myślę jednak, że to dzięki zasłonom, które rozsunęłam do połowy, żeby wpuścić poranne światło do sypialni, stałam się posiadaczką fotografii, na której rożeniec zwyczajny, lub karolinka odcina się rysunkiem upierzenia na tle ciemnego, burzowego krajobrazu. Nadzieja na dobre wykadrowanie fotografii kaczki na tle ciemnego lasu i burzowego nieba była ogromna, ale niestety zdołałam ją uwiecznić jedynym samotnym ujęciem, ponieważ ptak postanowił odlecieć w chwilę po moim usytuowaniu się przy oknie w bibliotece, przez które najlepiej mogłam obserwować jego poczynania, odleciał kierując się w stronę stawu sąsiada. Wiem teraz, że rożeńce, lub karolinki latają stanowczo za szybko.
Straciwszy z oczu porannego gościa, spojrzałam przy okazji w dół przez okno na kamienie patio, jakie ułożyliśmy z mężem jesienią ubiegłego roku, żeby sprawdzić ile piasku spomiędzy kamieni wypłukał bardzo rzęsisty nocny deszcz i na jednej z jasnych, większych płyt, okalających mniejsze kamienie, zobaczyłam przycupniętego tamiasa, zamyślonego, jak to w tamiasowym zwyczaju, gdy mu ktoś zabuduje norki i musi się poważnie zastanowić nad dotychczasowym życiem i nieuchronną przeprowadzką.
Prążkowany tamias przypomniał mi o innym statystycznie mało prawdopodobnym, niemalże niewyobrażalnym wydarzeniu...
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E