POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Odpowiedz do tematu POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane » Elżbieta » Dom Towarowy przy Alei
Dom Towarowy przy Alei
Autor Wiadomość
Elżbieta 
E.M.B.A.


Wiek: 27
Dołączyła: 21 Sty 2008
Posty: 18479
Wysłany: 2012-07-31, 17:07   Dom Towarowy przy Alei

Dom Towarowy przy Alei



- Nie ma żadnego białego materiału?

Pytanie zabrzmiało śmiesznie. W sklepie, w którym na ladach ułożono cienkie kocyki, firany, zasłony, zwoje kretonu w konewki. W konewki? Czy ktoś w tym szarym, ciemnym od sadzy i popiołu, świecie używa konewki? Podlewa kwiaty? Nasturcje, begonie? Pomidory? Zresztą pytanie zabrzmiało jak odpowiedź. Zbyteczne potwierdzenie doszło po chwili z boku ciemnego pomieszczenia, gdzie za stertą czarnych, plastikowych wiader stała ekspedientka, kończąc niespiesznie drugie śniadanie, bułkę zawiniętą w przetłuszczony papier. Na miniaturowym stoliku w rogu stał metalowy kubek i otwarty termos.

- No przecież widzi pani, nie ma. Białego nie ma. Są tylko firany. Białe firanowe – ekspedientka burknęła te zdawkowe zdania między kęsami bułki.
- Szkoda, że nie ma nic białego. Dziękuję.

Dziewczyna, rozglądająca się po tej szarej, zakurzonej, pachnącej dymem papierosowym jaskini, która nosiła dumne miano Domu Towarowego, próbowała się uśmiechnąć na pożegnanie.

- A wie pani, może mi pani pokaże to na firany. Białe. Może coś wybiorę – dziewczyna wróciła w stronę lady.

Ekspedientka odłożyła niedojedzoną bułkę. Otarła tłuste palce w niepierwszej świeżości ręcznik, który wyciągnęła spod kontuaru. Najwyraźniej nie była zadowolona z obrotu sprawy.

Dzień był spokojny, szare niebo nad miastem popłakiwało deszczem, z którym spływały potoki sadzy. W takie dni ludzi kręciło się mało po sklepach. W Domu Towarowym także można było na palcach policzyć klientów. Kasjerka na piętrze drzemała. Przed sklepem pojawiły się w swoich normalnych miejscach kałuże. Ozdobione bańkami zwlekających z pękaniem kropel wyglądały jak żywe gejzery. Deszcz nie zamierzał odejść.

Główną arterią miasta, aleją jakiegoś ważnego bojownika o wolność naszą i waszą, przejeżdżały samochody, żuki, co dziesięć minut zgrzytały przenikliwie na zakręcie mokre, czerwone tramwaje. To nie był dzień na szukanie białego materiału. Żaden dzień tamtego roku nie był dobry na szukanie białego materiału.

- Zaraz pani pokażę – ekspedientka nagle zmieniła zdanie, postanowiła pomóc dziewczynie, bo w sklepie jest pusto, tak nudno, że niby czemu nie.

- A na co ten materiał? – zapytała ze zwykłej ciekawości.
- Na ślubną sukienkę – odparła dziewczyna, rozpinając ciepły płaszcz z tweedu w jodełkę.
- To musi być biały, absolutnie – ekspedientka sięgnęła po zwój materiału, który wciśnięty między inne, ciężkie bele nie dawał za wygraną i nie od razu poddał się szarpnięciom.

- Ale wie pani, białego nie ma, tylko firanowe – powtórzyła zwyciężywszy bitwę ze zwojem.
- Byle nie był za przeźroczysty. Niech pani będzie tak grzeczna i pokaże. Zobaczę co się da zrobić – dziewczyna ujęła w palce rąbek materiału.
- Mówi pani, że to na firany? Nie jest zły – ucieszona znaleziskiem dziewczyna zastanawiała się, jak dużo będzie potrzebować na sukienkę.
- Myśli pani, że ile? Ile na długą, prostą suknię? Dwie długości? Trzy?
- No niby normalnie to dwie, ale jak chce pani szerszą, albo żeby nie brakło, to bym widziała trzy – ekspedientka rozglądała się za nożycami.
- Ile kosztuje? – zapytała dziewczyna - Po ile metr? Mam naprawdę bardzo mało pieniędzy.
- Zaraz sprawdzę...


Sukienka była prosta. Dopasowana góra, odcinana spódnica, półkloszowa, długie, lekko poszerzane rękawy, zebrane atłasowym cienkim mankiecikiem. Taki sam atłasowy bejbi-kołnierzyk, ten sam atłas jako obszycie, cienki rulonik u dołu spódnicy i atłasowy paseczek. Zwykła, prosta, ślubna sukienka...

- Firanowe? Niemożliwe. Z firanowego, ciociu? Nic innego nie było? – młody mężczyzna w smokingu i w srebrnych butach z miękkiej skóry siedział przy niewielkim metalowym stoliku przed restauracją. W środku od dwóch godzin trwało jego wesele. Niebo nad przedmieściem granatowiało. Po upalnym dniu zbierało się na deszcz.

Wyszedł na zewnątrz, żeby odetchnąć świeżym powietrzem i przy okazji porozmawiać ze swoją dawno nie widzianą ciotką. Przyleciała specjalnie na jego wesele. Cieszył się z tego, chociaż niewiele się znali. Kiedyś, gdy był młodszy, przylatywała częściej, przywoziła ogromne walizy wypełnione zabawkami, ubraniami, egzotycznymi upominkami. To było kiedyś. Chciał chwilę porozmawiać o tym kiedyś, żeby zapomnieć o dzisiaj, o zmęczeniu widowiskiem, gośćmi, uśmiechaniem się i witaniem, obcałowywaniem, dziwieniem się i zachwycaniem. Myślał o powrocie do siebie, gdzie czekały go ostatnie dni odnawiania figur w niewielkim, bardzo starym kościele.

- Tak, firanowe. Zwykły materiał na firanki. Trudny w szyciu. Znasz się na tym, wiesz, sypał się. Nasza krawcowa jednak zrobiła z niego cudeńko. Tak mi się wydawało, wtedy i teraz też... Żałowałam tylko, że Twoja babcia nie wybroniła tej sukni przed wyrzuceniem. Ale ja to rozumiem. Przy takich ciasnych szafach, to cud, że tak długo ją trzymała.
- Babcia? Babcia wyrzuciła? – pan młody chciał jak najwięcej usłyszeć o sukience, o historii, która tak naprawdę nikogo już nie interesowała. Może i on pytał tylko przez grzeczność.

- Właściwie, to nie babcia a twoja ciocia, ale to nieważne, Pawle, zupełnie nieważne. Mam kilka zdjęć ze ślubu, to może kiedyś przy okazji. Wracaj do gości.
- Obejrzę, obejrzę. A babcia ma te zdjęcia?
- Chyba ma. Na pewno kiedyś je miała. Zapytaj przy okazji. Ja tylko żałuję, że przy którejś wizycie nie pomyślałam, żeby przymierzyć tę sukienkę. Wiesz, żeby sprawdzić, czy w nią wejdę, czy w ogóle mi się uda w nią wcisnąć.
- O, na pewno, ciociu, na pewno – Paweł żartował, żeby jej sprawić przyjemność, albo naprawdę w to wierzył.

- Do cywilnego miałam inną. Też sama narysowałam, zaprojektowałam, wymyśliłam. Materiał z pewexu, kremowy. Na kościelną już nie wystarczyło. Wiesz, nie miałam pieniędzy i sobie pomyślałam, że jak tę na cywilny się uszyje, taką no elegancką, nie całkiem ślubną, to będzie i na inne okazje. To był zupełnie inny świat, Pawle, zupełnie... Dobrze, że go już nie ma.

- A który to był rok, ciociu?
- Osiemdziesiąty. Wczesna wiosna. Dużo padało.



© Elżbieta
dwudziestego siódmego dnia sierpnia 2010 roku
_________________
przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
ˆ E

 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane » Elżbieta » Dom Towarowy przy Alei


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo