Ja jestem szalenie mrocznym stworzeniem, starym jak najstarsi Górale. Podobno Giewont już stał na swoim miejscu, kiedy się urodziłem, ale nie jest to całkiem pewne. Pewnym jest natomiast, że Wielka Jodła była już wielka i tak stara, że nawet ujek zza lasu nie pamiętał, czy ona była kiedy młodsza. Mówił tylko, że nie stała tak samotnie, stercząc ponad bukami i brzozami, że miała swoje siostrzyce i kuzynki. Jastrzębie i siwe czaple mogły grymasić i wybierać, na której założyć swoje gniazdo. Kiedy ostała się samotna, zawładnęła nią niepodzielnie rodzina jastrzębi; wrony i sroki musiały zadowolić się pomniejszymi drzewami, zaś czaple na dobre wyprowadziły się z naszych okolic.
Minęło kopę lat, nim zobaczyłem siwą czaplę na wolności. Brodziła w niegłębokim nurcie Popradu, wybierając z wody co delikatniejsze pstrągi. Znad Jaworzyny Krynickiej wtoczyła się na błękit majestatycznie szybująca para jastrzębi. Tańczyła swoisty program obowiązkowy z takim spokojem, jakby występy dla turystów, a nie pościgi za młodymi gołębiami były ich ulubionym zajęciem. Z precyzji zataczanych kręgów i półwolt można wnioskować, że w tej parze swój taniec, na chwałę Stwórcy, ku pokrzepieniu siwej czapli i strapionych ludzi, a dla własnej kontemplacji, wykonują od wielu już lat.
Ech, czyżby szczątkowe uczucie zazdrości odezwało się po tylu latach? Ciesz się raczej, że nie musisz, jak ta czapla, w zimnej, słowackiej wodzie brodzić, żeby dożywić się ekologicznym białkiem i gdzieś tam, w sobie wiadomym miejscu, nakarmić szybko dorastające czaplątka.