Wysłany: 2017-01-19, 08:59 Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2013 r.
Dwadzieścia pięć słów o zmywaniu naczyń
martwa natura
jest nieładna
w zlewie
z lewa
z prawa
a środek nie pomaga
nie pójdę na układ
nie poukładam
nie dojdę do ładu
niedojda
Piosenka o Niefartach
Była raz Marta z domu Skromnisia,
mieszkała w bloku, z nią dobra mama.
Portret tatusia na ścianie wisiał;
Marta nie chciała sypiać już sama.
(refren)
Kiedyś na tramwaj czekała Marta,
nagle zagadał mały brunecik.
I tak poznała Józka Niefarta,
który zapytał zgrabnie: jak leci?
(refren)
Leciało dobrze, bo po miesiącu
Niefart rzekł Marcie, że przyszła pora
zawrzeć małżeństwo, gdyż koniec końców,
bez sakramentu miłość jest chora.
(refren)
I teraz tworzą rodzinę piękną:
mamusia, Józek, pudel i Marta
w jednym pokoju z małą łazienką.
Lecz sama chciała tego Niefarta.
(refren)
Refren:
No bo kobiecie potrzebny jest facet;
choć żadna nie wie, po co w domu toto?
Lecz świat zrobiony jest tak, nie inaczej,
że ktoś w rodzinie musi być idiotą.
Wypadek
Każdy to półżywa lalka
los przewrotny więc leżą
Teraz im
jak pień głuche drzewo
na harmonijce zagra
Autoterapia Jewgienija
Jewgienij Piurnonsensowicz
Nie ma na drodze Żeni takiego bajora,
w które dzisiaj nie wdepnął wracając do domu.
Wiatr go nosi i bimber, bo pije od wczoraj.
Ale nawet samogon na chandrę nie pomógł.
Co wlewał, to wyciekło łzami melancholii,
pomiędzy puste flaszki i na białą kartkę.
Idź, niewdzięczna poezjo, z psami się pogonić!
Sparszywiałaś, a życie, też jest gówno warte!
Narzekając, wspominał liryczne meliny,
gdzie chętnie się barłożą nawaleni twórcy.
Zapatrzeni w lusterka, widzą swój nos siny
i chleją ostre teksty, aż im w brzuchu burczy.
Nawet Lola tam bywa. Od tego wychudła,
choć Jewgienij ostrzegał i surowo beształ,
żeby nic nie ruszała z niepewnego źródła,
bo stanie się wieszczycą i skończy, jak reszta.
On jest inny. Przyjemnie pocierpieć samotnie,
przy kulawym stoliku, w obskurnej pijalni
albo w parku na ławce, to nic, że się zmoknie
- i wrócić w lepszym stanie, chociaż łatwopalnym.
Coraz bliżej do domu, Jewgienij wyznaczył
kurs na furtkę, za chwilę będzie przy werandzie.
Zaśnie w łożu na tydzień i wróci do pracy.
Lepiej więc, go nie szukać. Żenia sam się znajdzie.
Red light
Judaszowe srebrniki weszły do obiegu.
Mnożą się w labiryncie zakazanych ulic,
które swoich sekretów wśród neonów strzegą,
ożywiając marzenia ze snów Kaliguli.
Księżyc, cały czerwony, wisiał jak latarnia
i oglądał aktorki na wielkich koturnach.
Gwiazda życzeń powoli na ziemię opadła.
Można jedno dla siebie z jej promieni urwać.
Lecz nikt w górę nie spojrzał i chwili nie dostrzegł,
gdy na dachach kamienic cicho się rozprysła.
Będą dalej więc czekać i wyglądać oknem,
zagubione dziewczyny za szybami wystaw.
Largo Lolissimo
Jewgienij Piurnonsensowicz
Ech, Lolu! Sama widzisz, prowadzą nas ścieżki
w miejsce, gdzie się stykają niebiosa i ziemia.
Erato krąży blisko, kompan bezcielesny,
z gromadą smutnych wierszy. Wszystkie napisałaś
o wiosnach i motylkach, choć ich dawno nie ma.
Oby się, zimna wódka w stare gardła lała,
bo życie za półmetkiem, a butelka – cała.
Otworzyłaś torebkę, spichrzowo pękatą.
Szukasz czegoś – kwit z pralni, szminka, sznurowadła,
trzy chusteczki do nosa, nadgryziony baton
i książka, z której sfrunął zasuszony listek;
wreszcie, zmięta karteczka z sonetem wypadła.
Każesz czytać, więc czytam. A ty, oczywiście,
zaraz zaczniesz wyjaśniać. Artysta artyście.
Chociaż męczy cię czkawka, musisz prawdę przyznać,
że kiedy przepijamy wieczory w tym barze,
jesteśmy w dobrym porcie, bo to nie mielizna,
ale piękna laguna, gorąca jak grzaniec,
uniesie nas z niej Pegaz i z góry pokaże,
morza drobnych światełek nocne migotanie.
Po nas też, para świateł w ciemności zostanie.
Poetyckie trio
Jewgienij Piurnonsensowicz
Pegaz, Jewgienij i Lola, jak zawsze późną jesienią,
płynęli mokrą ulicą, targani porannym kacem.
Czas się wewnętrznie odmienić, kiedy pogody nie zmienią,
więc trafią znów „Pod Jesiony”, bo być nie może inaczej.
W sali, przy kontuarze, owinie ich woń z papierosów.
Sami starzy znajomi, a każdy chce Żeni dziś polać.
Wszak, lirycznym wędrowcom odmówić kielicha nie sposób,
bo mają skopane życie - Pegaz, Jewgienij i Lola.
Zapłonie ogień pieprzówki, łzy zalśnią pod powiekami.
Lola rozepnie guziczek bluzki na lepsze okazje.
Pegaz łyknie coś z wiadra, jak zwykle, szybko pijany,
więc tylko machnie skrzydłami, gdy już nie będzie mógł zarżeć.
Erato obecna tam duchem. A może zajrzy na chwilę?
Zobaczy, że piją wiersze, toczone z przaśnych ziemniaków
i przemknie kółeczkiem dymu, jak wszędobylski motylek.
Pogładzi Żenię po głowie i rzeknie: pij dziś i pracuj.
Pegaz, Jewgienij i Lola, poemat stworzą wspaniały
ze świata, w którym bywają, częściej niż w rzeczywistym,
maczając pióra Pegaza w inkauście polskiej gorzały;
lecz, żeby pisać jak oni, trzeba mieć duszę artysty.
Zaniosą szum ciemnych lasów pod brudny, knajpiany sufit,
ożywią z prochów legendy, zaklęciem wódczanej mocy.
I kiedy tworzą do rana, nikt nie jest w stanie ich ruszyć,
na stole przybywa flaszek, a wiersz sam dalej się toczy.
Bo taka siła poezji, że nawet „Pod jesionami”,
pobici podnoszą głowy, a słudzy powstają z kolan.
Zabiorą wszystkich ze sobą: samotnych i pokonanych,
na swoją prywatną arkę: Pegaz, Jewgienij i Lola.
Szósta rano
Ciemne smugi na murach kreśliły obrazy
ze snów pijanych lumpów, urżniętych od rana.
Bóg stąpał nad chmurami, gdzie niezmiennie marzył;
nie chciał schodzić na ziemię i tam cierpieć za nas.
Dzień bez nazwy zaczęła powolna lektura,
monotonnej litanii gazetowych reklam,
odmawianej za kogoś, kto jeszcze nie umarł,
ale dusza, znudzona, od niego odeszła.
Spłoszony przez przechodniów spieszących do pracy,
cień schował się do bramy, by w smrodzie uryny,
czekać zmierzchu, gdy miasto wygląda inaczej;
więc przykucnął przy schodach, a chłód czuwał przy nim.
Ulica lśniła w deszczu i była zamglona.
Niespiesznie nadszedł człowiek z krainy samotnych,
przystanął w gęstych strugach i uniósł ramiona,
żeby wspiąć się do nieba po sznureczkach kropli.
Modlitwa
Buduję obraz boga z rozsypanych klocków,
czując jego spojrzenie na zgarbionych plecach.
Dał mi dzisiaj nadzieję, chociaż tak ulotną,
jak drobny płatek sadzy, który w noc odleciał.
Ciągle składam mozaikę i szukam kamyków,
przeszłych godzin i zdarzeń. Każdy jest znajomy,
kształtem, barwą, dotknięciem – przybywają znikąd,
ale ciążą na sercu, nie w otwartej dłoni.
Kiedy skończę, wyruszę, na pewno nie wcześniej.
Pod prąd upływających strumieniem miesięcy,
by zdążyć spotkać siebie na początku ścieżki
i szepnąć coś do ucha. Parę słów. Nic więcej.
Za plecami
Strach drobnymi krokami wygrywa melodię
łamiąc linię oddechu nieznośnym staccato
w każdym ślepym zaułku coś siedzi w ciemności
za azylem mandorli ulicznych latarni
nieprzekupny tropiciel mocniejszy od boga
płynąc w chłodzie wieczoru wciąż depcze po piętach
z zimnym wiatrem na plecach i trzeszczeniem schodów
rzuca cieniem gałęzi jak hyclowską pętlą
dusza drży na ramieniu spokój spływa w pocie
twarz skostniała na mrozie w nieruchomą maskę
a lęk pełza bliziutko lecz teraz nie dotknie
ciągle będzie tuż obok i przy tobie zaśnie
Pod Jesionami
Jewgienij Piurnonsensowicz
Dozorca zgarnia miotłą zwiędłe liście
zbiorowy pogrzeb.
Jewgienij w knajpie pije oczywiście,
bo mu niedobrze.
Widzi za oknem ponure obrazki,
siebie na szybie.
Jeszcze pół litra i jakiś dół straszny
pewnie go zdybie.
„Pod Jesionami” bywają samotni,
niedopieszczeni.
To Jewgienija są bracia i siostry,
dzieci jesieni.
Blond Wenus - Lola, od lat nieszczęśliwa,
już się przysiadła.
Lubi namiętnie gorzałę spożywać,
stroni od jadła.
Ciężko haruje przy kasie w markecie,
ale w soboty
tutaj przychodzi, bo wciąż liczy przecież
na męski dotyk.
Z Żenią poczuje, co to jest poezja,
a może więcej.
On jej pokaże świat, jakiego nie zna.
Zapletli ręce.
Dwoje samotnych, samotność podwaja.
Lecz pijąc „czystą”,
Żenia się przeniósł w czas kwietnego mają,
przy Loli blisko.
Wkrótce nad stołem ciężkie głowy schylą
i będą spali.
Bowiem liryki, naraz taka ilość,
może powalić.
Niebiańska korupcja
Złotą myśl teraz rzucę na papier,
że w niebie wszyscy biorą dziś w łapę.
Święty Piotr - Klucznik, wszyscy anieli:
każdy łapówką zgodnie się dzieli.
Z taką korupcją w niebie się spotkasz:
pan już zapłacił? Proszę do środka.
Funty, dolary, jeny i euro!
Pani nie wejdzie z rentą mizerną.
Szanowny koleś z nieba wypada,
kiedy nie umiał do ręki gadać.
Archanioł Michał pilnuje kasy,
bo na banknoty zawsze był łasy.
Święty Augustyn gnaty połamie,
gdy nie zapłaci dusza na bramie.
Musi się klient szybko wynosić,
jeśli zabraknie do sumy grosik.
A gdy się trafi uparty golec,
to nie ma zmiłuj - musi zaboleć.
Z podbitym okiem wychodzi frajer
i jeszcze wstydu w czyśćcu się naje.
Święta Agata - główna księgowa,
też do szuflady koperty chowa.
Jako na Ziemi, tako i w niebie,
każdy do siebie, rączkami grzebie.
Oto, kochani, morał gotowy,
że ryba gnije zawsze od głowy.
Kwiecień
Na wiosnę ziemia pachnie śmiercią
wrześniowych liści i owoców
ząbkuje stadem mlecznych kiełków
cicho zrodzonych mglistą nocą
pokryta kropelkami potu
zgrubiałą skórą łapie oddech
zrzucając zarost martwych łodyg
żutych przez mroźne trzy miesiące
odżywa nieśmiertelna wiedźma
wilgotna i opita deszczem
wyda potomstwo by je zebrał
milczący kosiarz kiedy zechce
Pod wiatrakami
Lipcowy młynarz sypał barwną mąką
strącaną z kwiatów rosnących przy drodze,
na świeżą trawę, jeszcze z nocy mokrą,
gdy z ciepłym wiatrem polami przechodził.
Dałem się uwieść przystojnym dziewannom,
puszystym mleczom i białym krwawnikom,
bo czar poranka całkiem mnie ogarnął.
I może porwie – gdziekolwiek, donikąd.
Żmij śnił spokojnie ukryty na brzegu
ciemnego stawu, za płotem sitowia.
Zmarszczki po wodzie, jak oddech pobiegły,
zdradzając miejsce, gdzie za dnia się chowa.
Choć wczesna pora, to żarna upału
mieliły w słońcu jaskrawe kolory.
Dzisiaj wypiecze, piekarz doskonały,
pachnący latem, gorący podpłomyk.
Rachunki Pegaza
Jewgienij Piurnonsensowicz
- Gdzie ty jesteś, Pegazie?! Naprawdę się wściekłem!
Jewgienij siedzi w kuchni i studiuje kwity.
- Zaraz piękny rachunek, wałachu niemyty,
wypiszę ci na grzbiecie, greckim heksametrem!
Wydałeś tego lata sumkę całkiem ładną,
mógłbyś za te pieniądze kupić cztery klacze.
Lecz ty jesteś, Skrzydlaku, oszczędny – inaczej,
a ja, pewnie niedługo, ogłoszę upadłość.
Na co ci laur ze złota i attycka harfa?
Po co lśniące jedwabie oraz złotogłowie?
Nim wyczyścisz spiżarnię, może mi odpowiesz,
jaka menda przyczepę kawioru zeżarła?
Mgłą zaszły okulary. Żenia przetarł szkiełka.
- Ja rozumiem, że dobry jest ormiański koniak.
Piękna nazwa: „Ararat”. Ale po co tona?!
Jak tu nie zejść na dziady! Jak z rozpaczy nie łkać!
Pozłacana lektyka i wachlarz z piór strusich!
Neon: PARNAS! Kobierce! Sedes z pozytywką!
Odpowiedz, stary koniu, na co ci to wszystko?!
Choć wciąż jesteś na bani, to powód być musi!
- Zamówiłem dla ciebie, więc nie rób hałasu!
zarżał Pegaz. Na pysku miał dżem oraz masło.
- A te wszystkie cudeńka dostaniesz na własność!
Siadaj więc do wierszyków i na laury zasłuż!
Pegaz przysiadł się z boku. - Czy jeszcze się wkurzasz?
I rzekł, patrząc, jak piwo w szklanicach się pieni
- napiszesz arcydzieło, nasz los się odmieni.
Tylko trzeba poczekać, aż zbudzi się Muza.
Piurnonsensowicz opowiada o bezsennej nocy
Jewgienij Piurnonsensowicz
Krzywy stół stuka nogą do taktu kapeli
diabłów grających w rurach dzikie uwertury.
Piję wódkę, bo nie mam z czego się zastrzelić,
więc zostaje już tylko stary łeb znieczulić.
Odklejona tapeta na kuchennej ścianie,
zwisając, przypomina, że nic nie jest wieczne.
Wychylam pełną setę, po której nie wstanę.
Potem leję następną i zaprawiam pieprzem.
Gdy pieprzówka zaszumi, wypali zwątpienie.
Buchnie ogień spod serca płonącą benzyną.
Wtedy góry na plecach będę gotów przenieść,
a tłustego Pegaza, chyżym lotem, minąć.
Właśnie przyszedł. Bóg wie skąd. Usiadł naprzeciwko,
rozwalając szeroko kopyta pod stołem.
Nalał kubek do pełna, po czym gładko łyknął
i rzekł: razem spędzimy godziny wesołe.
Wyjął flaszkę spod skrzydła. Butla bez nalepki,
ale dałem się skusić. Zresztą wszystko jedno
czy od kuli mam zginąć, czy po bimbrze krzepkim.
Wtedy Pegaz zagaił: po nim gwiazdy zbledną.
Rzeczywiście pobladły. Zawirował księżyc.
Rześki wiatr wpadł w gościnę przez otwarte okno.
Pegaz śpiewał romanse, właściwie to rzęził;
a ja z nim: jak jest ciężko iść ścieżką samotną.
Zjawiła się Erato i zaczęła sarkać:
jak zwykle, gdy mnie nie ma, szalona imprezka!
Do stajni, stary koniu! Już dochodzi czwarta!
Jewgienij! Marsz do łóżka! I proszę tu nie czkać!
Kochana, moja Muzo! Leku na depresję!
Przeżyłem dzięki tobie, każdą noc pijaną.
Ty dasz zawsze mi siłę, kiedy nic się nie chce.
Postaraj się o kompres i mleczko. Na rano.
Uwolnienie
Mgła rodzi się nad ranem w zmierzwionym barłogu
butwiejących zarośli, wśród zwarzonych liści.
Nawet ptaki uciekły i nie ma nikogo,
w lesie, który się może w złej godzinie wyśnić.
Postrzępione, jak wata, pasma brudnej bieli;
liżą pnie krzywych sosen, czepiają się łodyg.
tkając gruby kobierzec, by miękko wyścielić
drogę, po której przecież, nikt nie będzie chodzić.
Strzaskane kości grabów, w ciszy wiecznych cieni,
oblazła śliska gąbka postrzępionej grzybni,
gdzie się na starym próchnie, tylko fosfor mieni;
bowiem słońce daleko i nie zajrzy nigdy.
Lecz czasami, iskierka wystrzeli z półmroku;
jasny duch uwolniony z obumarłych tkanek.
Ulatując ku światłu, szybuje wysoko;
bo przepadnie na zawsze, jeśli tu zostanie.
Przypominanie.
Zegar gadał do siebie i powoli liczył
minuty, które kradła nadchodząca zima.
Chłodno teraz w mieszkaniu. Obraz się zatrzymał
na śliskiej tafli lodu lustrzanej granicy.
Krajobraz podwojony mirażem zwierciadła
pod bladym słońcem grudnia, białym niby hostia,
czekając na odkrywcę we mgle się rozpostarł.
Można przejść szklany limes. Brama się otwarła.
Pomylone ulice biegły w drugą stronę,
kręciły alejami na ziemię niczyją.
Wiatr dotykał gałęzi i sprawdzał czy żyją,
wyprzedzał cień człowieka o nieznaczny moment.
Horyzont stał się cienką, niewyraźną kreską.
Czas przemienił równinę w pomarszczoną kartę,
zapisaną na liściach brunatnym inkaustem,
mokrym śniegiem na polu - wszystkim, co odeszło.
Pamiętnik Piurnonsensowicza
Jewgienij Piurnonsensowicz
Piurnonsensowicz spoglądał na szafę
z lękiem, bo mebel wypchany i stary.
Rzekł – dziś porządki. Przejrzę, jak potrafię
swoje memuary.
Uchylił drzwiczki i zapach gorzelni
na cały pokój, jak potop popłynął.
Pierwsza butelka, to napój piekielny
o nazwie „Wino”.
Lata młodzieńcze w szkole podstawowej!
Może w przedszkolu, lecz któż to pamięta?
Już wtedy chłopcy mieli mocną głowę.
Nawet dziewczęta.
Pół tony pustych flaszeczek po piwie.
Żenia powąchał – zapach całkiem niezły,
z czasów liceum mógłby jeszcze przywieść,
nutkę poezji.
Jakieś likiery i słodkie wermuty,
pewnie relikty pierwszych strzał Amora.
Jewgienij po nich był ciężko zatruty,
ona też chora.
Ach! Żytni kłosie! Któż twą moc opowie?
Żenia się cieszy z istnej armii flaszek,
kiedy na studiach pił w objęciach kobiet
- za zdrowie nasze.
I księżycówka wypita z Erato,
puste baniaki suszone z Pegazem.
Inne nalewki dały moc skrzydlatą,
kolory marzeń.
Piurnonsensowicz westchnął i pochwycił
pełną butelkę, bo mu gardle przyschło.
- Koniec porządków, a przeszłość mam w rzyci!
Ja patrzę w przyszłość!
Wierszołap
Jewgienij Piurnonsensowicz
Gdzie polazłaś, poezjo?! To przeklęta gnida!
- Jewgienij chodzi z kapciem w zaciśniętej dłoni.
Dzisiaj nic mu nie idzie. Przyszło słowa gonić,
które znów się rozpełzły, choć mogą się przydać.
Wsadził rękę pod łóżko. Ugryzła go „wściekłość”.
„Ból” się przyssał łapczywie do obrzmiałej rany.
Żenia trzeźwieć nie musiał, gdyż nie był pijany.
Bowiem nie miał pić za co, pół wierszy uciekło.
Piękne rymy zniknęły. Barwne metafory
teraz w sadzie fruwają udając motyle.
Jewgienij czochra brodę, dziwiąc się niemile,
jak łatwo wszystko stracić, więc czuje się chory.
Znalazł butlę nalewki, lecz dalej rozpacza
- nie napiszę linijki, jeśli nie pozbieram
utraconych klejnotów. A niech to cholera!
Trzeba będzie o pomoc poprosić łapacza.
Przyszedł łapacz poezji, bimber z ust mu wionął.
Porozstawiał po kątach sidła, łapki, wnyki,
i lepy na średniówki. Wódki wziął trzy łyki
potem beknął i kazał sobie płacić słono.
Nic z tego. Sidła puste, na lepach komary.
Gdy wróciła Erato, rzekła - coraz trudniej
pisać wiersze, bo wszystkie lecą na Południe.
Trzeba pisać jesiennie, ochlapusie stary.
Wysypała z przepastnej torebki wierszydła:
wszystkie w czapkach i w szalach, włochate sonety,
polarne palindromy. Jesień to, niestety,
dobra pora dla wierszy. Dla poetów – zbrzydła.
Wiersz dla tych, którzy chcą posiąść młodą panienkę,
będąc w wieku balzakowskim, napisany z pomocą ducha ks. J. Baki
Próbowałem Mickiewicza
ale on cię nie zachwycał
nawet Norwid i Słowacki
cię nie rzucił w moje macki
ale miód poezji ciecze
gdy spoglądam na tyłeczek
wytoczony dłonią Pana
moja panno niemacana
niedostępne twoje udka
dla sonetów mych malutka
zdałaby się więc powtórka
z lektur – twoje piersi – czwórka
może trójka ale z plusem
wierszyk więc napisać muszę
w stylu tekstów Lady Gaga
choć wątroba niedomaga
albo rapu ostry numer
a napiszę tak jak umiem
gdy zapalę sobie skręta
marki kent więc zapamiętaj
że twój miły wciąż się ślini
do nieznanej swej bogini
poznaj me zamiary szczere
- cztery stówy za numerek?
Bój się Boga
moja droga!
Dębina
Szedłem ścieżką za tobą, ciężko pachniał łubin.
Nastroiła się harfa wiatru nad dębiną;
na cienistym dywanie mogliśmy odpłynąć,
a w liściastym szeleście na zawsze się zgubić.
Schowaliśmy się w trawie, wśród wielkich paproci.
Zapach ziół zawirował na skrzydłach motylich,
nie chcieliśmy uronić nawet jednej chwili,
gdy las drzemał pod wieczór i w skwarze się pocił.
Nie trafimy już nigdy na tamtą polanę,
wąskie ścieżki zarosły i niebo jest inne.
Wystroiły się drzewa barwami jesieni.
Lecz to lato na zawsze w pamięci zostanie;
tak jak ty, przytulona, zawsze będziesz przy mnie
i choć wszystko się zmienia, tego – nic nie zmieni.
Dziupla
Bies - renegat, skłócony z piekielną zwierzchnością,
przywędrował przez pola, by stanąć na skraju
asfaltowej wstążeczki drogi do osady.
Kopyta miał spuchnięte, bowiem chadzał boso,
po ziemi, którą dawno we władanie zajął,
kiedy jeszcze był młody i z ludźmi się wadził.
Dzisiaj nic nie zostało z odległego świata,
szukał więc sobie gniazdka, by osiąść na stałe,
składając w głowie wiersze o przyjemnych chwilach,
gdy podglądał dziewuchy i za nimi latał.
Gdzieś przepadły te baby. Został sam, jak palec,
teraz tylko wspomnienia mogą czas umilać.
Starą wierzbę przywitał i zajrzał do dziupli.
Wlazł do środka, ziołami wymościł posłanie,
położył się w ciemnościach i podkulił ogon.
Świerszcz mu zagrał nad głową na zielonej lutni.
Zasnął czart. Pewnie tutaj na długo zostanie,
gdzie diabły i anioły znaleźć go nie mogą.
Ewa i jabłecznik
Wszystkim Ewom
Zanim pejzaż odpłynie w sierpniowym powietrzu,
jasną ochrą beztrosko wijącej się drogi;
siądziemy pod jabłonią, której liście szepczą,
że niedługo, owoce przyjdzie jej urodzić.
Skwar się zgubi w zieleni. Ziemia jeszcze chłodna,
gęstą mgłą, która noce pod drzewami prześni,
będzie łożem, na którym, leżąc, się zapoznam
z grzechami o imionach – Ewa i jabłecznik.
Czas zamieni się w dotyk, kolory - w zapachy;
nauczymy się mowę polnych traw rozumieć.
Tylko sad, wyczarować to miejsce potrafi,
gdzie możemy pić siebie i cierpkawy trunek.
Wąż popełznie tuż obok i zniknie w łopianach,
pochylą się nad nami ciężarne gałęzie.
Przytulisz się i zaśniesz, tak, jak ja, pijana;
w krainie bez imienia, którą znajdziesz wszędzie.
Jak się pisze wiersze
Jewgienij Piurnonsensowicz
Chodź do mnie Muzo, niechże cię obłapię
- Jewgienij witał Erato od progu.
Mam nowy pomysł, w miarę czysty papier.
Pegaz nie pomógł.
Skrzydlaty osioł z niego, a nie ogier!
Książę łasuchów i baron spiżarni!
Napisz coś ze mną, bo dziś sam nie mogę,
gdyż jestem marny.
Erato zezem spojrzała na Żenię.
Czerwone oczka i niechlujny zarost.
Ty się nie zmienisz, prędzej ja się zmienię,
stara fujaro!
Już się ukorzył. Cmoknął Muzę w szyję.
Chrypiąc, zaśpiewał dumkę z pięknej Rusi.
Obiecał. Odtąd, wódki nie wypije
więcej, niż musi.
Potem zasiedli. Właściwie, to ona,
tworzyła wiersze, chyląc kształtną głowę.
Jewgienij dawał, gdy na łożu konał,
wsparcie duchowe.
Usiadła przy nim, ukończywszy pracę,
całując w brodę podobną do ostów.
- Nie muza pisze, jest całkiem inaczej.
Miłość. Po prostu.
Ornitologiczny epizod z życia Żeni
Jewgienij Piurnonsensowicz
Słowik układał jutrzence sonety,
choć dziwna pora dla wieczornych ptasząt.
Jewgienij zerknął. Poranek, niestety.
Noc się skończyła. Nowy dzień się zaczął.
Zamknij dziób ptaszku i przestań pitolić
stare banały o jajku i gniazdku
Jewgienij z łoża zwlekał się powoli,
bo noc miał ciężką i znów nie mógł zasnąć.
Chciał śnić o Gosi z gwiazdozbioru Panien
i o jej Mistrzu. Trochę o Bułacie.
Ale się uchlał, jak zwierzę, więc – amen.
Teraz da wenę Erato lub zacier.
Lecz, jak to w życiu. Usiadł na werandzie
znajomy gawron. Pan wszystkich śmietników.
Powiedział - Muza zawsze cię odnajdzie.
Bo Żenia jeden. Dupków jest bez liku.
Dam do pisania ci pióro z ogona,
atrament znajdziesz w chmurach tuż po zmierzchu
i wiersz napiszesz, piękny. Niech ja skonam,
wszystkie słowiki nad utworem westchną.
Jewgienij leżał cały dzień pod drzewem;
czekał, aż słońce pójdzie nad Kanadę.
I zaczął pisać, kiedy skończy, nie wie.
Ptaki zasnęły, nie zaśpiewał żaden.
Stare drzewo
Wróży sobie ze znaków zapisanych deszczem,
siatki zmarszczek na skórze poczerniałej kory.
Pień podpiera się cieniem. Jest stary i chory;
liczy martwe gałęzie i stulecia – przeszłe.
Skamieniało w ugorze, ale jest uparte.
Głębiej wkręca korzenie, chociaż źródło wyschło.
Siłę daje, wciąż żywym, konarom i liściom,
niepisana ugoda ze stwórcą i z czartem.
Przed laty przygarnęło bezdomną boginię.
Zapomnianą przez wszystkich panią dawnej kniei,
Bezimienna nędzarka, ma z kim, swój los dzielić.
Jest wieczna. Będzie czekać, aż wieczność przeminie.
Depresyjna ballada Piurnonsensowicza
Jewgienij Piurnonsensowicz
Wódka rodzi niepamięć, ale w kiepskiej chwili,
przywołuje wspomnienia, wyrywa z letargu,
rozczulone nad sobą i nad dolą marną,
słowiańskie stado genów, które lubią kwilić.
Wlewa się wartką strugą w popękane deski
rozeschniętej gitary skołatanej duszy,
zawodzącej jękliwie, gdy jej struny ruszyć
i spłynie za wieczorny horyzont, bezkresny.
Gdzie są one? Gdzie białe, śniegi niegdysiejsze?
Śpiewa razem z Franciszkiem w dobranym duecie
o życiu, które boli. Mocno. Chociaż przecież,
po Villon'ie zostały tylko stare wiersze.
Łzy pijaka, toczone nad ostatnią kością
paryskiego poety, kruszejącą w ziemi,
będą srebrem księżyca na twarzy się mienić
i palić gorzką solą, nim na wietrze poschną.
Znowu chandra dopadła Żenię ciepłą nocą.
Okowita jest zimna, lecz wcale nie chłodzi.
W nieruchomej duszności rozgwieżdżonych godzin,
krąży wieczne pytanie – jeśli żyć, to po co?
Pochylił się nad stołem i we śnie skamieniał.
Głośno chrapiąc, wypłoszył z tarasu komary.
Pijaniutki i blady, wydawał się stary.
Nikt nie wie, gdzie się podział, niegdysiejszy Żenia.
Jewgienij i Małgorzata
Jewgienij Piurnonsensowicz
Kiedy dotarł strudzony do zapadłej wioski,
ciepły kurz tańczył w słońcu, a gotyckie cienie
u stóp ciemnych topoli chłód wieczoru niosły,
który siedział za cicho szumiącym jęczmieniem.
Popołudnie rozgrzało czerwone dachówki,
koło sklepu, na ławce, kocur lizał łapy.
Baniaczek Jewgienija dawno był już był pusty,
trzeba się więc nareszcie, po bożemu, napić.
W zapachu dziwnych przypraw i proszków do prania,
uśmiechnął się najpiękniej do młodej sklepowej:
cztery winka najtańsze, podaj mi, kochana,
bo pragnę godnie skończyć dnia drugą połowę.
Zapłaciwszy poezją, wcale nie chciał reszty
i wyszedł pobrzękując tobołkiem na plecach.
Kiedy leżał pod miedzą, stał się bezcielesny,
żeby przyjść do dziewczyny we śnie, jak obiecał.
Piękniała, gdy lecieli pod strop chłodnej nocy;
dał naszyjnik z księżyca, łzy z policzków otarł.
Zostań ze mną, Małgosiu, mamy mówić o czym:
szeptał czule Jewgienij, widząc cień w jej oczach.
W rzeczną mgiełkę odziana i gwiaździsty brokat,
wpięła Wenus we włosy, błyszczącą jak brylant,
coraz wyżej szybując, gdzie ciemność głęboka.
Nie spogląda za siebie i głowę odchyla.
Nie czuje samotności pośród innych panien,
które do niej mrugają, wesołe i hoże.
Będzie śpiewać i tańczyć. Na zawsze zostanie,
sklepowa Małgorzata, w swoim gwiazdozbiorze.
Utracona
Powoli się podnosi szlaban sekundnika,
sekundę za sekundą wypuszcza w czas przeszły.
Chwile zgarnia za siebie i cicho przemyka,
żeby szlak nowych zdarzeń niestrudzenie kreślić.
W takie dni, gdy samotność spowalnia godziny,
kołyszące się w rytmie sennego wahadła,
chorujemy bez siebie i ciągle myślimy,
gdzie schowała się miłość, która gdzieś przepadła.
Twoje listy są świeże i wiersze do ciebie,
wcale jeszcze nie zwiędły, żyją przed oczami.
Promień słońca znad dachów po linijkach przebiegł
echem wspomnień. Zabłysnął i na zawsze zamilkł.
Czeladnik u Bruegel'a maluje taniec śmierci
Gabinet ruchomych obrazów
Chłopska muzyka pognała galopem,
aż pod powałę, nie ustając w biegu;
w girlandach czosnku, wśród brązowych cebul.
Z beki trysnęło piwo, ciemnozłote;
prosto w zgłodniałe paszcze pustych szklanic,
bo biesiadnicy wciąż nie są pijani.
Dziewuchom w tańcu kolebią się piersi,
w rozsznurowanych przez chłopców stanikach.
Proboszcz w sutannie, musi ślinkę łykać,
w parze z żebrakiem, co to się powiesił.
Biedny nieboszczyk, poczuwszy woń piwa,
przybył do karczmy, w której dawniej bywał.
Czerwony diabeł wygląda zza pieca.
Szczerbatą mordę wyszczerzył z radości,
za cebrem z wodą gniazdko sobie mości.
Przez komin w kuchni, na chwilę, tu wleciał
trochę się ogrzać, bowiem deszcz go dopadł.
A zima blisko - już chłodny listopad.
Tańcują wszyscy, tylko brak kostuchy;
jej kosa stoi oparta o żarna.
Nie ma co liczyć na to, że umarła.
Na stole został szklany gąsior – suchy.
Śmierć gnije w kącie, w trzy dupy zalana
- trzeba się bawić , mając czas do rana.
Malowanie
Idę wieczorem, ze słońcem na plecach,
maluję wiersze wśród zmęczonych wiśni.
Pomoże wrzesień i wiatr też obiecał.
Reszta się przyśni.
Słońce się chowa, niebo jeszcze ciepłe.
Ogień zachodu i bukowych liści
da diabeł z wierzby, bo mam układ z piekłem.
Reszta się przyśni.
Cień coraz dłuższy, trzy kroki przede mną,
gasi na trawie rozsypane iskry.
Dzień się nie skończy, gdy zapadnie ciemność.
Reszta się przyśni.
Cienie
Na dnie boru, w czarnych trzewiach
lepkich bagien, złych moczarów,
które gęsta mgła zalewa,
mrok tka sieci niby pająk.
Śmierć rozparła się żarłocznie
jak maciora u koryta.
Czyha pośród ciszy nocnej;
ciągle czujna i niesyta.
Wewnątrz ciała ciemnym lesie,
wici nerwów, mokrych tkanek,
ustał ból i mrozem przeszedł.
Chłód na zawsze pozostanie.
Przechodnie
Rozsypują się chwile kruszone palcami,
pochylonych nad miastem, niewidzialnych istot.
Krajobraz się rozpada, we mgle ginie wszystko.
Słychać szepty umarłych i modlitwy za nich.
Dusze dzieci uciekły na plac wiecznych zabaw.
Membraną ścian podwórza echo się podwaja,
odległych sygnaturek w pędzących tramwajach,
gdy wiatr liście tasuje i pasjans ustawia.
Jacyś ludzie powoli przechodzą, jak cienie,
mokrą kładką chodnika. Znikają w topieli,
która świat nierealny i realny dzieli;
gotowi, w inne miejsce, na zawsze się przenieść.
Jutrzenka (Noc polarna XXVII)
Naćpana wiatrem Eos, niesiona ulewą
zaglądała do mieszkań nieprzytomnym wzrokiem.
Świt nadciąga, czy wieczór, nikt nie wie na pewno;
kiedy wszystko spleśniało, zziębnięte, wilgotne.
Chwila, że coś się stanie, wydała się bliższa.
Na górze bezkrólewie. Zaraz się rozpadnie
niedbale posklejany, chaotyczny witraż
i wśród pustych uliczek utonie, jak w bagnie.
Ale nic się nie dzieje, sygnał nie nadchodzi.
Może kiedyś zabłyśnie, wysłany z daleka.
Ciągle pusto za drzwiami, milczą ciemne schody.
Trzeba czekać bez końca. I do końca czekać.
Ananke
Brudny śnieg szybko topniał, pejzaż spał spokojny.
Mokre chmury opadły na dno cichych dolin,
rozchodziły się mgłami, pełzając powoli,
jak macki wyrzuconych przez fale ośmiornic.
Życie dawno uciekło z drzew wyssanych do cna
przez zieloną truciznę wciąż głodnej jemioły.
Ciemna pleśń otuliła szkielety pni, gołych;
wśród nich snuła się postać, ślepa lecz wszechmocna.
W sidłach czarnych gałęzi promień długo konał,
pozostanie na zawsze w krainie rozpadu.
Ostatni raz rozbłysnął, runął nagle na dół;
już martwy dotknął ziemi, bo droga skończona.
Czas odwilży
Ciepłe dni rozkwitania jeszcze pod welonem
chłodnych mżawek i mglistych oddechów nad ranem.
Ptasie głosy - niewprawne, zimą rozstrojone,
wieszczą przyszłe zdarzenia, tylko wronom znane.
Hałaśliwe konsylium, czerniejąc przy płocie,
czyta świeże klepsydry i toczy zebranie.
Ale o co się kłócą, trudno ludziom dociec,
skulonym i skaczącym przez mętne kałuże,
błyszczące na chodnikach, wyślizganych w błocie.
Przechodzą szybko dalej, nie zostaną dłużej
obok płotu cmentarza, bo po co zostawać,
kiedy niebo jest mokre, zanurzone w chmurze,
poszarpanej przez wicher, ciemnej, niby kawa.
Mokną kartki na deszczu, zmarszczone od wody.
Tylko ptaki przysiadły, by dalej rozprawiać
o tych, którym przez bramę, przyszedł czas, przechodzić.
Fabryka
Jeden filar tu został. Bez dachu nad głową,
pośród gruzu i chwastów, poszarpanej blachy,
- pochylił się, bo prosto stać już nie potrafi.
Zamyślony nad czasem, istnieniem i sobą.
Rude cegły zrośnięte z grudami betonu
wyzierają spod łachów obumarłych łodyg.
Dzieła, które wiatr z deszczem nieustannie tworzy
- okrył płaszczem zarośli, rzeźbiąc po kryjomu.
W środku hali, bajoro – zmętniałe, zatrute;
pod ścianami rdzewieją trupy starych maszyn.
Czarny napis na murze ciągle jeszcze straszy
i zdziczały żywopłot opleciony drutem.
Na bezludnym pustkowiu ptaki wiją gniazda,
zwinna kuna poluje, w górze krąży kania.
I tylko słup - skrzywiony jak znak zapytania,
będzie stał i rozmyślał. Spokoju nie zazna.
Czerwcową nocą
jesteśmy obok siebie
w zapachu letniej nocy
otuliła nas ciemność
i po co komu wiedzieć
jak las rozmowy toczy
nad tobą i nade mną
na ustach kładziesz palec
słuchamy mowy liści
oddechu ciepłej ziemi
płyniemy coraz dalej
gdzie nigdy nie byliśmy
i gdzie pozostaniemy
Przed zimą
Ostatni ciepły wieczór pod progiem się schował,
bo lato stąd uciekło po czerwcowych śladach.
Ostry deszcz chłostał liście, gdy nie chciały spadać;
mokrym chłodem pachniała noc listopadowa.
Coś do drzwi zastukało i w półmroku jęczy.
Zgasło światło – wichura zajrzała przez szyby.
Zima była pod lasem, zaraz może przybyć,
by rozłożyć swój obóz na parę miesięcy.
Świeczka ledwo się pali, ale nikły płomyk,
chociaż mały i chwiejny, nie zgaśnie tej nocy .
Serce bije spokojnie, krew żyłami toczy;
lipiec przyjdzie dziś we śnie, jak dobry znajomy.
Pod spodem
Wyschło niebo - spękane, jak ślad po kałuży;
wrony wściekle się kłócą w knajackiej grypserze.
Wszystko wokół zmęczone, kalekie, nieświeże;
zanurzone w półmroku, który trwa tu dłużej.
Dzieciom o starych twarzach, nawykłym do bójek,
znudziły się zabawy w seryjnych morderców;
teraz siedzą na schodach, licząc do dziesięciu
- chmury, kapsle i cegły – dalej nikt nie umie.
Wdowiec z piętra przystanął, nie trzeźwieje nigdy;
jego pamięć, jak kurtka, do podszewki zdarta.
Chwieje się i studiuje pismem Leonarda,
odbite w brudnej szybie, zardzewiałe szyldy.
W zakamarkach podwórza zatacza się echo
ptasich wrzasków i kurew śmiejących się w bramie.
Widać, mają na działkę, więc bawią się same
i radują, przyznaną im dzisiaj dyspensą.
Szczury chodzą niespiesznie w kipiącym śmietniku,
kotów nie ma, bo zdechły już po siedem razy.
Zawirował pióropusz poszarpanych gazet,
i zniknął ponad murem, szybując donikąd.
Człowiek siedział przy oknie mrużąc blade oczy,
jakby czekał, aż sięgnie go wieczna amnestia.
Mógłby wyjść już na wolność, gdyby tylko zechciał,
wejść na wąski parapet i swobodnie skoczyć.
Warkocze i miedza
Jewgienij Piurnonsensowicz
Koniec pracy – Jewgienij zaplótł muzie dredy.
Teraz, miła, po piwo pszeniczne wyskoczę.
Wyglądasz jak Meduza, wolałem już kiedy
opadały ci z ramion złociste warkocze.
Pomnę, jak chodziliśmy po rozgrzanych miedzach.
Błądziliśmy po łąkach, odkrywanych wyspach,
zanurzeni w upale, który w trawie siedział.
Byłaś jak tajemnica, lecz przedziwnie bliska.
Krzew tarniny przemówił, gadały łopiany,
szeleściły uschnięte łodygi krwawnika.
Wiatr poleciał za drzewa, zostawił nas samych,
żeby w dziuplach wierzbowych wirować i znikać.
Gdy szliśmy obok siebie, słyszałem twój oddech,
tworzyliśmy bez końca wyśnione pejzaże.
O spacer polną miedzą codziennie się modlę,
nocami tam powracam, gdy bezsennie marzę.
Dzisiaj jednak za późno na spacery. Zima
ukryła pod zaspami ślady dawnych ścieżek.
Ale my potrafimy nawet czas zatrzymać
i na chwilę go cofnąć, gdyż bardzo w to wierzę.
Wrócę z piwem w koszyku, siądziemy przy oknie.
Cicho dumkę zaśpiewasz i będzie lipcowo.
Promyk słońca z przeszłości naszych twarzy dotknie,
a łąkę wyczaruje niewidzialne słowo.
Wstawał dzień
Wstawał dzień - letni ogród ubrany na biało,
obudzony przez burzę obmywał się deszczem.
Dziwnie było, sen odszedł, lecz senność została
- świat na zewnątrz, jak obcy, odrzucony przeszczep.
Dzień powstawał z kawałków oderwanych doznań,
stosu barwnych obrazków, które ktoś zostawił,
gdy wśród wszystkich postaci siebie nie rozpoznał,
znudzony oglądaniem cudzych fotografii.
Węszył wiatr – donosiciel, krążył za plecami,
odwracał strony liściom i czochrał sitowie.
A ja słowa odmieniam nie znając pytania
i próbuję odnaleźć właściwą odpowiedź.
Gdzie ścieżka, której szukam błądząc nieustannie?
Nie odpowie jeziora pomarszczone lustro.
Zagubiony, już drogi powrotnej nie znajdę
- czas się teraz obudzić, lub na nowo usnąć.
szczygły szczerzą ostrza paszczy
drżąca mysz wytrzeszcza trzeszcze
grzmi gżegżółek wrzask tak straszny
że się grzmocą w żądzy leszcze
trznadel trawi trzewia trzmiela
gdy w leszczynach grzywa grzyba
w krzepkie skrzypy skrzepem strzela
oszczep szczyn nie chybił chyba
żre grzechotnik organ Grześka
żmije wije anakonda
w złej krainie licho mieszka
więc tam nigdy nie zaglądaj
nie zaglądaj
nie zaglądaj
Jewgienij na Mlecznej Drodze
Jewgienij Piurnonsensowicz
Księżyc chmury pomazał najczystszą platyną,
taflę nieba opryskał jasnymi kroplami.
Nawet świerki w ogrodzie srebrzyście poplamił.
Kiedy dzieło zakończył, w rogala się zwinął.
Wstawaj, stara! Jewgienij obudził Erato.
Jest liryczna robota przy blasku lunarnym.
Tobie dobre - mruknęła - światło spod latarni.
A za muzę weź sobie chabetę kosmatą.
Pegaz uszu nadstawił, za okno wyskoczył
i stał się białoskrzydłym rumakiem poezji.
Jewgienij siadł na oklep - jesteś całkiem niezły.
Lecimy, dzielny koniu, na spotkanie nocy.
Gwiazdy się zaplątały w rozwichrzonej grzywie.
Słoneczny wiatr pomagał, planety migały,
w kosmicznej karuzeli wirował świat cały;
na kraniec Mlecznej Drogi pozwolił się wywieźć.
Tam, przed mrocznym sekretem lodowej przepaści
stał samotny drogowskaz z napisem: NIEZNANE.
Za nim była pustynia czarna, jak atrament.
Wracamy! Huknął Żenia - mam już wszechświat. Własny!
Styczeń
Królowa wiecznych mrozów zerwała naszyjnik;
rozsypał się na tafli niezmierzonej czerni.
Zaświecił wzór galaktyk i pustkę wypełnił;
ale las w martwym blasku nie przestał być zimny.
Przez splątane gałęzie iskrzyły się gwiazdy.
Polami biegły cienie nieznajomych istot,
oddech w piersiach zamierał, gdy były zbyt blisko,
lecz pomknęły – pozostał ich trop, niewyraźny.
Zawył wilk, albo wicher właśnie wezwał zamieć
pod strzępiaste chorągwie modrzewiowych koron.
gdzie się dzikie watahy na wyprawę zbiorą.
Podbiją cichą ziemię. Długa noc nastanie.