POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane tych, którzy odeszli » Michał Witold Gajda /misza/ » Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2014 r.
Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2014 r.
Autor Wiadomość
Leszek Wlazło 


Wiek: 70
Dołączył: 18 Paź 2007
Posty: 19054
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2017-01-19, 08:59   Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2014 r.

Piurnonsensowicz objaśnia dzieło sztuki

Jewgienij Piurnonsensowicz

Jeleń z landszaftu zgubił rykowisko
zdany na smętną kompanię łabędzi.
Najbliższa knajpa pewnie nie za blisko,
będzie więc rogacz nudny żywot pędzić.

Żenia podążył za spojrzeniem Loli,
kiedy siedzieli przy kuchennym stole.
Goliła z kubka i Jewgienij golił
żółty napitek – a nie był to olej.

Trafiłaś w sedno – powiedział Jewgienij.
To arcydzieło kupione za flaszę,
bardzo prawdziwe, bo trzeba docenić,
że przypomina całe życie nasze.

Ty, jak ten łabędź. Powiem więcej – Leda.
Ja stary jeleń, chociaż nie rogaty,
gdzie świat jest kiczem, w którym żyć się nie da,
a kiczowate są także zaświaty.

Dlatego mamy bimberek i siebie,
by tłoczyć w żyły paliwo natchnienia,
kiedy bywamy w bolesnej potrzebie:
wrażliwa Lola i ponury Żenia.

Wystartujemy, kiedy powiesz: nalej!
Na skrzydłach wierszy przyjdzie w drogę ruszać,
miniemy księżyc szybko pędząc dalej
przez czarne niebo, za blaskiem Syriusza.

Pozostawimy bez żalu tę chatkę,
obraz na ścianie i landszaft za oknem.
I tylko czasem zerkniemy przypadkiem,
na kropkę słońca jak mruga, samotnie.


Piurnonsensowicz pisze do świętego Mikołaja

Jewgienij Piurnonsensowicz

Łaskawy Panie! Gryzmolę ołówkiem
pokorną prośbę do wyższej instancji.
Popijam bimber, więc wena nie uschnie,
a za nic w świecie nie chcę wątku stracić.

Właśnie! Wyjawię, czego nie chcę dostać
pod choineczkę umajoną wierszem,
pachnącą życiem, zieloną jak wiosna.
Zlikwiduj zimę. To żądanie pierwsze.

Nie przyjmę chłodu jesiennych poranków
i samotności w deszczowych kropelkach.
Mógłbyś też wicher w jakimś miejscu zamknąć
z księżycem w pełni, kiedy na mnie zerka.

Nie chcę zegarka, krawata z jedwabiu
i otwieracza do puszki Pandory,
ani człowieka, który by mnie zawiódł,
bo każde świństwo zawsze mocno boli .

Widzisz, że więcej rzeczy których nie chcę,
a swoich potrzeb pewnie nie określę.
Zatem, zasuwaj przez kosmiczną przestrzeń
i zapal dzisiaj gwiazdy trochę wcześniej.


Świątek

Długo czekał przy płocie poczerniały święty.
Nie miał dużej pociechy z lipowego płaszcza,
grzbiet odmrożony.

Z nudów sobie układał sekretny pamiętnik;
wszędzie pusto, bo dzisiaj zimowy czas nastał,
uśpione domy.

Nie ma ludzi, a z wroną w polu nie pogada.
Zaczął stawiać pasjanse z pierwszych płatków śniegu
na świętej księdze.

Wróżył, kiedy znów ujrzy w górze gęsie stada.
Chociaż, kiedy przylecieć ptaki dobrze wiedzą,
ale nikt więcej.

W końcu, strząsnął lód z ramion i zlazł z postumentu.
Rzucił w krzaki pastorał, idąc wprost ku zorzy
świateł gospody.

Tam, siedząc przy kielichu, z kapotą rozpiętą
spędzał w miłej kompanii każdy dzionek boży,
czując się młodym.

Zamienił aureolę na czerwone wino
i do stołka przy barze przywykał powoli,
chętnie by został.

Ale nie da się w życiu tak bez końca płynąć,
bo służba to nie drużba. Wróci na cokolik,
gdy przyjdzie wiosna.


Świniobicie

Chłopina darł szczecinę zatłuszczonym ostrzem,
głuchy na suczy jazgot w podwórzowej czerni.
Psy poczuły wyżerkę po jesiennym poście,
a zapach krwi i mięsa był nazbyt przyjemny.

Mróz ścinał błoto w kamień - do świąt mały kroczek.
Dzień spływał za horyzont, a jucha do miski.
Trzej królowie, po łokcie schlapani w posoce,
pomagali przy świni, bo za wcześnie przyszli.

Mętne światło żarówki skrywało szczegóły,
powtarzanej co roku długiej ceremonii.
Nie miał końca starannie sprawiany rytuał
czyszczenia świeżych jelit, choć czas przecież gonił.

Zapomnieli, że panna na ostatnich nogach,
lada chwila ma rodzić w szopie przy parafii.
Znowu sama zostanie w kraju prostych pogan
i tylko jedna gwiazda zawsze do niej trafi.


Dziesięć wersów

Wszystko zostało zapisane – na liściach wiśni i na korze
drzew zagubionych w szczerym polu, w półcieniu jaki daje orzech.

Znakami siatki drobnych zmarszczek na spamiętanych dłoniach matki.
W chaosie dni pędzonych naprzód – pomiędzy pierwszym a ostatnim.

Na gruzach domów opuszczonych przez ludzi pochowanych obok.
Pod starym krzyżem, pochylonym nad zapomnianą, leśną drogą.

Farbą na murze i w kamieniach zrośniętych z ziemią od początku.
Pochmurnym niebem i barwami, którymi Bóg świat kiedyś dotknął.

Co jest, już było wyśpiewane w językach wszystkich znanych istot;
tak, jak powraca każde życie - tą samą ścieżką, którą przyszło.


Stacja

Ten pejzaż zawsze budzi się po zmierzchu,
ciemne graffiti wypełza na ściany.
Stado latarni, jak co noc, pijanych,
maluje chłodem chodnik na niebiesko.

Jesion pochyla skręcony kręgosłup
nad ławką w parku ze starym menelem,
który się wyśpi, jak sobie pościele,
by pierwszych mrozów na grzbiecie nie poczuć.

Powoli stygnie szorstka skóra tynków,
oślepłe domy udają umarłe.
W krzyżach okiennic drzemie dusza czarnej
nocy nad miastem, gdy ulice milkną.

Przychodzą duchy, tych którzy nie mogą
odejść stąd sami, bo zgubili ścieżkę
albo zostali, gdyż chcą spojrzeć jeszcze
na swoje życie przed najdłuższą drogą.

Ostatnia stacja. Ekspres zaraz zniknie
w mroku za miastem, gdzie przepływa rzeka.
Gasną światełka, choć słychać z daleka,
jak pociąg jedzie po moście na Styksie.


Tragiczna miłość jeża

Jeż zakochał się w ostrydze,
mówiąc do niej: szczęście widzę
w pięknym związku naszej pary
ty nadobna, ja niestary
i miłuję ciebie szczerze.
Nasze dzieci – morskie jeże,
wychowamy, jak należy,
jako wzór dla wszystkich jeży.
Przyszłość mamy więc przyjemną,
tylko otwórz się przede mną!
Ona rzekła – możesz płakać,
wyjdę za mąż za ślimaka.
Koniec. Kropka. Dobra rada:
lepiej, jeżu, szybko spadaj!
Jeż załamał się i stoczył.
Mokry przełyk ma i oczy,
we łzach tonąc i w gorzale,
co jej nie porusza wcale,
bowiem ostryg obyczajem
ciągle zimna pozostaje.

Tu do puenty szybko zmierzam,
że ostrygi nie dla jeża.
A ogólny morał taki,
że wśród ssaków są mięczaki.


Tak będzie zawsze

Cisza była przestrzenią, szeleściły liście;
drobna szadź się rozsiadła na zmrożonych dachach.
Błysnęły jasne iskry, by przez chwilę istnieć,
refleksem ciepłej wiosny, która wreszcie wraca.

W górze tlił się niemrawo zamglony reflektor,
to słońce wyruszyło na niespieszny obchód.
Ludzie wolno się snuli, tylko ptaki lekko
szybowały pod bokiem błyszczących wieżowców.

Wsiądziemy do tramwaju i będziemy patrzeć
na ruchome obrazy - beztroscy i piękni;
bo tacy zostaniemy dla siebie na zawsze,
nim czas zatoczy koło na ostatniej pętli.


Koniec jesieni

Po asfalcie płynęło światełko z portierni,
stróż miał oczy przymknięte, ale jeszcze nie spał.
Za płotem, krzew leszczyny milcząco się czernił,
w radio grała rapsodię jazzowa orkiestra.

Drżącą nutą zabrzmiały zardzewiałe druty
ogrodzenia. Baletem spadających kropli
zakończyła się jesień. Gdy wiatr z deszczem ucichł,
w powietrzu został zapach – ciężki i wilgotny.

Tylko patrzeć, a parking pokryje się bielą,
zamarzną w chłodnych iskrach dachy samochodów.
Pół księżyca zaświeci, jak złamany szeląg
darowany na drogę tym, którzy odchodzą.

I tak życie wygasa. Podobne jesieni
stygnącej resztką liści na sztywnych gałęziach.
W ciemności i samotnie, bo wszyscy zasnęli,
bezszelestnie się wtopi w niewidoczny pejzaż.


Nalewki

Jewgienij Piurnonsensowicz

Zegar wybił południe, gdy w drzwiach kuchni stanął.
Erato już tam była, spojrzała z przyganą:
wzrok dziki, włos zmierzwiony i suknia plugawa
na Żeni, bowiem wczoraj w szranki z Lolą stawał
przy litrze, albo więcej - pod korki śledziowe.
Chwiał się nieco, lecz ustał. Niemal stracił mowę,
cicho stęknął: nalewek leczniczych nie ruszaj,
bom wypił z literatką „Pana Tadeusza”.
A nic tak nie uleczy skonanego ciała,
jak nalewki kapinka. Odrobina mała
cudownych eliksirów, pełnych leśnych woni,
którymi nabrał barwy zacny samogonik.

Zatem dalej! - ożywił się na widok flaszek.
Oto są nasze pułki! Oto armie nasze,
które kaca rozgniotą jak nędzną padlinę.
Bowiem gwałt gwałtem zwalczaj, a płyn spłukuj płynem!
Wtedy Muza splunęła i trzasnąwszy drzwiami
poszła sobie, rzuciwszy spojrzenia dynamit.

Jewgienij zaś lustrował butelek szeregi
stojących w kilku rzędach, jako morza brzegi
kusiły niezwykłością niezbadanej treści,
bo w każdej czar natury i jej moc się mieści.

Sięgnął po pierwszą z brzegu z nektarem aronii,
kac zelżał od zapachu i smutki przegonił
obudziwszy sierpniowe słońce w listopadzie.
Już lepiej. Żenia pustą flaszę na bok kładzie.
Czas na eliksir z dyni, co błyska jantarem,
potem jarzębinówkę, niby wino stare
kryształową czerwienią lejącą się w usta,
dalej poszła pigwówka. Po niej flasza pusta
staje obok butelek po innych wypitych:
dereniówki, wiśniówki – lecz Żenia niesyty
sięga po morelówkę i wyciąg z tarniny.
Po krzepkiej jagodziance język mocno siny
przepłukał jeszcze lekko baniaczkiem krupnika.
I padł ciężko pod stołem, bowiem się nałykał
tylu letnich zapachów i słońca w kropelkach,
że jak na jeden dzionek, to dawka zbyt wielka.

Teraz zasnął od czarów nadzwyczajnej cieczy,
a gdy oczy otworzy – znów się będzie leczyć.


Wiersz haniebnie zignorowany przez jury konkursu poetyckiego

o Ochotniczej Straży Pożarnej

Sprzęt jest do dupy, a komendant – burak.
Jednak załoga zawsze czuwa pewnie,
by w porę dostrzec czerwonego kura,
nim ogień strawi stodoły i chlewnie.

Znowu jest alarm, trudno je spamiętać.
Wysoko płynie piosenka wesoła.
Cieszą się chłopcy, radują dziewczęta,
gdyż posterunek pali się i szkoła.

Naprzód sikawki! Do boju bosaki!
Wóz gna do akcji jak jasna cholera.
Widać, że pożar dziś nie byle jaki.
Gdy się się spóźnimy, nie będzie co zbierać.

Jeszcze się żarzy – nie wszystko stracone!
Trzeba ratować żywe, co się szwenda.
Ale na końcu, sołtysa i żonę,
bo on jest kutas, a ona to menda.

Po paru setkach, zastęp żwawo rusza.
Niemniej, nie wszystko zostało zalane,
bowiem w sikawkach i w gaśnicach susza.
Sołtys łzy toczy, a komendant pianę.

Choć wieś spłonęła, jest pociecha mała,
że nic gorszego już się nie przydarzy.
Tylko remiza dumnie pozostała
na wiecznej służbie Ochotniczej Straży.


Piastunka

Chodziła po mieszkaniu. Cichutko i wolno
podeszła do łóżeczka z uśmiechniętą twarzą.
Pochylona nad dzieckiem mogłaby je objąć
i zabrać w nocną podróż za rękę prowadząc.

Nie weźmie go przed świtem. Jeszcze jest za wcześnie
na pachnącą ziołami, jedyną wędrówkę
po łąkach i ścierniskach wiodących za kreskę
mrocznego horyzontu, gdzie spokojnie uśnie.

Przysiadła w ciemnym kącie ciepłego pokoju,
obok rudej wiewiórki i białego misia.
Poczeka, bo wie dobrze, że zabierze swoją
dziewczynkę już niedługo. Może jeszcze dzisiaj.


Lola i Bela

Jewgienij Piurnonsensowicz

Usiadły obie. To dwie koleżanki
od prostych rymów i prostej siwuchy
skąpo ochrzczonej dietetyczną colą,
pitej na zgubę wrześniowych dni suchych
ze zmatowiałej geesowskiej szklanki,
bo Muza czuwa nad Belą i Lolą.

Czuwa też kelner i czuwa Jewgienij,
by żadna z wieszczek nie padła na parkiet,
gdy przeholują w dyskusji co nieco;
bowiem te chwile każdej ceny warte,
kiedy wiersz płynie na skrzydłach jesieni,
z których pożółkłe pióra liści lecą.

A Żenia słucha i dusza mu śpiewa,
za każdy wersik dodaje gorzały,
jakby lirykę chciał do naczyń przelać.
Patrzy i pije: wiruje świat cały,
za oknem knajpy kołyszą się drzewa.
Wiersze czytają – i Lola, i Bela.

Cieszy się Pegaz, raduje Erato,
Piurnonsensowicz w zachwycie oniemiał.
Każdy poeta jest świętym. Albowiem,
wiersze powstają tak, jak rodzi ziemia:
gdyż skromne kwiaty są hojną zapłatą,
bo przecież w każdym mieszka żywy człowiek.


Na porębie

Po bruzdach kory, wiersz nienapisany,
popłynął smugą brunatnej żywicy.
Poczułem słowa, gdy dotknąłem rany
drzewa, bo przecież bólu nie wykrzyczy.

Stos ciągle pachniał sokiem pełnym lata,
dziwiąc się nagle odkrytą przestrzenią,
na której dawny krajobraz się zatarł.
Tylko mech przetrwał i usychał, drzemiąc.

Wśród twardych gnatów wyrwanych korzeni,
fruwały osy szukające gniazda.
Świat przestał istnieć. Pejzaż się odmienił,
nowy się rodził i ciągle rozrastał.

W jamach wykrotów jeszcze dogasały
milczące duchy wyciętego lasu.
Lekki wiatr, cicho, po trawach i białych
krwawnikach , wolno przechadzać się zaczął.

Już nie odnajdę dobrze znanych ścieżek.
Zostały ślady opon ciężkich maszyn
i zryta ziemia. Wkrótce nie uwierzę,
że kiedyś mogło być całkiem inaczej.


Zielsko

Wyrastało z kamienia. W ciemnościach szczeliny
chłodnej skały znalazło wilgotne łożysko
skąpej matki. Niechciane, lecz zostało blisko,
przytulone pędami, żeby wciąż być przy nim.

Niepotrzebne nikomu, niczemu nie służy;
odrzucone przez ziemię, obce nawet skale.
Niesie liście do góry, krzewiąc się wytrwale
i kierując ku słońcu w upartej podróży.

Żyje wszystkim na przekór, gdy kwiaty w nizinach
dawno temu pomarły, zżarte przez robaki.
Wierzy, że jest Opatrzność, że przecież plan jakiś
musi istnieć, gdy ono przy życiu się trzyma.

Poszarzałe od suszy, stwardniało jak drewno.
Targane przez wichury, ciągle ma nadzieję,
że kiedyś ktoś mu powie, dlaczego istnieje,
bo w końcu taka chwila musi przyjść. Na pewno.


Na bagnach

Mokradła czujnie drzemią, trawiąc i bulgocząc,
w oparach ciężkiej woni nienazwanych roślin,
wijących się przy krzewach, które całkiem poschły,
zatrute dawno temu oślizłą wilgocią.

Południe pali ogniem lipcowego pieca,
szeleszczą suche rózgi płowego sitowia.
Nad kępą lekko tańczy zabłąkany owad.
Potrącił pajęczynę i w światło odleciał.

Duch bagien jest zmęczony. Gdzie woda głęboka,
pełna mrocznych tajemnic mulistej topieli,
ciszą wiecznej ciemności posłanie wyścieli,
na spoczynek dla siebie i pogańskich ofiar.

Powróci chłodną nocą o deszczowej porze.
Obudzi stare wiedźmy z przydennej czeluści,
gałęzie drzew nad wodą do tańca wypuści.
Odmieni okolicę, bo siebie nie może.

Odżyją słowa zaklęć niesione przez wicher,
spisane czarnym torfem, chmurami i zimnem.
Nawet ścieżki nad brzegiem, wydadzą się inne;
urok zniknie nad ranem – pójdzie tam, skąd przyszedł.


Grzegorz z Zegrza

Krzepki Grzegorz w Zegrzu żebrze,
tamże zemrze, wrzód go zeżre;
wprzód przemierzy Grzechu Zegrze,
aż po Przemszę albo Biebrzę.

Krztynę grzańca chytrze wydrze,
by obrzękłą grdykę dogrzać.
Swój zad wieprza weprze w rikszę,
łżąc po litrze - jestem doża.

Krzesząc iskry w poprzek kry prze.
Grzmi Grześ – ostrzej przyprzyj fiakrze,
by do Łomży przed dżdżem dotrzeć;
grzej przez żużel łotrze, także.

W Łomży onże się przedzierzgnie,
do mszy w komży żwawo bieży.
Przy ołtarzu marząc pieprznie,
Biebrzę z Zegrzem można przeżyć.


Powrót Pinokia

Ostrzegano Dżepetto, że nic z niego nie będzie
lecz cieśla strugał głupka i był całkiem głuchy
jak pień, na wszystkie wróżby, gdy razem ze świerszczem
heblował szczapę drewna o sękatej duszy.

Wreszcie przyszedł czas wracać po startych odciskach
własnych śladów na żwirze lisiej ścieżki. Starszy
o dłuższe cienie klonów znajomych z dzieciństwa,
o blask jesiennych koron i liści umarłych.

Nie ma już gdzie się spieszyć i do kogo pobiec;
co było dawniej znane, przy dotknięciu obce.
Pozostał brat przyrodni – w płocie stary kołek,
więc zapuścił korzenie obok, pod jałowcem.


Rozpustny duch bałkańskiego jeźdźca

ballada

Ruszaj Duszan! Wir cię porwie!
Wierzch okulbacz karej klaczy!
Słońce we krwi rzygnie ogniem,
orkan orząc orkisz zagrzmi,
do dnia pogna nad Adriatyk,
kpiąc z kpów kopy i ich fatwy.

Zatrzepoczą skrzydła płaszcza,
żwir wykrzesze iskry z podków.
Wytrzeszczona paszcza w chaszczach
zwierza z drzewa trwożnie wrzaśnie.
Widmo Serba prując prosto,
w chruście chaszczy chrzęści właśnie.

Błoną bielma blednie oko,
z trudem rudą Trudę tropiąc.
Hultaj duch pohula potąd,
aż ktoś zdejmie urok z mary
lub pokropi kroplą pop ją
bimbru albo rumem starym.

Amor namiar ma na marę,
stadem samic omam mami.
Pętla klątwy raczy czarem,
gdy Duszana dusza dysząc,
chmury z góry zgarnia grani:
kres karesów – krypty ciszą.

Lecz po śmierci Serb się wierci,
półprzytomny prze przez przestrzeń,
chce ćwok seksu chociaż ćwierci.
Choć na marach, nie w alkowie
leży, bo jest padłym leszczem,
gdy go spotkasz - sam mu powiedz.


Miejsce

„Gdy będę miał drugie życie”

Dom stanie tam, gdzie piorun nigdy nie uderzy,
w zapachu igieł sosny i wiosennej brzozy.
Gadający las z boku, który mógłby ożyć,
gdyby przyszła choroba lub ludzie nieszczerzy.

Plecy będę miał silne, jak dorosłe drzewa,
a od mąki pszenicznej pobielałe ręce.
Sam ze sobą, lecz przecież nie trzeba nic więcej,
żeby z łąką rozmawiać i z ptakami śpiewać.

Przyjdzie czas, gdy pod wieczór, nad brzegiem jeziora,
przystanę i się schylę nad spokojną tonią,
by zobaczyć na wodzie rysy własnej twarzy.

I odległe wspomnienia, jak cudzy sen, goniąc
- pomyślę, że to wszystko zdarzyło się wczoraj.
Jeżeli tak się stanie, jeśli się przydarzy.


Barokowy pejzaż - leśny parking

Skwar pływa po asfalcie. Gdy cisza go nudzi,
podgląda jak w girlandach ku górze się niesie
ornament winorośli i oplata budy;
zabite pilastrami poczerniałych desek.

Mleczne nimfy z haremu niewidocznych faunów,
odwrócone plecami do leśnych portyków,
wygiąwszy pełne biodra cierpliwie czekają;
spoglądając na drogę wiodącą donikąd.

Kurz ściera róż z policzków i matowi twarze,
blakną w słońcu południa farbowane włosy.
W iluzji perspektywy widać niewyraźnie,
jak się nad krańcem świata ołtarz chmur podnosi.

Transformator przy drodze nuci oratorium;
echo fugą faluje, motywem upartym.
Gdzieś daleko, zawodzi baryton motoru.
Tak jak wszyscy, ominie zapomniany parking.


Jaja "a la Jewgienij"

Jewgienij Piurnonsensowicz

Lola jest smętną Loleńką.
Jewgienij w kuchni to Kmicic.
Walczy z jajkami na miękko:
padły, gdy przestał czas liczyć.

Lola wybaczy na pewno
(jako i my wybaczymy),
że jaja będą jak drewno,
twardsze od kul kolubryny.

Nic to, gdy płonie uczucie,
choć żółtko jawi się sine.
Trzeba je przełknąć i uciec
w miłosnych marzeń godzinę.

Twarde są jaja i życie,
więc trzeba dodać im soli.
Gdy łzy wytoczysz już skrycie,
czas walczyć, chociaż zaboli.

Lola usiadła przy Żeni:
gorzka herbata, chleb z gliny,
a jajek nic nie odmieni,
lecz my swój los odmienimy.

Płynie nasz sen nieskończony,
czas biegnie i lata lecą.
Chodźmy dziś „Pod Jesiony”
przekąsić małe co nieco.


Scena w altanie

Jewgienij Piurnonsensowicz

Gonią się podfruwajki. - Spojrzał na elfice.
Przytyły znów przez zimę na suchym prowiancie!
Lola gniewnie mruknęła, albowiem im skrycie
zazdrościła skrzydełek. - Ty okropny samcze!

Cóż widzisz, stary durniu, w owych beztalenciach?!
Niskim lotem szybują, na skutek nadwagi.
A ty im kwiatki nosisz, do śpiewu zachęcasz.
Nie masz wstydu! Spójrz w lustro. Oto jest król nagi!

Zniechęciłeś Erato podłymi trunkami.
Pegaz po tanich winach powłóczy kopytem.
Twoja harfa fałszuje, jej dźwięk prawie zamilkł.
Może wreszcie docenisz natchnioną Lolitę?

Tu spojrzała zalotnie, a Jewgienij popił
owocowej herbatki troszeczkę wzmocnionej.
Nie będziemy o stworki przecież kruszyć kopii.
Nie brudzą, mało jedzą i powabne one.

Wystarczy mi, że czasem zjawią się w ogrodzie
i ty Lolu też przyjdziesz, leciutko pod gazem.
A z nami stary kumpel – wiosenny czarodziej
zaprosi nas do tańca. Zatańczymy razem?


Trzciny

Kiedy uschną, zostają pomiędzy żywymi,
kołysząc opowieści z drugiej strony lustra
ciemnej wody jeziora, kapryśnej bogini,
która – raz je tarmosi, innym razem muska.

Przygniecione przez burze potrafią się podnieść,
nastroszywszy wysoko obosieczne liście.
Nocny wiatr grywa na nich ulotne melodie
bez których świat przy brzegu nie potrafi istnieć.

Wiedzą więcej od innych okolicznych istot,
znają mroczne sekrety, które na dnie siedzą.
Szepczą o nich spłoszone i wyznają wszystko,
lekkim ważkom, znudzonym żarliwą spowiedzią.

Gdy odchodzą, niesione falami przyboju,
dobry prąd je do celu zawsze zaprowadzi.
Inne jeszcze czekają, ciągle prosto stojąc,
bo mają przecież siebie i bezpieczny azyl.


Zatrzymane

Widzisz chwilę z przyszłości czy wspominasz przeszłość
siedząc na schodach domu, gdy próbujesz łapać
winny smak cienia sadu i chlebowy zapach
pszenicznej sierści ziemi zmierzwionej po deszczu?

Maki dawno przekwitły; ich dojrzałe ziarno
usypało się w kurhan na drewnianej tacy.
Wszystko takie zwyczajne, a jednak inaczej
błyszczy staw przy ogrodzie lustrzaną emalią.

Odmiennie niż zazwyczaj, w niespokojnym chórze
żaby toczą canzony i fugi sitowia.
Jeśli zechcesz, powtórzą swój koncert od nowa,
a słońce się zatrzyma, żeby świecić dłużej.

Między wczoraj a jutrem, wolno zmierzasz mostem
rozpiętym gdzieś wysoko na pierzastej chmurze.
Chciałbyś jeszcze w tym miejscu pozostać na dłużej,
chociaż zostać na zawsze byłoby najprościej.


Na dobranoc

Deszcz drobniakami ciskał na odczepne
ostatkom chłodów krótkiego przedwiośnia.
Zrzuciwszy brzemię, odfrunęły lekkie,
pierzaste chmury, bo nie chciały zostać.

Zębate płoty schły na ciepłym wietrze,
hojnie siejącym polny afrodyzjak
na bez kwitnący i ogrodu przestrzeń,
gdzie trawa w jasnych promieniach zabłysła.

Dojrzała cisza przedwieczornej sjesty,
słońce, jak ważka, tańczyło na szybach,
malując drogę wiodącą w czas przeszły,
na której taśmie, tylko cienie widać.

Znów nikt nie zajrzał przez otwarte okno,
zegar wciąż gadał w monotonnym rytmie.
Zamykasz oczy i wiesz, że samotność,
najbardziej boli, kiedy maj zakwitnie.


Ballada o potworze z Wrześnicy

Wichry wyją i szeleszczą
w kępach pokrzyw oraz ostów.
Przez ostępy wieści wieszczą,
które w głowie nam po prostu,
moi mili, się nie mieszczą.
Taką mają moc złowieszczą.

Coś w odmętach zabulgoce;
z wody idzie zapach szamba.
Zwłaszcza w księżycowe noce
słychać jakby śpiew: La Bamba.
Jesteś zuchem, sam więc oceń
co w ciemnościach tam mamroce.

Mroczny cień nad okolicą:
miejska rada na pysk pada,
drżą ze strachu tyłki mszycom
na dźwięk głosu tego gada.
Potwór nucąc pieśń zwodniczą,
pilnie węszy za samicą.

Wszystko to jest prawda szczera:
nie przepuści żadnej babie:
czy powabna, czy megiera.
Choć na szpetne leci słabiej,
to zazwyczaj nie przebiera.
Taka z niego jest cholera.

W całym mieście straszno strasznie,
blady księżyc głowę schował.
Stwór zaczekał, kiedy zaśnie
nieostrożna białogłowa.
Szepcząc jej do ucha baśnie
pod kołderkę włazi właśnie.

Wrześnianinie! Późna pora!
Przytul białkę! Drzwi zamykaj!
Do słuchania bajek skora,
lecz nie o psie ogrodnika.
Ty zastąpisz dziś potwora.
Taka puenta. Może morał.


Świętowanie Loli z Żenią

Jewgienij Piurnonsensowicz

Jewgienij dumał przy stole nad wierszem
nienapisanym. Chociaż miał go w głowie,
na nic pomysły i chęci najszczersze,
gdy muza schlana, znów nic nie podpowie.

Pegaz nie lepszy. Udawał zająca
i kicał w kuchni z butelką na szyi.
Razem z Erato toasty wciąż trącał,
ale poezji nie poświęcił chwili.

Ciągle to samo - smutek targnął Żenią
pisanie z nimi, kapsla jest niewarte.
Pegaz i Muza zwyczajów nie zmienią,
świętując miesiąc każdy tłusty czwartek.

Poszedł do Loli. Była tam, gdzie zawsze,
„Pod Jesionami” radując się chwilą.
Dołączył do niej, by spędzić hulaszcze
chwile płynące, jak z portfela bilon.

Zasonecili. Jewgienij liryczniał
po każdej secie wlewanej pod śledzia,
a Lola była nader poetyczna.
Żenia popłynął, chociaż w krześle siedział.

Amor w berecie zagrał na harmoszce,
stara pisanka wiodła spór z rzeżuchą.
Życie się stało znośniejsze i prostsze
odkąd żeglują. Lecz nigdy na sucho.


Hajda! Hajda!

Jewgienij Piurnonsensowicz

Natchniona Lola z Muzą łoją żytnią.
Pegaz pod stołem, butelka na stole.
Jewgienij pije. Za oknem bzy kwitną,
dusza poety nie przestaje boleć.

Ech! Życie, życie, jak ty się telepiesz!
Człowiek się czuje wypluty i stary,
tragicznie marząc o szerokim stepie,
gdzie jest swoboda, pijalnie i bary.

Trzeba wyruszyć na sławne burzany
przez dzięcielinę, czymkolwiek jest ona.
Pomknie przez niebo korowód zalany,
bowiem ostatnia flaszka wytrąbiona.

Weźmie karocę lśniącą od pozłoty,
zabierze Muzę i Lolę, choć chrapie
i dwa zaprzęgnie zleniwiałe koty,
bo dość leżenia na miękkiej kanapie.

Siądzie na koźle i strzeli z biczyska,
koty zamiauczą, ruszając z pazura.
Nad nimi Pegaz będzie zadem błyskał,
a w dole burza – groźna i ponura.

To jest romantyzm! – Pił, a wciąż rozprawiał.
Gdy wreszcie skończył, spojrzał dokoła:
Lola poległa, Muza puszcza pawia.
Jewgienij westchnął – jedźmy, nikt nie woła!


Legenda o Lechistanie

Stanisław Jerzy Lec
„Słaba pamięć pokoleń utrwala legendy”


W zamierzchłych czasach, w odwiecznych borach,
żyła tubylców garsteczka spora.
Miał Piast Kołodziej przy autostradzie
warsztat blacharski i żył z dnia na dzień,
bowiem zły książę, zwany Popielem
zdzierał podatki, dając niewiele.
W kraju rozrastał się pomiot wraży:
przybyło kurew i misjonarzy.
Lecz nawet od nich, książę z Kruszwicy
słony podatek sobie zażyczył;
czy dzień był letni, czy w lutym, krótki,
bulili mnisi i prostytutki.
Chłop więc niejeden, choć to ohyda,
z nędzy, swą córkę za Niemca wydał.
Tak uczyniła Wanda Piastówna,
żeby się budżet w domu wyrównał.
I chociaż sztuka była z niej twarda,
wyszła za Szwaba, Puschke Gerharda.
Potem wozili na wschodnią stronę,
za rzeką Odrą wozy kradzione.
Wtedy to właśnie smok spod Wawelu
przyjął do pracy kuzynów wielu
i by skarbowy się ich nie czepiał,
Szewczyk Dratewka prostował ślepia
wietnamskim krewnym smoka z Krakowa,
bo by afera była gotowa.
Kniaź Krak skarbówce próbował dopiec:
tam, gdzie stał urząd, usypał kopiec,
czym doprowadził się do rozpaczy,
gdy mu rachunek przyszło zapłacić.
Wszystko to sprawki łotra Popiela,
który dochody szczodrze rozdzielał
pomiędzy swoich synów i braci.
Wujek ze stryjkiem, też się wzbogacił.

Czas już na myszy! - Ktoś mi podpowie
- bo wiersz się ciągnie jak wymię krowie!
Nic z tego, Złoci! Popiel żył zdrowo
sto lat lub więcej, gdyż to i owo
przeczytał w klechdach u bakałarza,
więc starych błędów już nie powtarzał.
I dla nas także płynie nauka:
mądrości trzeba w legendach szukać.


Tango el plantador

Zaszumiał rzepak kwitnący za płotem,
pocałowałem, lecz chciałem wziąć więcej.
Cicho szepnęłaś – Zdzichu, wszystko potem,
kiedy ksiądz zwiąże stułą nasze ręce.

Grali wciąż tango chłopacy z kapeli,
wieś tańcowała na letniej zabawie.
A malowany księżyc w górze bielił,
kiedy mnie Amor trafił. Albo prawie.

Bo ty pachniałaś, jak hektar lawendy.
Ja się wzmocniłem zbożowym pół litrem.
Poszliśmy dróżką – tędy i owędy,
żeby poskromić w sobie chuci brzydkie.

I wtedy - przecież żaden wstyd,
poczułem argentyński rytm.
Wiedząc, że nie powtórzę znów,
wypowiedziałem parę słów:

zintegrujmy areały,
połączmy pola naszych ciał.
Obsiejemy świat nasz mały;
miłość trza brać, gdy los ją dał.


Na wiosnę znowu zakwitną ziemniaki,
inne uprawy ucieszą barwami
na naszych morgach, więc nie byle jakich,
chociaż ulewa zmoczy je czasami.

Dam ci naręcze delikatnych kwiatków
dobrej odmiany krajowych kartofli.
Zbierzemy bulwy, żeby na ostatku,
przepijać zyski i czekać do wiosny.

Gdy przyjdzie jesień, siądziemy pod miedzą
patrząc, jak w ogniu palą się łęciny.
My przytuleni - niech sąsiedzi wiedzą,
że pocałunków nigdy nie skończymy.

Upalna noc, lecz w sercach szkwał,
w remizie tanga czar wciąż trwał,
grała kapela z „oespe”,
razem śpiewały dusze dwie:

zintegrujmy areały,
połączmy pola naszych ciał.
Ogrodzimy świat nasz mały;
miłość trza brać, gdy los ją dał.



Do Karola Dickensa

Wiatr bity deszczem zapędził pod mury
brzydkiej rudery, ciemnej od wilgoci,
żebrzące dzieci rumuńskich Cyganek.
Obok, garował bezdomny - ponury,
bo niedopity, zeszczał się i pocił.
Nie wszystko poszło zgodnie z bożym planem;
pogubił lata, a życie przechlane.

Nieduży sklepik, jakich tutaj wiele.
Na brudnej szybie napis: MALOWANIE,
lecz lokatorzy zejdą się wieczorem;
sędziwe kurwy i starzy menele,
żeby pić wszystko, co mocne i tanie,
a potem złożyć ciała ciężko chore,
ukołysane ciemnym gwiazdozbiorem.

Nieletnia dziwka o pryszczatej twarzy,
z kałdunem, który jej za kwartał pęknie;
w kusej sukience, jak ministrant w komży
- licząc, że może klient się przydarzy,
wyszła przed bramę w towarzystwie przekleństw.
Chociaż poprzednio, nie spędziła ciąży,
następnym razem, na pewno już zdąży.

Dzień się zawinął, jak babcia z poddasza,
gdyż nikt nie spostrzegł, kiedy odszedł w nicość.
Koniec pisania. Kałuże podeschły,
zamglony księżyc nikłe światło zasiał
nad przyczajoną i zimną ulicą.
Zasypiam z myślą, że więcej się zmieści,
na marginesach Pańskich opowieści.


Miejsce zdarzenia

Stada chmur, poszarpane, jak kłaki ligniny,
pojawiły się nagle, przygnane o świcie.
Zalegały nad parkiem. Wydawał się inny,
czekał na coś skupiony i zapragnął milczeć.

Zmrożony zarys ciała ciągle czerniał w krzewach.
Otaczały go wiotkie ramiona gałęzi,
by o białą twarz dziecka lekko się ocierać
i od duszy dziewczynki, ostry wiatr odpędzić.

Zostały ślady butów na wilgotnym śniegu,
duże i zamaszyste dowody na zbrodnię.
Ale zło pozostało, dalej nie pobiegło,
przyczaiło się w cieniu i czekało, głodne.

Przybyli obcy ludzie, wyznaczyli taśmą,
granicę mrocznej strefy nocnej tajemnicy.
Drzewa stały znużone, nie potrafiąc zasnąć.
Próbowały, bez końca, znaki w śniegu liczyć.


Wieczorek romantyczny

Jewgienij Piurnonsensowicz

Z łoża wstał dziś za wcześnie i snuł się w półmroku
jak duch starego ojca królewicza z Danii.
Tęgi kac go obudził, burząc święty spokój,
bo jeszcze nie otwarto barów i pijalni.

Ale przecież odłożył na czarną godzinę
w kącie szafy baniaczek zacnej śliwowicy.
Tego ranka Jewgienij w długi rejs popłynie.
Nie będzie pustych godzin, jak drobniaków, liczyć.

Na przekór martwym liściom z ciemnego dywanu
moknącego na ścieżce i plusze za oknem.
Uśmiecha się, bo pałę będzie mieć zalaną,
razem z Lolą, gdyż nie chce żeglować samotnie.

Posłał po nią gawrona, z miłym zaproszeniem,
bowiem Pegaz gdzieś przepadł, jakoś przed miesiącem:
PRZYBĄDŹ DO MNIE SZYBCIUTKO, JEŚLI MASZ PRAGNIENIE
ŁYKNĄĆ MOCNEJ POEZJI, JAK OGRÓD PACHNĄCEJ.

Lola przyszła zziębnięta. Ptaszysko nad głową
obwieściło jej wejście skrzekliwym hejnałem.
Rozgrzała się wierszami, było nastrojowo
w bursztynie śliwowicy i w poezji – białej.

Już się pokład pod nimi lekko zakołysał.
Czarny ptak z tępym dziobem nalewał do szklanek.
Dobry wiatr dmuchał w żagle, więc dopłyną dzisiaj
do kresu dnia, nim znowu chłodna noc nastanie.

Wtedy, gdy przyjdzie północ, a z nią pora sucha,
Żenia szepnie: zwątpieniem nie wolno się plamić;
chociaż niebo jest ciemne, musimy wciąż ufać,
że gwiazdy jasno świecą – nawet za chmurami.


Okno po drugiej stronie ulicy

Powolne przebudzenie w znajomym pejzażu
trwało chłodnym półmrokiem nienazwanej pory,
której cień na chodnikach błotem się rozmazał,
odrzuconej przez wszystkich i śmiertelnie chorej.

Od łez albo od potu, zastygał na ustach
posmak soli i gorzki osad niewyspania.
Ślad po śnie wygasając, realny świat muskał
bladym echem kolorów, nie biorąc nic w zamian.

Gałęzie żywopłotu oplecione drutem,
jak ręce rozstrzelanych z wojennych fotosów,
drżały pod zimnym deszczem lecz nie mogły uciec,
poddając się wiatrowi i wyrokom losu.

Zapaliło się światło w oknie naprzeciwko
i przemknął cień kobiety za cienką zasłoną.
Tylko chwila. Tak krótka, jak ulotna bliskość
z człowiekiem w pustym świecie. Z moją nieznajomą.


Historyczna lodówka Piurnonsensowicza

Jewgienij Piurnonsensowicz

Oto lodówka. Oto Jewgienij.
Dzisiaj tam zajrzy okiem sokolim,
czas na porządki, by układ zmienić.
Niechaj zacuchnie. Niechaj zaboli.

W herbowej misie masa nadgniła.
Nieco nieświeży, rodem z Nieświeża,
bigos w prezencie. Od Radziwiłła
Panie Kochanku. Już się wyleżał.

Radzieckie śledzie - pancerz czołgowy.
Kto go rozpruje niechybnie zginie.
Po kim to spadek? Wypadło z głowy:
czy po Chruszczowie, czy po Stalinie.

Precel Kościuszki, twarda ohyda,
wystaje z brudnych, powstańczych onuc.
Szmata się pewnie na nic nie przyda,
bo insurekcje wyszły z bon tonu.

W piastowskim serze glizdy Rzepichy,
flaszka po Sasach likier zawiera.
Żenia spróbował - słaby i lichy,
lecz jeszcze gorsze ziółka Hitlera.

Po królu Stasiu figi od Kasi
i polska szynka mocno zszarpana.
Bona wiedziała, co lubią nasi:
w pudełku - burak i marihuana.

Zatrzasnął drzwiczki wściekły Jewgienij,
odór był bowiem zanadto trupi.
Cmentarny klimat, nic się nie zmieni!
Rzekł, po czym poszedł w trupa się upić.


Ojcostwo Piurnonsensowicza

Jewgienij Piurnonsensowicz

Utytłany jak zwierzę, sunie Żenia przez miasto.
Tu zaczepi kobietę, tam się spotka z latarnią.
Każda brama mu dzisiaj się wydaje zbyt ciasną,
przyszłość zaś, czarną.

Taka chandra chwyciła nieboraka za gardło,
że od rana się tacza po ulicach miasteczka.
I płaczliwie powtarza: oj, przepadło! Przepadło!
Kto mnie odetka?!

Za nim, krzywą kolumną, idą blade i słabe:
poematy, sonety - wyglądają na chore.
Są podobne do taty, kiedy człapią tak stadem,
za swym autorem.

Usiadł obok pomnika uznanego poety.
Spojrzał w górę ze złością: nie śmiej się, panie złoty!
Kiedy moje natchnienie całkiem wyschło, niestety.
Bo płodzę knoty.

Muza łazi po knajpach, Pegaz gra na wyścigach.
Ogród perzem zarasta, w domu rządzą pająki.
Czas najwyższy się wreszcie, od pisania, wymigać.
I raz z tym skończyć.

Gdy tak gorzko się zwierzał kamiennemu poecie,
wiersze Żeni piękniały, niczym łąka na wiosnę.
Niepotrzebny im jesteś, Jewgieniju, bo przecież,
są już dorosłe.


Bunkier

Poskręcane żelastwo sterczy wśród paproci
- czarne żebra wyrwane z boku chorej ziemi.
Ptak bezgłośnie przeleciał jak zbłąkany pocisk
i utkwił w gęstych krzewów głębokiej zieleni.

Zakopany po dziury mrocznych oczodołów,
niewidomy i głuchy, betonowy staruch.
Nie chce wiedzieć, że nie jest potrzebny nikomu;
chciałby jeszcze postraszyć, choć zdycha pomału.

W jego sercu mieszkają śpiące nietoperze;
nie ogrzeje go słońce, nie wyrośnie trawa.
Zanurzony w ciemności, własnej śmierci strzeże;
bo tylko z nią nocami, po cichu rozmawia.


Ecclesia

Drzewa splotły ramiona w gotycki tympanon.
Portal pełen jasności powoli prowadził
przysadzistych pni kolumn cienistą litanią
ku otwartej równinie wychłodzonej nawy.

Suche liście spływały cichym deszczem hostii,
w gąszczu krzyży gałęzi, obudzone ptactwo,
ochryple głosząc chwałę wszystkich stworzeń boskich,
śpiewało oratorium i nie chciało zasnąć.

Jesiony stały razem skupioną gromadą,
malując na tle nieba nierówny ornament.
Wybijały pokłony z wiatrem, który zadął,
modląc się, żeby kiedyś, ktoś się modlił za nie.


Iluminacja

Nasza składka na wina trwała pod żaglami
poszarpanych przez wicher, chmur opitych deszczem.
Konał wrzesień bez słońca i z ciepła wyssany,
bo chłodne dni, z wichrami, przybyły za wcześnie.

Liczenie drobnych monet było jak liturgia
odprawianej codziennie mszy za dusze wszystkich,
którym film i życiorys dawno już się urwał
i sen pełen kolorów, do końca się wyśnił.

Nadszedł czas podniesienia. Płyn wsiąkał do tkanek,
a pejzaż się naświetlał powoli jak klisza.
Na smyczach własnych cieni idziemy w nieznane.
Może jeszcze wrócimy. Na pewno nie dzisiaj.


Marzec

Gdzie przystanąłem, wie tylko brzezina,
pośród cmentarza opadłych gałęzi.
Cień w głębi lasu łaty śniegu więzi;
mrozy odeszły, nowe się zaczyna.

Na białej korze, spękanej od zimna,
napiszę palcem, prostą głagolicą,
pokorną prośbę. Ptaki ją pochwycą,
uniosą w chmury. Wiosna przyjść powinna.

Jeszcze szybują wspomnienia zamieci,
mnożąc się echem mrocznej polifonii,
lecz wiatr z Południa rychło je przegoni,
na jego grzbiecie zapach traw nadleci.

Obejmę drzewo, gdy słoneczny taniec,
popłynie z góry przez leśne witraże.
Ktoś zrosić ziemię ciepłym deszczom każe.
Cicho wypowie - amen. Niech się stanie.


Życzenie na dzień dobry

Jeszcze październik - chmury ponad miastem
rzeźbią na niebie przedziwny ornament.
Krąży wietrzysko, buty ma za ciasne
lub jest pijane.

Komin kotłowni jak wielki peryskop
wstaje z głębiny i we mgle się chowa.
Przez niego dojrzę, za matową szybką,
śpiącego boga.

Dzień biorę w ciemno, wezmę go po kosztach.
I tę ulicę - zmokniętą i smutną.
Nie pragnę wiele, chciałbym tylko dostać
następne jutro.


Ząb kreta

Jewgienij Piurnonsensowicz

"Co robić na ból zębów? Wyjąć ząb kretowi żywemu, puścić go, tym zębem ból zębów leczyć będziesz."
Ks. Benedykt Chmielowski: Nowe Ateny, Lwów, 1745


Kac z bólem zęba - to piekło na ziemi.
Kto nie doświadczył, ten nie wie, co męka.
W pustej sypialni słaniał się Jewgienij.
Jęczał i stękał.

Szukał porady, więc sięgnął do księgi:
„Nowe Ateny”. Małe oczka przetarł.
Po chwili krzyknął – autor łeb miał tęgi!
Idę po kreta!

Do parku droga była bardzo bliska,
skwer z pijakami od domu go dzielił.
Doszedł do chaszczy oraz legowiska
starych meneli.

Gdy przebył trasę z kompresem na szczęce,
gromko witany przez dobrych znajomych,
coś z nimi wypił. Trzy flaszki. Nic więcej,
gdyż był zmęczony.

Potem wykonał dwa wdechy głębokie
i zanurkował w zielonej gęstwinie.
Bowiem zamierzał tego dnia przed zmrokiem
kreci ząb przynieść.

Powrócił z łowów, kiedy już zmierzchało.
Usiadł wśród kumpli, jak dzielny myśliwy,
a w palcach trzymał jakąś kostkę małą.
Już się nie krzywił.

Ale Jewgienij swój sekret uchronił
i tajemnicy strzeże do tej pory:
czy to ząb kreta przyniósł wówczas w dłoni,
czy własny – chory.


Rejs Jewgienija

Jewgienij Piurnonsensowicz

Bożek wiatrów dął w żagle z całej siły w płucach,
ale stary miał astmą, albo jakiś bronchit,
bo łajba wolno parła przez akwen spokojny.
Jedynie okowita mogła człekiem rzucać.

Żenia, stary kapitan, zagrał hejnał z flaszki;
potem Pegaz odegrał swój, na końską nutę.
Wyruszyli przedwczoraj, by przed nudą uciec
i ciągnącym z Północy oddechem Alaski.

Korniszony w ładowni i szampan piracki.
Droga wolna, niestraszne wichury, ni szkwały.
Pegaz zatarł kopyta – wychylmy po małym
zanim straszna potwora sięgnie po nas macki.

Wokół mgła, pewnie blisko do Ultima Thule.
Jakiś brzeg niewyraźnie czernił się w oddali,
ale dzielni żeglarze, głośno chrapiąc, spali.
Pegaz do Jewgienija przytulił się czule.

Obudził ich skrzek mewy, bo nie śpiew syreni.
Jewgienij otwarł oko, jaskrawy świt bolał.
Nad brzegiem stawu w parku zjawiła się Lola
z rozkazem, że nadeszła chwila, by kurs zmienić.

Zostawili więc tratwę, gorzałka wypita.
Odkryli nową ziemię ze znajomym barem,
bowiem „Pod Jesionami” wszystko było stare:
Lola, kelner i bigos. Viva dolce vita!


Nowy Rok Loli

Jewgienij Piurnonsensowicz

Siadła pod oknem pełna melancholii,
choć ma pić za co, gdyż wczoraj był pierwszy.
Nie będzie z Żenią do świtu gryzmolić
safickich wierszy.

Znajomy kelner nawet nie zapytał,
wiedząc, jak damę pocieszyć w niedoli,
podał ogórki i litr wódki z żyta,
bo czystą woli.

Włosy w nieładzie. Rozmazał się w strugach,
znaczony łzami, niedbały makijaż.
Ponura zima dla Loli zbyt długa
bez Jewgienija.

Lek na samotność wnikał w nią łagodnie,
ale wciąż łkała – w szlafroku i bosy
Piurnonsensowicz wyszedł przed tygodniem
po papierosy.

Gdzie on się podział, taki mizeraczek?
Pogubił drogę w stumilowym borze,
więc jego lica więcej nie zobaczę,
bo pomarł może.

Wilcy go zjedli lub leśne demony,
niecnie porwały w mrocznych bagien topiel.
Piję, boś pewnie na zawsze stracony.
Po tobie, chłopie.

A prawda była przecież oczywista;
Jewgienij zapił. Nie wińmy go za to,
że teraz drzemie, jak każdy artysta,
razem z Erato.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane tych, którzy odeszli » Michał Witold Gajda /misza/ » Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2014 r.


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo