Wysłany: 2017-01-19, 09:00 Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2015 r.
Śmietnik
rozkład jest piękny i wabi bo przecież
jak grzech pociąga słodkawy choć ostry
zapach kuszący smrodliwym sekretem
muchy i wszystkich nieproszonych gości
tajemny impuls porusza materią
ożywia ciało i obdarza kształtem
który się roi barwą ciągle zmienną
przywdziewa zbroi chitynowy pancerz
masa się kłębi gubią się kontury
lecz ciągle czuwa niewidzialny szaman
rządzący światem chaotycznej rui
w nieustającym cudzie zmartwychwstania
Dlatego
Był właśnie koniec listopada z migreną długich nocy,
bijącą światłem od latarni w zbielały chłodem chodnik.
Możemy chodzić po ulicach i mówić, tylko o czym,
gdy słowa marzną w kłębach pary wśród szronu zimnych ogni?
Bo przecież nawet zwykły spacer jest więcej niż rozmową,
a odgłos podwojonych kroków nabiera nowych znaczeń.
Ich echo w bramach szepcze wiersze, sens których trudno pojąć
przechodniom zapatrzonym w cienie, pełznące pustym placem.
Zamknięte sklepy wyśnią baśnie zaczarowanych wystaw.
A my wciąż dalej, choć przymrozek pokąsa nas po rękach.
Na cienki witraż lodu spadnie samotnej gwiazdy iskra;
jest dla nas: żeby nie zapomnieć i siebie zapamiętać.
Al fresco
potargał chmurom loki nieznany perukarz
zmierzwiona grzywa nieba burzy się i pieni
wypuszcza wodne tiule po dziwacznych stiukach
fasady blokowiska i sunie ku ziemi
na górze niespokojnej łamie się sklepienie
szuka miejsca dla siebie bezdomna hałastra
greckich bogów i nawet wystraszony Ereb
pędzi w czarnym kapturze na rogatki miasta
plafon wolno opada by niedbale osiąść
na wyniosłych kolumnach fabrycznych kominów
wśród których śmierć się błąka z wysłużoną kosą
otoczona aniołów pierzastą rodziną
wszyscy święci zgubieni z grubych hagiografii
tułają się pod zorzą otwartych marketów
bowiem w blasku neonów żaden nie potrafi
znaleźć drogi powrotnej więc stąd nie odlecą
teraz są razem z nami na codziennym fresku
gdzie kształt i kolor ginie by zrodzić się nagle
gdy my idziemy czasu niewyraźną kreską
w korowodzie z aniołem z kostuchą i diabłem
Ostatnie chwile zabawy w remizie
Pod koniec krótkiej nocy okulały krzesła
i zastygły, oparte o spocone ściany.
A kapela wciąż grała i nie chciała przestać,
chociaż wszystkie jej nuty każdy znał na pamięć.
Firanki podfruwały przy otwartych oknach,
gdzie czerwiec siał swój zapach oraz gnojowica
na polach rozłożonych jak plebejska książka
o wiecznie suchym kacu nudnawego życia.
Wśród reliktów świetności splądrowanych stołów
garowały zezwłoki spitych biesiadników.
Jedna para tańczyła, kiwając się wkoło,
bowiem przyszła tu sama i z własną muzyką.
W końcu poszli i oni w sobie znane miejsce,
lecz będą na zabawie za miesiąc w sobotę.
Bo stąd nie ma ucieczki, a każde odejście
jest pętlą, która zawsze kończy się powrotem.
Kraina ostów
Na końcu świata, gdzie milowy kamień
znaczy granicę, może jeszcze dalej.
Wieje wietrzysko, wygina i łamie
gałęzie krzewów sczerniałych w upale.
Zarosłe ścieżki nigdzie nie prowadzą:
jak okiem sięgnąć, rządzi suchy oset.
Tu nie ma miejsca dla wiśniowych sadów,
bo jaka ziemia, takie jej owoce.
Dzieci złej matki – twarde i kolczaste,
w pochmurne noce szepczą z drżeniem łodyg
dziwne historie i ponure baśnie,
jak z podłych nasion dziki łan się rodził.
Uparcie żywe, plenią się na piaskach.
Niemiłe niebu, niechciane przez ziemię;
wszystkim na przekór, będą się rozrastać,
gdyż nie ma miejsca, gdzie mogą się przenieść.
Zgon jesieni na przedmieściach
pomarły stare królowe przedmieścia
zżarte przez syfa lub marskość wątroby
spis imion kurew na spróchniałych deskach
płotów szemrany panteon ozdobił
wśród lichych szyldów nieczynnych warsztatów
w cienistym chłodzie Alhambry pni nagich
drzew późny wieczór właśnie tworzyć zaczął
nowe rozdziały niepisanej sagi
bo w suterenie zabawa dziś ostra
kto swój ten sygnał sekretny odebrał
czasem przemknęła chyłkiem jakaś postać
jak cios zadany cichaczem pod żebra
nikt nie chciał wiedzieć że zimny listopad
ostrza wichury wecował na kole
księżyca który spoglądał z wysoka
i wieścił miastu że może zaboleć.
wódka zabiła wszystkich gdzieś nad ranem
dzień się zaczynał alkohol się skończył
ulice spały gęsto zasypane
błyszczącą ściółką liści listów gończych
Jeż i dama
Dama zważa niech na jeże,
i się przed jeżami strzeże.
No bo niby mały zwierz,
ale zwierzem jeż jest też.
Niech odmawia więc, pacierze
i do łoża go nie bierze,
bo jeż kłuje bez ostrzeżeń.
Jeśli Pani nie nadąża,
powiem krótko: z jeżem ciąża
to jest trauma, fiasko, dramat,
kiedy dama nie wie sama,
gdzie jest jej kolczasty amant.
Czy popija wina tanie?
Czy zabawia inne panie?
Czy w szuwarach ryby płoszy?
Czy dobiera się do łoszy?
Czy zbrukawszy damy wszystkie,
śpi w agencji towarzyskiej?
Może wolny już od chuci
do jeżowej kornie wrócił?
W sinej dali przyszły tata.
I tu morał się wyplata:
żeby się nie wiązać z jeżem.
Inne zwierzę niech wybierze.
Jarzębibka
upolował mnie dzisiaj wytrawny myśliwy
pewnie to ciepły wrzesień albo swojska Diana
z wesołą twarzą trzpiotki gwizdnęła na palcach
bym się wreszcie zatrzymał na wieczorne leże
bywają takie chwile gdy po dniu szczęśliwym
godziny lekko płyną a każda pijana
tańczy w świetle żarówki beztroskiego walca
w rytmie bicia zegara i serca uderzeń
nadchodzą wszystkie barwy odległej krainy
pełnej krasnych owoców po niedawnym lecie
zanurzonych w bursztynie uwolnionym w trunek
który spijam ostrożnie by nic nie uronić
podryfuję swobodnie lecz nie zasnę przy nim
kiedy dzieją się czary prawdziwe bo przecież
bogini jarzębiny zawsze celnie umie
wymierzyć w środek duszy więc jestem trafiony.
Ballada o Basi Cmentarniance
Specjalnie na życzenie Befany di Campi
Na cmentarzu komunalnym o szarej godzinie
strasznie jest, bo cienie łażą wśród mogił stadami.
Jakaś zmora pośród ścieżek, kolebiąc się płynie,
a jej widok tak okropny, że i puszczyk zamilkł.
Oto ona. Wredna Basia. Upiór miejskich mogił.
Zawsze krąży o tej porze, a przybywa znikąd.
Czernią tuje przerażone, nawet kruk uchodzi.
Mokra ziemia się zapada, marszczy się lastriko.
Skąd się wzięła upiorzyca o włosach z pajęczyn
i z kosmatych, muszych nóżek, trefionych przez wicher?
To przekleństwo grodu soli. Sekret wiatr wyjęczy,
gdy w ciemnościach listopada, miasto zaśnie ciche.
Nieśmiertelny cień megiery, bo o niej legenda,
cholernicy, której nawet kostucha unika,
nad wieczorem, pośród grobów niezmiennie się szwenda,
żeby paląc jakieś zioła, dziwne płyny łykać.
Bóg jej nie chce, nawet piekło rygluje swe bramy,
kiedy zmora pragnie odejść i zaznać wieczności,
więc nie pójdzie i zostanie w swoim śnie pijanym,
by jak zawsze, przy grobowcach nocne leże mościć.
Strzeż się siostro! Strzeż się bracie! Kiedy cień wyskoczy
zza nagrobka i zaskrzeczy: daj pan coś na piwo.
Rzuć drobniaki wstrętnej jędzy i nie patrz jej w oczy.
Uciekając, dziękuj Panu, żeś uszedł stąd żywo.
Ballada o niechceniu
Kłakami wełny strzępiastych obłoków
niebo się pruje jak znoszony sweter.
Nic dziś nie robię i leżę, bo przecież
na górze słońce, a na ziemi pokój.
Poranna trawa świeża od wilgoci,
z podwórza idzie zapach koziej sierści.
W malwach przy płocie coś cicho szeleści
na krętym szlaku tajnych ścieżek kocich.
Wszystko mam w nosie lub jeszcze gdzie indziej.
Leżąc plecami na kraciastym kocu
mogę wolności wreszcie trochę poczuć.
Nigdzie nie idę i nikt tu nie przyjdzie.
Dziwne, że chce się fruwać polnym ptakom,
krowie zaryczeć, a psom w kółko szczekać.
Mogłyby kiedyś wziąć przykład z człowieka,
bo cicha łąka pomieści nas jakoś.
Dla wszystkich stworzeń miejsce się wykroi,
świat jest obszerny i wystarczy ziemi.
Niczego nie chcąc, cichutko zaśniemy
marząc o raju, choć każde o swoim.
Modlitwa II.
Ucieknę w twoje dłonie, schowam się na zawsze.
Zamknę oczy i długo będę śnić bezpiecznie
o tym jak szumią drzewa, ciepły lipiec pachnie,
kiedy wieczór w sitowiu opowiada baśnie
wędrujące po wodzie przy drzemiącym wietrze.
Odczytam znaki świateł na niespiesznych falach,
wieczyste przykazania zapisane w gwiazdach.
Cichutko Cię poproszę, żebyś mnie odnalazł
nad rzeką, która milczy. Nocą - od mgły biała,
pokaże jasną przystań, gdzie spokoju zaznam.
Popołudnie Fauna
Jewgienij Piurnonsensowicz
Nie ma śladu po deszczu, bo na górze jasno
buzuje mocny ogień lipcowego pieca.
Jewgienij wziął kawałek lasu dziś na własność
i na łąki dywanie w zieloność odleciał.
Dzielna Lola zasnęła znużona południem,
Erato poziewując szeptała Leśmiana,
Pegaz padł przy strumieniu. Było więc tak cudnie,
jak może wyczarować słoneczna polana.
Znalazła się i flaszka, usiadł z nią przy drzewie,
a gdy popił spragniony, zapachniały kwiaty.
Wszystko się roztańczyło i sam nie był pewien,
czy kopnęła go wódka, czy figlarny Satyr.
Jeszcze trochę pociągnął i wtedy zasłona
ze złocistych promieni lekko się podniosła.
Wyszły nimfy dorodne - pomyśl trochę o nas
zanim wszystko wychlejesz. Nie rób z siebie osła.
Jewgienij oszacował leśne feministki.
Wyglądały niezgorzej. Spojrzał na nie bystrzej
- z wami, moje panienki, podzielę się wszystkim,
albowiem mam w zapasie samogon w kanistrze.
Fauna nigdzie nie było. Na odwyku biedak.
Wątroba wprawdzie boska, ale jedna przecież.
Tak więc, Jewgienijowi trafiła się scheda:
poważne stanowisko w olimpijskim świecie.
I odtąd, niespodzianie zamilkły ruczaje;
nie ma w gajach i w borach panien długowłosych.
Wszystkie poszły do niego. Coś mi się wydaje,
że w kuchni piją bimber, paląc papierosy.
O boski Jewgieniju! O nimfy upadłe!
Cieszcie się okowitą i radujcie chwilą.
Lecz gdy się Żenia znudzi napitkiem i jadłem,
musi do greckich mitów dopisać epilog.
Na bezrybiu
zachód wart chwili poskładanej z resztek
ciepłej wilgoci migającej łuską
jeziora jednak potrzebny był refleks
by krótki moment na rzęsie nie umknął
spławik uciekał przed własnym odbiciem
kręcił się w kółko i pisał pośpiesznie
zdziwione zera więc jakiś być musiał
haczyk ukryty pod gładką powierzchnią
stanął okoniem i przelotnie błysnął
moment triumfu lecz nie dał się złapać
na stary numer teraz znowu wszystko
trzeba powtórzyć i zalać robaka
Saficko i prawie dramatycznie
Jewgienij Piurnonsensowicz
Piurnonsensowicz w chandrze dziś się słania:
dusza go świerzbi, czarne myśli cisną
w areszcie ciała i w klatce mieszkania
z weną kapryśną.
Ach! Gdyby kiedyś tak wyrosły Loli
skrzydła Pegaza, duszę w pakt, by oddał!
Cóż, jej doczesna powłoka znać, woli
przyrastać w biodrach.
Popił co nieco, więc czas jakoś płynie,
ale niemrawo i czuje się prawie,
jak stary kapsel po najtańszym winie
już po zabawie.
Bo nawet miłość zda się mało warta.
Pewnie i na nią Żenia jest za stary,
gdy nie kochanki zmienia raz na kwartał
lecz okulary.
Lecz wtedy Muza z Lolą i Pegazem
przychodzą z wódką. Jest kompania cała.
Nie skapcaniejesz, gdy będziemy razem.
Takiego wała!
Było wesoło. Dzwonili sąsiedzi.
Wszędzie butelki. Widoczek nieładny.
A wczesnym rankiem wszystkich kac nawiedził
w zastępstwie chandry.
Nieoczekiwany powrót Jewgienija
Jewgienij Piurnonsensowicz
Gdzie bywał, nie wie nawet największy
jasnowidz z knajpy „Pod Jesionami”.
Ale i on się szczerze ucieszył
na widok Żeni. Personel zamilkł.
Klient był dziarski, choć wczesna pora,
zamówił setkę pod śledzie w occie.
Wypił i krzyknął: a gdzie jest Lola?!
Zaraz mi tutaj Lolę zaproście!
Loli nie trzeba prosić, bo przyszła
mając przeczucie i katzenjammer.
Bardzo wzruszona, rzecz oczywista,
szybko wybrała dania te same.
Spojrzał jej w oczy bardzo głęboko
przez szkło szklaneczki z bezbarwnym płynem:
będę przy tobie, moja opoko,
choć twoje wiersze chętnie ominę.
Nie pytaj, proszę, gdziem bywał latem,
bo najważniejszy jest w sztuce finał.
Ty, ja i Muza – razem. A zatem,
będziemy wspólnie flaszki zaczynać.
Pewnie też kończyć, jeśli sił starczy
i boskiej weny, gdy przyjdzie pora:
pod stołu tarczą albo na tarczy,
niwę najczystszej sztuki poorać.
Pegaz wychylił się spod obrusa
próbując ustać, lecz nadaremnie:
trzeba, kochani, do boju ruszać,
ale się nie da przecież, beze mnie.
Bowiem poetą może być nawet,
ten, kto nie pisze. Słowo najszczersze!
Czas więc najwyższy zacząć zabawę!
Wypijmy toast. Niech sczezną wiersze!
Umarlisko
Olchy stały zatrute oddechem mokradeł,
lepki pot pokrył korę i wiotkie gałęzie.
Lis przemknął bezszelestnie sobie znanym śladem,
który znajdą zwierzęta lecz człowiek nie przejdzie.
Cisza wolno opadła w półprzejrzystej bieli
chłodnej mgły czekającej przybycia przedwiośnia.
Ale było za późno, by las się odmienił.
Zbyt długo był ze śmiercią, żeby z martwych powstać.
Chociaż długie korzenie ciągle piły wodę,
zimne soki płukały katakumby tkanek.
Słupy pni się schyliły, jakby chciały odejść
Znad gnijących trzęsawisk i ruszyć w nieznane.
Uroczysko po zimie zmieniło się w cmentarz,
Mech otulił szkielety we wstęgach powojów.
Dusza miejsca, do raju dobrych drzew uciekła,
a truchła będą trwały, jak umarły – stojąc.
Czego nie dopowiemy
Mokre jodły schodziły gromadą po zboczu
w ciemniejącą sekretność śpiącego wąwozu.
Przeszła burza, więc ciągle można było poczuć
chłodną świeżość powietrza i ożywczy ozon.
Drobne krople zadrżały na jedwabnych niciach
koronkowych pajęczyn i włosów czarownic,
zgubionych duszną nocą, kiedy księżyc wisiał
nad lasem pełnym głosów zakazanych modlitw.
Czego nie powiedziano, wyznało spojrzenie.
Co zostało zagadką, wytłumaczył dotyk,
budząc iskry pod skórą, tajemną alchemię,
czynioną jasną nocą, wśród parnej wilgoci.
Kiedy szliśmy z powrotem, przez parawan liści
błysnęło czujne oko, trzasnęła gałązka.
Czuliśmy za plecami oddech sił nieczystych,
które każą zawracać i na zawsze zostać.
Ścieżka biegła pod górę, lecz czar nie chciał znikać.
Skazał nas na czekanie nadejścia kolejnych,
ciepłych nocy wśród woni jeżyn i krwawnika,
w dolinie srebrnej ciszy, by dopełnić pełni.
Ballada o starej miotle
Dogorywa pod płotem jak stara żebraczka.
Oparła o sztachety sterany kręgosłup,
obojętna na przyszłość i wyroki losu,
oczekuje ciemności, bo wieczór już nastał.
Czarcie skry tlą się jeszcze w pęku suchych rózeg,
ściętych kiedyś z wikliny, gdzie harcują diabły.
Lecz dziecięce wspomnienia w zamieciach przepadły
ze śniegiem lat minionych i z przydrożnym kurzem.
Pamięta młode twarze roześmianych dziewcząt,
kiedy liście żółciły przed wiejską świetlicą.
Tańczyła w takt muzyki. Teraz wrony krzyczą,
a kościelne staruszki zatańczyć nie zechcą.
Bywały dni bezczynne, tygodnie odłogu,
gdy rzucona w kąt sieni obok młodszej siostry,
wygarniała jej prawdy o świecie dorosłych
i marzyła o słońcu nad rozgrzaną drogą.
Spracowany pamiętnik postrzępionej kiecki
opowiada o domach i twardych klepiskach,
bo odejdzie w tej samej, w której na świat przyszła.
W innym, pewnie jej dadzą także strój nie lepszy.
Wie, że wkrótce nastanie noc z księżycem w pełni.
Po gwiazdach zejdzie na dół czarnooka wiedźma.
Wtedy swoją zagrodę na zawsze pożegna
i odlecą, gdzie cichy horyzont się czerni.
Biesiadna strofa saficka
Nadobne Panie! Zacni Waszmościowe!
Sarmackie dusze, chociaż bez kontusza.
Czas już najwyższy, tyle tylko powiem:
do stołu ruszać.
Polejmy szczerze, bo wieczór już bliski
i noc przed nami. Miły nektar leci
do dużych szklanic, albowiem kieliszki
dobre dla dzieci.
Przy trunku zniknie niechęć i uraza,
chociaż zaszkodzić może wódka czysta;
lecz przecież Cygan powiesić się kazał
dla towarzystwa.
Kto jest osłabły, wszak znacie te rzeczy;
gdyby mamrotał albo i się słaniał,
tego z niemocy toastem wyleczy
dobra kompania.
Świat z każdą chwilą bardziej kolorowy.
Sąsiad już śpiewa, inny mówi wierszem.
A oko błądzi, bowiem białogłowy
coraz piękniejsze.
Kac nam nie straszny; zresztą, przyjdzie jutro.
Zatem siadajcie, bo każdy się nada.
Ucieszmy serca, na pohybel smutkom!
Vivat biesiada!
Ballada o ciarkach
Ballady
Obleczony w całun bluszczu zapuszczony cmentarz milczał.
Tłusty puszczyk zachichotał w tujach, jakby był na haju.
Ale co tak trze się w trawie, nie zapytasz tu tubylca;
Gdy się prószy pył księżyca, włosy w uszach dęba stają.
Nagle we mgle obła zjawa wpełzła na kaplicy okap,
Aż dreszcz przeszedł w poprzek krzyża, a strach w przykry pot się skroplił.
Martwy chrust zatrzeszczał w mroku albo szkielet zaklekotał;
Nogi drżały porażone, grzbiet zesztywniał całkiem mokry.
Niemy anioł z alabastru skrzepłe skrzydła wolno otwarł
I pofrunął na zgrabiały konar grabu nad grobami.
Zbladły lica marmurowym śniętym świętym na głos poczwar
Dochodzący z głębi czerni; nawet wartki wicher zamilkł.
Przybywały ciarki znikąd, rozsypały się na plecach;
Duchy dwa lub duchów hufiec hucznie hulał po alejach.
Zazgrzytały żuchwy czaszek, aż z grobowców gruz poleciał.
Tylko wampir smętnie mamlał, bo nic od miesiąca nie jadł.
Lęk jak mrówki wciąż się mnożył, od goleni i od kolan
Sięgał aż do czubka głowy po kapelusz z czaplim piórem.
Było wybrać dłuższą drogę i do domu gnać przez pola
Zamiast skrótem, bo tu możesz zmorze i upiorom ulec.
Gdy uciekasz pot ci cieknie, coś ze ścieżki ściąga w ciemność,
W ciszy słyszysz tętent tętna, gdyś w galopie już pod bramą.
Kiedy znajdziesz się za płotem, woń poczujesz nieprzyjemną,
Bowiem ciarki masz pod skórą. Dobrze im tam, więc zostaną.
Ballada o lipcowej zachciewajce
Ballady
Przyleciała latawica z podkasaną niecnie kiecką.
Wyszczerzyła białe zęby, pewna że pod słońcem lata
nawet serca sennych dziadków jak lipowy miód wymiękną,
którzy dla niej pod altanę w zdrożnych myślach będą wracać.
Popłynęło allegretto pszczelich brzęczeń o upale,
kiedy porzeczkowe łąki z trudem brały ciężki oddech
w kiście płuc różowych sokiem, którym ciągle brakowało
zwykłej chęci do istnienia i nie mogły już się podnieść.
Brakowało sił do do życia obwieszonym wiciom wierzby.
Nawet pies przy budzie poległ i zaniechał wojny z pchłami,
kiedy panna łaskotała, pod pachami i gdzieniegdzie
młodych chłopców i dziewczęta, ostre słońce mając za nic.
Winna temu zalotnica fruwająca w puchu mlecza,
ozdobiona bielą sukni przedpołudnia parnych godzin.
Nawet nie wiesz, gdy chłód rosy nad jęczmienne pole wzleciał,
żeby szukać chmur za lasem, które burze będą rodzić.
Zostań ze mną. Pozbieramy każdy kłaczek lotnych nasion,
wszystek kurz piaszczystej drogi, nikły cień wyschniętych krzewów,
żeby zasnąć odurzeni ciszą nieba, poza czasem,
za dziewanny chwiejnym masztem i pachnącą latem miedzą.
Razem
Gęstą siatkę na oknie obsiadły komary,
zwabione aromatem wina, krwi i potu.
Każde twoje dotknięcie budziło niepokój.
Zapadał zmierzch przed deszczem, wilgotny i szary.
Po mapie gładkiej skóry, niewidzialną ścieżką,
weszliśmy do krainy odkrywanych doznań.
W kakofonii oddechów nie mogłem rozpoznać,
czy szeptałaś półsennie, czy musiałaś westchnąć.
Ciepły deszcz ukołysał rozbudzony ogród.
Potem, cisza przyniosła zapach ziół i liści.
Wiem, że gwiazdy zabłysną, niebo się oczyści,
gdy zaśniemy. To samo się przyśni obojgu.
Ballada o wiejskiej tablicy ogłoszeń
Stoi, gdzie wicher gna dziurawą drogą,
ganiając słomę i co się nawinie,
a psom się zdarza szczekający ogon.
W zapadłej gminie.
Niesforne łaty wypłowiałych kartek,
są jak motyle żywcem przyszpilone:
dwa nekrologi, zebranie o czwartej,
odstąpię bronę.
Wiejska poetka przychodzi raz po raz.
Lśniącą pinezką przytwierdza sonety.
Miejscowa Safo, nieszczęścia półtora.
Sama, niestety.
Czyta je święty z kapliczki przy sklepie,
czytują muchy, kiedy tylko mogą.
Czasem się kundel jakiś przytelepie
z kulawą nogą.
A ona pisze, pióro w dłoni błyska.
Choć dusza boli, lecz oczy ma suche.
Dawno przywykła, że tutaj ludziska
ubodzy duchem.
Wciąż mocno wierzy, że chwila nastanie,
gdy nieznajomy przypnie kartkę nową.
Wcale nie czeka na długie wyznanie.
Wystarczy słowo.
Jewgienijowe sztuczki
Jewgienij Piurnonsensowicz
Oto jest puchar Czarci Fikołek,
Który podąży za swoim panem
Nawet gdy opój zaśnie pod stołem
W ciężkich oparach twardo jak kamień.
Mamy i napój tłoczony nocą,
W blasku księżyca, gdy srebrna pełnia.
Do takich trunków Żenia ma pociąg,
Bo w nich jest ogień i moc piekielna.
Wszystko magiczne tego wieczora.
A obok Lola jak czarownica,
Mocno pijana, prawie jak wczoraj,
Ochryple krzyczy: króliczek kica!
Może to królik, a może myszka,
Albo miesiąca poświata biała.
Fakt, że jest nastrój, gdy północ bliska,
Więc dla poety klimat, jak znalazł.
Lecz to iluzja, bo kłamią oczy.
Prawda jak zwykle pośrodku leży:
Kubek do ręki sznurkiem przytroczył,
W szopie napędził bimbru z obierzyn.
Mistyfikacja! Granda i ściema!
Choć kto zna Żenię pewnie już przywykł,
Że on z banału zrobi poemat,
Jedynie bimber zawsze prawdziwy.
Ballada na ciągu
Ballady i niuanse
Za oknami świt figluje w iskrach blach cynkowych rynien.
Wszędzie smród wczorajszej wódki. W ustach metaliczny posmak
Razem z łykiem piwa na czczo, powolutku gardłem spłynie
I pozwoli krótką chwilę w niezwyczajnym świecie zostać.
Na śniadanie wino z chlebem, wyniesione z dolnej półki
Ponad parter blokowiska na wyżynę swojskiej niszy.
Przy pieczywie sprzed tygodnia jabol się jak olej żółci
Mocno grzejąc ciepłem słońca, które coraz wyżej wisi.
Wywołują się obrazki pite w rytmie przy trzech czwartych
Przez oktawę dni płukanych deszczem z dziurawego nieba.
Nie potrafię nic poskładać, a urżnięty święty Marcin
Nieobecny śpi gdzieś w niebie, bo swój płaszcz za flaszkę sprzedał.
Miły banknot zaszeleścił, więc nie trzeba będzie pościć.
Pewnie właśnie otwierają bary i wódczane sklepy;
Ruszam w drogę, porzucając szóste piętro samotności,
Żeby w knajpie do wieczora cały świat na nowo zlepić.
Ballada na krzywy ryj
Wyblaknął napis na szyldzie gospody Pod Krzywym Ryjem,
Lecz w oknach palą się światła, chociaż to pewnie złudzenie;
Bo na bezludziu tak zawsze: niebo i pola – niczyje,
Zwidy chodzą samopas, bies siedzi pod każdym kamieniem.
Przysiadła przy krętej drodze, od dawna nieuczęszczanej;
Wszędzie rosną łopiany i dzikie porzeczki się plenią.
Każdy, kto tam zagląda, niech przyjmie ostatni sakrament
I weźmie głęboki oddech, nim ruszy ponurą sienią.
Przy stole szkielet gra w kości, gdyż dawno przegrał już resztę,
Drewniany kufel się rozpadł, stoczony przez głodne korniki.
Dynda beztroski wisielec i za nic płacić tu nie chce,
Strzyga po cichu coś spija, lecz nie podzieli się z nikim.
Stuletni bigos wciąż w garze na piecu zimnym jak truposz,
W pękatych butlach za ladą kipi spleśniałe Bóg Wie Co,
Jeśli skosztujesz troszeczkę, umrzesz szybciutko i głupio.
Trunki tutaj dla zmarłych, dla żywych - nie znajdziesz ze świecą,
Duchy przychodzą się napić, lecz każdy chciałby za darmo.
Niektóre dostają kielicha, nim kredyt zemrze jak one.
Najwięcej golców, więc chlipią i wspomnieniami się karmią
O smaku beczkowych śledzi, podlanych fest, samogonem.
Może choć ja krtań odświeżę za potępieńczą balladę,
Mimo że sensu w niej nie ma i bujdy są to ostatnie.
Choć z wierszowanych linijek nie sączy się morał żaden,
Nadstawię jednak swój kubek, to może mi się coś skapnie.
Ballada o zakochanym w kasjerce z marketu.
Ballady i niuanse
To nie jest balkon Julietty i nie Werona lecz market,
Ale gdy chodzę codziennie pośród uliczek regałów,
Pachną prawdziwe cyprysy i nic już nie jest zwyczajne,
Gdy jarzeniówki nade mną majowy koncert zagrają.
Gna tarantella bez końca, w barwnym pochodzie nalepek,
W jaskrawym tłumie butelek, tubek, słoików i paczek.
Cała czarowna kraina ożywa w tym jednym sklepie,
Gdzie gwiazdy patrzą z afiszów, chociaż z nich żadna nie płacze.
Rozpoznam cię pośród wielu, bo jesteś całkiem odmienna.
Czarne oczy i włosy, dostałaś z dalekiej Italii.
Po mamie śpiewną masz mowę i urok, który wypełnia
Ciało i młodą duszę. To wszystko rodzice ci dali.
Jest przecież jeszcze rzecz inna, iskierka ofiarowana
Przez duchy dawnych kochanków. Może ich wcale nie było,
A los przewrotny, jak zwykle, przeznaczył ich role dla nas.
Ciebie posadził przy kasie, a mnie dał talon na miłość.
Podchodzę bardzo powoli, by dłużej widzieć twój profil,
W koszyku mam parę rzeczy, bo znowu kupię cokolwiek.
I kiedy jestem tak blisko, zanurzam się w piękne oczy.
Szybko rzucasz – dziękuję. Nie patrzysz – zapraszam ponownie.
Ballada o starej stodole
Gruba wierzba i topole podpierają ciemne ściany;
Diabły robią skrzypce z desek, które grają po czarciemu.
Koncertują w jasne noce, kiedy księżyc jest pijany
I z czerwoną, chłopską gębą, podpatruje bladą Wenus.
Krzywe wrota odfruwają i machając parą skrzydeł,
Sypią z piór żywiczne drzazgi, poskrzypują pod chmurami.
Ale Bóg śpi jak zabity, bo mu z ludźmi ciężko idzie;
Aniołowie ani mrugną, żaden Go nie zbudzi za nic.
Każdej nocy, dziury w dachu pełne gorejących ślepiów:
Słychać jęki i szuranie, cwałowanie po klepisku.
Goście z piekła w błędnych ogniach grzeszne dusze wolno pieką.
Widać, że im się podoba, a do domu mają blisko.
Ciemność siedzi pod krokwiami. Zanurzone w gęstym cieniu,
Nieruchomo wiszą grona klanu sennych nietoperzy.
Czasem małe oczko błyśnie, lśniące jak fałszywy pieniądz,
Bowiem czary tu się dzieją, w które trudno jest uwierzyć.
Bo gdzie Zły wymościł leże wszystko może się przydarzyć.
Sokół kołem śmiga obok, nawet żaby i zaskrońce
Nie bywają w okolicy. Tylko szczury mają azyl
W dusznym smrodzie matecznika i robactwo pełzające.
Gdy się znajdziesz przed wieczorem, malowanym pędzlem sierpnia,
Na bezludziu za osadą, pełnym cierni, traw i ostów;
Będzie ciągnąć cię w to miejsce dziwna siła, moc piekielna.
Ty idź dalej. Nie przystawaj. Szybko omiń je, po prostu.
Ballada o porannym śpiewie ptasząt nad kostnicą
Ballady
Chłód przeciągał mgielne łachy po parkingu przed szpitalem,
Wilgoć wdarła się za kraty okien budyneczku obok.
Ale wewnątrz, w mlecznym świetle, martwa cisza trwała dalej;
Zesztywniali lokatorzy przecież przerwać jej nie mogą.
Jarzeniówka w korytarzu filuternie zamrugała,
Na znak, żeby nie traktować nazbyt serio krótkiej roli
W filmie, który dla statysty może się zakończyć zaraz.
Zatem, każde miejsce dobre, żeby trochę poswawolić.
Za oknami wczesne ptaszki rozpoczęły zwykły świergot,
Wybijając szybkim rytmem na blaszanych parapetach
Roztańczoną żwawo rumbę albo sambę tak bezczelną,
Że pobladły nawet chmury, oburzone na ten nietakt.
Nie o sprawach ostatecznych, lecz o gniazdach i jajeczkach,
Wyśpiewywał wniebogłosy barwny chór pierzastych stworzeń.
Lecz to zmarłym obojętne, jak i świata cała reszta,
Bowiem ciał na twardych stołach nic poruszyć już nie może.
Podjechały ambulansy i wrzask za oknami zamilkł.
Spod przykrótkich prześcieradeł, w szyku na ostatnią drogę,
Wystawały sine nogi i karteczki z numerami
Długiej listy kolejkowej na rozmowę z panem Bogiem.
Ballada dla starego Paryża
Żebraczyna z marną zdzirą, biedę na polepie klepie.
Zimą przyjdzie żreć trociny, jeśli jeszcze będzie jutro.
Gdy ukradnie rajcy grosik, to mu drugą ręką utną;
Gdyby zechciał zbożnie pożyć, nigdy mu nie będzie lepiej.
Cień katedry, szubieniczny - nad dachami jak przestroga.
Tylko lilie na chorągwiach śnieżnie pod nim Stwórcę chwalą,
bowiem mrowie miejskich chwastów porzuciło już dekalog
I korzenie zapuściło w grząską ziemię dawnych pogan.
Nocą tłoczno pod mostami, słychać jęki i sapanie;
Czasem suchy kaszel przerwie dziki gwar lubieżnych wyznań.
Idzie stamtąd ciężki odór– zapach potu i zgnilizna:
Złoty czas dla tłustych dziwek zawsze kończy się nad ranem.
Ale kogo to obchodzi, co się dzieje na dnie świata?
Zamącone fale rzeki cicho nucą karmaniolę;
Księżycowe światło płynie jak wylany z kadzi olej.
Młode gwiazdy na ich grzbietach uczą się niezdarnie latać.
Krzywe domy jak omułki obrastają brzegi ściegiem,
Z dala iskrzą się latarnie śpiących łodzi oraz barek.
Lepiej z takim się nie spotkać, który w szynku przebrał miarę,
Bowiem zniknął bezpowrotnie w ciemnych miejscach już niejeden.
Przyjdzie świt, by lekką ręką mgłę z uliczek wolno zgarniać,
Chłodny wiatr na suchych ustach pozostawi mokry osad.
Będzie słychać jak chodnikiem biegnie jakaś postać bosa
Z pierwszym słońcem na ramionach. To jutrzenka lub Marianna.
Liryka wodnika
Na szczerbatych kłach płotu porośniętych pleśnią
wieszały się godziny utaplane w błocie.
Wodnik wylazł ze stawu i żałośnie westchnął.
A dlaczego markotny, nietrudno jest dociec.,
Parę kropel spłynęło spod błoniastych powiek,
z kaftana strącił żabę i rzęsę zieloną,
bo rzęsa ani żaba przecież nie odpowie
dlaczego w samotności przychodzi mu tonąć..
W okolicy posucha, chociaż pełno bagien
lecz próżno szukać dobrze podmokłych topielic.
Od dawna nie wypłynął tutaj babsztyl żaden,
nawet wiedźmę z moczarów dawno diabli wzięli.
Wciąż czeka na okazję , choć nadzieja słaba.
Nadstawia śliskie uszy i wytęża oczy:
może wreszcie się trafi odpowiednia baba,
którą można by wyżąć albo tęgo zmoczyć.
Nie chodź sama na deszczu, panno z mokrą głową,
bo pogrąży cię w bagnie podejrzany amant
i zostaniesz na zawsze panią Wodnikową.
Z żabą, rzęsą zieloną – na wieki zalana.
Lutowy trójkącik
Jewgienij Piurnonsensowicz
Znowu chłodny poranek i kawa zbyt słodka,
bo Żenia się zadumał, kiedy sypał cukier.
Chciałby chociaż na krótko, swoją muzę spotkać
i za jednym zamachem dwie pieczenie upiec.
Pokochać się i tworzyć. Tworzyć i się kochać.
A tu co? Pusta flacha. Pegaz na odwyku.
Tylko dusza łka w piersiach. Wokół smętna wiocha
wyprana z romantyzmu, więc ratunku – znikąd.
Niechby przyszła choć Lola, wstawiona jak trzeba,
w kapeluszu z woalką i powiewem wiosny
lawendowym. Szepcząca: znowu jestem. Przebacz.
Napiszemy poemat tylko dla dorosłych.
Takie życie. Wyssane zapasy z bufetu,
wypite naleweczki, a piwniczka pusta.
Jewgienij czochra włosy i wciąż myśli gdzie tu
nie staczając się na dno, godnie zwilżyć usta.
Wywołana marzeniem, zjawiła się Lola
z sakwą pełną wierszydeł. Lecz jest i jarzębiak.
Będzie więc całowanie. No i można polać
do starych musztardówek, by poezję zgłębiać.
Przyfrunęła Erato we mgle wódeczności.
Spragniona, przecierała oczy niewyspane,
bo Parnas jej nie służył, woli tutaj gościć,
z Jewgienijem i Lolą w lutowy poranek.
Uwierzysz gdy przystaniesz
Uwierzysz w szepty rozmów rozpostartych dłoni
klonowych liści o tym, jak dojrzewa ziarno
na polach pochylonej pszenicy po deszczu,
idącym przez równinę powoli jak siewca.
Gdy obok trwa muzyka, której nie zapomnisz,
wsłuchujesz się w toccatę płynnie jednostajną,
bo życie tylko chwilą, a wieczność jest resztą;
więc prosisz żeby twórca nigdy grać nie przestał.
Zobaczysz jak tańcuje nastroszony orkisz
wygnany na ugory, gdzie wiatr nieprzytomny
układa swój kancjonał przez cały dzień boży;
wtedy musisz przystanąć, żeby nuty schwytać.
Uwierzysz, kiedy ujrzysz czerwone paciorki
dojrzałej jarzębiny obok belladonny;
nim zima się przytoczy, listopad z nich złoży
różaniec, posrebrzony przy pełni księżyca.
Na deser
Drzewa pachną na wiosnę jak schłodzony deser
podany ciut za wcześnie, ale właśnie teraz
smakuje obietnicą nadchodzących godzin.
Słuchamy, gdy nad polem opowieść się niesie
przez bruzdy ciemnych rowów, gdzie woda przybiera
i oddaje się ziemi, która będzie rodzić.
Maj należy jeść na czczo przymknąwszy powieki:
łakomie, bez umiaru, przecież nam nie szkodzi
nawet księżyc na zimno wiszący wysoko.
Rozkwitniemy ogrodem, jeszcze czas daleki
śnieżnej bieli. Wsiądziemy do zielonej łodzi,
by popłynąć przed siebie i nieważne dokąd.
Marcowe largo
Koty wcześnie zaczęły marcowy karnawał
rozwrzeszczanym koncertem na blaszanych kubłach;
ale księżyc nie przyszedł, bo widocznie uznał,
że najpierw stare gwiazdy musi ponaprawiać.
Pozostał za chmurami, kiedy w ciemnych bramach
palili papierosy mętni melomani.
Zbudzeni przed północą i ciągle pijani,
tworzyli w brudnych myślach knajacki almanach.
Wiosna przyszła z Południa. Już cuchnie jak w bagnie.
Wkrótce pleśnią zakwitną pnie cherlawych drzewek;
odżyje płatna miłość. Lecz nikt tego nie wie,
czy w złodziejskiej dzielnicy ktoś serce ukradnie.
Pomiaukują kocury. Echem wraca refren,
ożywa szachownica zapalanych świateł
na wielkiej ścianie bloku. Nocnym poematem,
który, z dniem pełnym deszczu, chłodny ranek zepnie.
Małe dni
Mróz coś pisze na szybie do odległej wiosny,
z wielkiej nudy - wie przecież, list nie dojdzie w marcu.
Słabe słońce przyświeca znad sopli stu palców
uczepionych do rynien, bo z blachą się zrosły.
Czasem wiatr zagra parę szopenowskich taktów
na krzywej klawiaturze sczerniałego płotu.
Dla wprawy – żeby nieco romantyzmu poczuć
i pejzaż brudnych bloków cichym pięknem natchnąć.
Na próżno. Dni się rodzą nieodmiennie martwe,
a biel śniegu zbyt szybko zamiera pod sadzą.
Cienie czarnych topoli pokotem się kładą;
niedługo je pochłonie długiej nocy gardziel.
Tylko wtedy, gdy w górze ciemności rozprasza
morze gwiazd obleczone w czystą postać światła,
śledząc lot małej iskry, która z nieba spadła,
dojrzymy skrawek Boga przez oko Judasza.
Powrót Jewgienija
Jewgienij Piurnonsensowicz
Jewgienij wraca do domu
z długiej i ciężkiej podróży.
Gdzie był, nie powie nikomu,
choć jeszcze ze łba się kurzy.
Lola do piersi przygarnie,
a pierś u Loli obfita.
Biedak wygląda tak marnie,
że o nic, wzruszona, nie pyta.
Erato zrobiła mu szalik
długi jak ogon komety
i nauczyła się palić.
Pić już umiała, niestety.
Wejdą powoli na ganek,
gdzie Pegaz iska się z fraszek.
Konisko wiecznie pijane,
rży: zdrowie wasze i nasze!
Lecz zaszła zmiana niewielka:
samogon zniknął, połknięty.
Zniknęło wino w butelkach.
Wszystko, co miało procenty.
Jewgienij wyjął z plecaka
blaszane bańki i wężyk,
powiedział: prawda jest taka,
poezja biedę zwycięży!
Stwórzmy bimbrzany poemat!
Niechaj z wężyka płyn ciurka!
Nic, że gorzałki dziś nie ma,
gdy jest aparat i rurka!
Rżał Pegaz: wódki i owsa!
Wielki Jewgienij, niech żyje!
Jak Feniks z zacieru, powstał,
by świat mógł dać sobie w szyję.
Korzenie
Kto dał im giętkie ciało i twardość kamienia
wie tylko skóra ziemi pachnąca po orce
i niezmiennie milczący wieczorny ocean
nieba, gdzie być powinien, wszystkich rzeczy ojciec.
Niewidoczne dla oczu przechodzących istot
splatają się misternie w kolejny hieroglif
labiryntu litanii z prośbami, by przyszło
nowe życie ze źródła krzewiących się modlitw.
Poskręcane i stare, pełzną na powierzchnię,
zastygając rzeźbami wykutymi w ogniu.
Nieśmiertelne, bo przecież były znacznie wcześniej;
zanim pierwszy dzień nastał, a z nim wyrósł ogród.
Czytanie zapisków z nieudanej wyprawy
Czytałem twój pamiętnik - dziennik okrętowy
z bezowocnej podróży do nieznanej ziemi.
Opowiadasz, że słońce nie chciało zachodzić
nad sinymi łąkami kwitnącego morza.
Wypalało na plecach równikowe piętno
przemywane kroplami bardzo gorzkiej wody,
strącanej z lekkich skrzydeł niedostępnych ptaków
kołysanych oddechem wiatru od Północy.
Trzymałeś kurs na białe pola brzegu mapy,
tam, gdzie mogło być wszystko o czym pomyślałeś;
ale z każdą godziną pełną niepewności
ścieżka drogi do domu stawała się dłuższa
znaczona torem piany za wyniosłą rufą.
Pod niebem wypłowiałym i całkiem podobnym
do sztywnego od soli żaglowego płótna
rozpływała się przeszłość. Przyszłość się zgubiła.
Nie zgadzały się daty, pory dnia i roku.
Coraz częściej słyszałeś donośne wołanie
o człowieku za burtą, chociaż nie wiedziałeś
czy znad ciemnej krawędzi nie wołają ciebie.
Wróciłeś pokonany i długą relację
spisywałeś nocami na szorstkim papierze
barczystym lasem liter języka żeglarzy.
Wszystkie były solidne i proste jak maszty,
bowiem prawda jest taka jak ją spamiętałeś,
gdy ty, zapamiętany - istniejesz naprawdę.