Wysłany: 2017-01-19, 09:00 Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2016 r.
Spad
zleżałe jabłko
chłodne i zmarszczone
zgubiło drzewo z którego wyrosło
i zmienne niebo patrzące przez palce
gotowej rodzić matczynej gałęzi
wszystko przepadło
zerwała z jabłonią
a dla owoców nowych nie jest siostrą
może więc na nie z oddalenia patrzeć
jak pozwalają się wśród liści więzić
kiedy je urwą
trudno przyjdzie pojąć
zawiłe znaki niepewnej przyszłości
albo opadną nocą niespokojną
poczuć swobodę i na trawie umrzeć
wtedy za późno
tęsknić za niewolą
słodkiego życia zawsze sytych roślin
żeby samotnie trawić swoją wolność
w bezlistnym świecie jak w lodowej tundrze
Wietrzno
Księżyc błyszczał, krążek mały,
jak medalik z Matką Boską;
nierozumne psy szczekały,
a ich swary echo niosło.
W takie noce zasnąć trudniej,
kiedy wiatr i wiejskie diabły
topią liście w ciemnej studni,
które z białym szronem spadły.
Oczy nie chcą się domykać,
zdrzemnąć już się nie potrafię,
kiedy głośno gra muzyka
na piszczelach krzywych sztachet.
Zaprę drzwi dębową deską
i mosiężnym kluczem zamknę,
nim się cienie zjawić zechcą,
zanim ktoś naciśnie klamkę.
Od sypialni poszedł powiew
chłodnej ciszy i lawendy.
Wlazł do sieni zwierzoczłowiek,
ale nie wie nikt, którędy.
Teraz nie da mi już zasnąć,
kiedy wśliznął się po cichu.
Będzie kusił aż do brzasku,
jęcząc pod krokwiami strychu.
Przyjdzie czuwać tak bezsennie,
a jesienią ciemno dłużej,
aż świt czarci urok zdejmie
i w listopad się zanurzę.
Komedia dell'arte z życia prowincji
Przybito pieczęć na bruk targowiska,
gdy roztrzaskany arbuz się wykrwawiał,
jak wróg zabity w grze komputerowej.
Radio bujało na przymrozka iskrach
sambę z Brazylii, jakby był karnawał,
choć trudno liczyć, że ktoś da się ponieść.
Nie myśli o tym blada Kolombina,
kiedy sprzedaje karpie i beczkowe
śledzie, więc chucha w przemarznięte dłonie.
Gdy nie ma męża, chętnie się wypina,
gdyż Poliszynel to ostatni człowiek,
który usłyszy całą prawdę o niej.
Dzisiaj są wszyscy: Pierrot i Arlekin,
nawet Kapitan siedzi w radiowozie
i śledzi muchę, ostatnią w tym roku.
Wicher cwałuje miasteczku naprzeciw,
a jutro pewnie będzie jeszcze gorzej;
może zostanie chociaż święty spokój.
Czekają ciszy, kiedy ciemne okna
wypełni zorza żarówek oszczędnych,
do późnej nocy, by zgasnąć nad ranem.
Każdy przechodzień bez trudu rozpozna
znajome sceny ogranej komedii
za kotarami pożółkłych firanek.
Dialog z lustrem o ostatnim kwaszonym ogórku
Wprawiony w ruch mechanizm ręki
sprawnie podnosi luby ciężar,
roniący krople, więc wychylę
kolejną dawkę haustem miękkim.
I chociaż jeszcze wciąż zwyciężam,
wiem, że to moje Termopile.
Pomarli kumple od kieliszka,
inni się skryli w mysią dziurę.
Dlatego, zawsze w złą godzinę
chandra bezczelnie mordę wciska.
Za własnym cieniem jak za murem,
niańczę nadzieję, że nie zginę.
Gdy tak samopas się zabawiam,
za oknem płonie świt lub zmierzcha
na sierści chmur gniewnego stada.
Noc idzie, czy dzień lśni na trawach?
Lustro się śmieje. To koleżka,
który zaczyna ze mną gadać.
Zielono błyska słoja walec
z jednym ogórkiem w zawiesinie,
ostatnim z ciżby kwaśnych braci.
Zanim się z krzesła na pysk zwalę,
on razem z wódką w przełyk spłynie,
bo taki jego los sobaczy.
Ale nie będzie egzekucji,
niechaj się dalej moczy. Przecież
kogoś przy sobie dziś mieć muszę,
więc ogóreczku, ze mną uśnij.
Będziemy pływać we wszechświecie,
w gwiezdnej zalewie kisząc dusze.
Burzony dom
Los się odwrócił, potem ludzie
zabrali meble, a zapachy
igraszek kuchni i alkowy,
pochłonął pył gipsowej szadzi.
Ostatnia mysz zdążyła uciec,
żeby się w nowej dziurze zaszyć,
kiedy się nagle dach otworzył
i potwór zaczął wszystko trawić.
Zostały cienie po obrazkach
na płatach poszarpanych tapet
i druty pozrywanych ścięgien
ofiary ucztującej bestii.
Upadną stropy i ostatnia
ściana nad zakurzonym placem.
Lecz on, choć runie nie ulegnie,
bo będzie z nami – bezcielesny.
Czarodzieje
Wprawieni w marszu wytrawni rachmistrze
płyt chodnikowych oraz dni kolejnych,
idą przez miasto bez którego istnieć
żaden nie może, tak jak miasto bez nich.
Już niedaleko do zmierzchu, gdy trafią
na swoją ławkę przy parkowym stawie,
gdzieś między starą Europą i Azją,
w miejsce, gdzie Stwórca nie dotarłby nawet.
Tam, przez lunety wytrąbionych flaszek
będą wyglądać rozgwieżdżonej kogi,
jak wskroś galaktyk płynie ponad czasem
przez mroczne morze i słoneczny ogień.
Kiedy przybije do portu w sitowiu
i rzuci cumy obok łysej wierzby,
dobrze zakończy się nocna opowieść,
bo marynarze wreszcie się znaleźli.
Wrócą w milczeniu na rodzimy pokład.
Wydmą się żagle puszczone swobodnie
w rejsie ku gwiazdom, żeby kogoś spotkać
i cicho znikną jak ostatni oddech.
Błędnica
W szorstkiej trawie ciemniały strużki brudnej wody,
drobne żyłki krwiobiegu parujących trzewi
torfowisk. Przez gęstwinę obumarłych łodyg
nawet światło południa nie mogło się przebić.
Ludzki cień się przesuwał, lekkim krokiem stąpał
po kępach i kolczastych krzewach dzikich malin,
kiedy w dusznym upale śniła nieprzytomna
olszyna, a znużeni wędrowcy też spali.
Obudzą się przed zmierzchem, ale nie odnajdą
krętej ścieżki do domu schowanej wśród liści.
Zostaną więc w tym lesie, kiedy nocą parną
przyjdzie do nich zwodnica i wszystkim się przyśni.
Opowie im dlaczego umarła za wcześnie
i w odludnym ustroniu została na zawsze.
Potem pójdzie do wioski pogrążonej we śnie,
by w czarne oczy okien, aż do rana patrzeć.
Truteń Piurnonsensowicz
Jewgienij Piurnonsensowicz
Wśród malin jurnie bzykał pan trzmiel ze trzmielową
w czas wczasów dla okiennic – raj otwartych okien.
Jewgienij smacznie mlasnął i poruszył głową,
bo niebo miał nad sobą, a flaszkę pod bokiem.
Erato prała gacie i moc kalesonów
uzbieranych przez zimę w obszernym brudniaku,
lecz nie było nikogo, kto by chciał jej pomóc,
bo Żenia wielkodusznie dał jej rolę taką.
W zapachu świeżych mydlin i słonecznej chwili
duch czerwca pływał wokół na świetlistej łódce.
Muza klęła siarczyście, jakiś ptaszek kwilił
na znak, że pełne lato nadejdzie już wkrótce.
Pegaz fruwał nad wierzbą, w pysku z koniczyną
i żołądkiem rozgrzanym krzepkim samogonem.
Siniaka miał pod okiem, bo z pniem się nie minął
po wczorajszej biesiadzie, jeszcze nie skończonej.
Żenia wiedział, że bimber najlepszy na chłody,
a wino truskawkowe tylko dla młodzieży.
Poleży więc leniwie, ma przecież powody,
żeby czekać, gdyż wkrótce będzie miodek świeży.
Przyjdzie Lola z wierszami do całej kompanii,
by nad losem kwiatuszków smętnie się rozczulać.
A on – truteń największy i wiecznie pijany,
zaśnie smacznie w ogrodzie domowego ula.
Śmierć majstra Dżepetto
Zaraz po świcie zrobiło się pusto.
W chłodnym nieładzie wymiętej pościeli,
od rana stygło wysłużone łóżko,
blask popołudnia kredą je pobielił.
Święty obrazek został na stoliku
i napoczęty kartonik morfiny.
Cieśla odpłynął, być może, donikąd,
ze starym świerszczem, który został przy nim.
Drzewom za oknem rosły nosy cieni,
bezczynnie drzemał porzucony warsztat,
gdzie pajac z drewna w mężczyznę się zmienił
i wywędrował, żeby już nie wracać.
Rzucona cuma przewodu kroplówki
w skręcone wióry fal błękitnych włosów.
Bo wszystkie sprawy, z wirem czasu uszły
za kreskę brzegów spełnionego losu.
Kometa
To tylko wieczór, więc bać się nie warto,
kiedy poczujesz nagle chłodny powiew.
Nie pytaj o nic, czując wzrok na karku,
bo echo w mroku i tak nie odpowie.
Nad głową gwiazdy, jak sfery anielskie
spinają tunel śmierci i narodzin.
W otchłannej studni otwierają przejście
do ścieżki, którą jednorożec chodzi.
Na białym grzbiecie panna w aureoli
jasnych warkoczy spiralnych galaktyk
pędzi przed siebie, gdy na dole stoisz
i oniemiały, za jej śladem patrzysz.
Błyszczy na niebie, nim w ciemności zginie
ciągnąc za sobą trenu bujny ogon,
a roziskrzony zodiaku zwierzyniec
cicho podąży nieskończoną drogą.
Tarnina
Zamknięta w sobie, gęstwina tarniny
żywi się kurzem znad piaszczystej drogi
w ciężkiej gorączce poparzonej ziemi.
Splotła ramiona, zajęta swoimi
sprawami marzy, by rozmawiać z Bogiem,
lecz On z nią nigdy słowa nie zamieni.
Wstydzi się cierni ułomnego ciała,
chowa pod liśćmi trujące owoce;
zawsze samotna pośród innych roślin.
Bardzo więc pragnie, żeby ją odnalazł
i wziął do siebie niewidzialny ojciec,
tam, gdzie czekają wszystkie starsze siostry.
Sans souci
Bardzo ostrożnie wtoczyła się kula
słońca i zaraz zrobiło się jasno.
A kiedy ziemię ciepły prąd rozbujał,
wróciły barwy dziewannom i jaskrom.
W cieniu kucnęły, po nocy pobladłe
chude dusznice wypędzone na dwór,
szukając nory, żeby skryć się na dnie
zanim w południe całkiem z sił opadną.
Niemrawy oddech zaspanego wiatru
kolebał pierzem czubów suchych ostów.
Wszystko dokoła wciąż było zagadką
choć dzień popłynął przed siebie beztrosko.
Bo sekret siedział w każdym ostrzu liścia
przydrożnej trawy i w kwitnącej malwie.
Świat się obudził lecz dlaczego istniał
tego poranka pewnie nie odgadnę.
Pierwsza godzina
Z góry opadła nieprzejrzysta płachta
nocy, na grzbiety milczących kamienic.
Miasto pragnęło oblicze odmienić,
gdy nowy pejzaż z ciemności wyrastał.
Cicho mruczały nerwowe neony
w lodowym świetle niebieskich mandorli.
Duchy pijaków odprawiały modły
o szklankę piwa lub łaskę zbawionych.
Rosa zastygła w zimnych oczodołach
zamkniętych okien, słuchając dalekich
nokturnów z marzeń lunatycznej rzeki,
do której wicher przemawiał i wołał.
Lecz ludzie spali przed codzienną pracą,
mając zmęczeniem posklejane oczy,
kiedy nad nimi Wielki Wóz się toczył,
więc dokąd zmierzał - nigdy nie zobaczą.
Wiśniowe wino
Jesteś jak setka wódki z papierosem na czczo,
gdy krew cwałuje w skroniach, lecz film się nie urwie.
Gramy w siebie odważnie, sprawując liturgię,
jakby noc tego lata miała być ostatnią.
Smakuję cię powoli, jak dojrzały owoc,
pachnący sadem sierpnia i rosą na liściach,
który mi przypomina chwilę, kiedy przyszłaś,
gdy na ścieżce przede mną nie było nikogo.
Piękne nasze milczenie, lepsze od rozmowy,
bowiem wszystko, co ważne już powiedzieliśmy,
więc wypijmy szklaneczkę wina z tamtych wiśni,
przyprawioną gwiazdami z chłodem księżycowym.
Czerwona oberża
Stara wiśnia jest ciężarna, lecz zgnieciony owoc
nie pocieknie żywym sokiem, ale rzadkim śluzem.
Wypasione muchy wabi czerwienią surową
i kolorem mięsa w jatce, gdy poleży dłużej.
Wszystkie drzewa w dzikim sadzie dawno sparszywiały,
Po gospodzie nie została nawet jedna deska,
żaden gość się nie pojawi wśród ścian śnieżnobiałych,
choć niejeden w dole z wapnem na zawsze zamieszkał.
Kute klucze nie otworzą już drzwi w naszym świecie
i rdzewieją na dnie stawu, gdzie łom i siekiera
zagrzebane w gęstym mule, gdyż mordercom przecież
niepotrzebne, bo nikogo nie będą otwierać.
Ciszę nocną ogłosiłyły wrony przy śmietniku,
więc gospodarz razem z synem, obaj bezcieleśni,
krążą lekko na paluszkach wśród roju świetlików,
chociaż nie ma kogo zbudzić. Tylko licho nie śpi.
Czarci samogon
Muchy cięły po zadach pasące się krowy,
gdy czart grał na harmoszce, którą zwędził we wsi
i patrzył, gdzie by dobrze od rana się napić,
bo kiedy Ten na górze, świat w pośpiechu tworzył,
nie pomyślał, że można go jeszcze ulepszyć
łykiem krzepkiej siwuchy i kęsem kiełbasy.
Gospoda wciąż zamknięta, więc musi, rad nie rad,
cierpliwie pędzić bimber w tarninie za wioską
z cierpkich, rajskich jabłuszek i dojrzałych malin.
A gdy wszystkie kropelki do dzbana pozbiera,
rozwali się pod miedzą i urżnie beztrosko,
gotowy nawet Stwórcę za dzieło pochwalić.
Czuwanie
W hotelowym pokoju zawsze zimne ściany.
Powietrze ciężkie smrodem trawionej wiśniówki
pozostawił po sobie chłodny dzień. Pijany
od poranka do zmierzchu. Dobrze, że tak krótki.
Spocony bezsennością, owinięty w białą
powłokę cienkiej kołdry, patrzysz na żyrandol
czując, że jesteś trupem wpakowanym w całun,
gdy twoją słabą duszę nocne cienie kradną.
Za oknem krzepnie cisza. Żadnych śladów życia
nie stwierdzono na skrawku gasnącej planety
ogłuszonej ciemnością. Ukryj się i przyczaj,
czekając aż ktoś przyjdzie, żeby świt rozniecić.
Powtórzy się melodia deszczowej pianoli
wygrywana na dachach zamkniętych straganów.
Potem zwykłych czynności dobrze znana kolej.
Zaczną się tak jak zawsze i skończą tak samo.
Ballada o Władku i Kaśce
Wydrzyk drze się wniebogłosy wśród wiązu gałęzi,
bowiem gzi się i uprawia ptasią pornografię,
gdy wiąz trzeszczy pohańbiony i z korzenia pierdzi,
a co jeszcze tam się dzieje, pisać nie potrafię.
Bowiem wiejskie uroczysko, za gminnym pastwiskiem
w chmurze pokrzyw oraz ostów pokryte szczeciną,
kryje sekret, który straszy zagrody pobliskie,
kiedy cienie dusznej nocy po ściernisku płyną.
Oto, dusza Władka Pyry, wiecznie potępiona,
wolnym dryfem się kolebie, nim w mroku rozmaże.
Kreśląc tropu parabole za lotem gawrona,
idzie zapić chłodną nockę w potępieńczym barze.
Oplótł powój fundamenty opuszczonej chaty,
gdzie żył kiedyś z czarną Kaśką namiętnie i grzesznie,
chociaż ona była gruba, a on ciut garbaty.
Razem pili bimber z malin i jedli czereśnie.
Zaprzedali czartu dusze i odtąd plugawce
odprawiały wszeteczności w diabelskiej parafii.
Ale przyszło słono płacić, bo tak bywa zawsze:
ona w studni utonęła, a jego szlag trafił.
Huczą echem strasznych szlochów stare cembrowiny,
kiedy księżyc, wolno krocząc, próbuje policzyć
ile razy w czarnej głębi zabrzmiał głos kasiny
albo Władka ząb zazgrzytał o krawędź szklanicy.
Ruin strzeże Asmodeusz i kudłata Lilith,
każdy listek splugawiony, a ziemia zatruta.
Gdy tam trafisz, nie zostawaj nawet jednej chwili,
bo to miejsce, gdzie odprawia się Pyrów pokuta.
Numerologia
Był późny kwiecień lub wczesny październik
lecz to nieważne, dawno temu wszystkie
barwy pór roku betonowych dzielnic
przestały istnieć.
Zostały domy znaczone cyframi
i obeszczane przez żuli pomniki
nieznanych ludzi, których zimny granit
nie łączy z nikim.
Jaśniej niż za dnia zwykle jest wieczorem,
kiedy się stary makijaż rozświetli
i sypnie farbką reklamowych toreb
na miejski śmietnik.
Przed nocą liczysz iskierki latarni,
jaskółcze gniazda balkonów na bloku;
ale nie zaśniesz, bo pod niebem czarnym
został niepokój.
Constans
Jak słowa, które się nie zmienią,
głos dziecka i ostatni oddech
starca i niebo ponad ziemią,
i dni do siebie wciąż podobne.
Tylko powietrze bardziej zimne,
a ściany mieszkań jeszcze cieńsze.
Wszystko jak dawniej, chociaż inne,
pod szadzią malowaną wierszem.
Tylko zasypiam coraz dłużej
i coraz trudniej jest rozpoznać,
kto zawsze chodzi w swojej skórze,
a kto ukrywa własną postać.
Głupawka
jeżeli teraz jej nie spłoszę
zagra na nitce po urwanym
guziku lub na kocim włosie
albo na bańce wodnej piany
jestem we władzy tej szantrapy
i nie wiem jak mi długo każe
z niemądrą miną tak się gapić
na brudną ścianę jak w obrazek
niech sobie lata bo nie wadzi
rozhultajona humoreska
na ptasich skrzydłach czy owadzich
kiedy nie może fruwać przestać
to nawet miłe więc nie walczę
rozchichotany całkiem szczerze
oddam się próżnej podfruwajce
może ze sobą mnie zabierze
Leśne dziewczęta
Dziewczęta z leśnych osad podczas letniej pełni,
fruwają całkiem nagie na skrzydlatych knurach,
a wplecione we włosy kwiaty polnych maków,
sieją urok miłosny w sposób tak bezczelny,
że księżyc od sromoty czerwony jak burak
żałuje, iż tej nocy wcześniej spacer zaczął.
Dziewczyny ze wsi w lesie znają wszystkie zioła
i potrafią je nazwać prawdziwym imieniem
albo licho wywabić schowane pod progiem.
Ale wolą sny chłopców do siebie przywołać
jak psy i na ich grzbietach na łąkę się przenieść,
żeby we krwi kochanków niecić dziwny ogień.
Bo one są już takie, pachnące piołunem,
że na bożym poletku krótko sieją rutę,
gdy w młodzieńczych ramionach w sianie się położą
i wyszepczą zaklęcie, które każda umie,
żeby na krótką chwilę daleko stąd uciec,
chociaż ciągle śnić będą pod magiczną brzozą.
Nosferatu
Świat wygląda inaczej przez matowy plastik
butelki pluskającej resztką mocnej wódki,
pędzonej chłodną nocą w blaszanym garażu
ręką mistrza alchemii,
ojca wynalazków,
czyniących życie prostszym i uczciwie krótkim,
jak dni, gdy w cieniu bloków szyje płaszcz listopad
z butwiejących papierów i gnijących liści,
spadających pod nogi z gałęzi osiki.
A wszystko się odbywa
po przydługim zmierzchu,
kiedy kubły na śmieci robią się wilgotne
od rosy zabłąkanej z całkiem innej bajki,
gdy w piwnicznych okienkach straszą kocie oczy,
w ciemnościach myląc żywych i zgubione dusze.
Zajęty od wieczora zimny konfesjonał
windy, z dawna nieczynnej i cuchnącej moczem,
nie pojedzie do góry, chociaż wniebowzięte
młode pary w niej szybko dochodzą w parterze.
Czasami w korytarzach drzwi trzaskają głucho
salwami na dobranoc albo na dzień dobry,
zbyt głośno zamykane wieka ciasnych trumien
z upiorami, o których chcesz szybko zapomnieć.
Diabliczka Wodniczka
Gdzie staw o świcie mgli się blado,
a kruki krzyczą ordynarnie
i brzegu wzrokiem nie ogarniesz,
możesz się spotkać ze Szkaradą.
Wszystko umyka od tej pani:
komary, mendy, nawet żmija,
kiedy od rana cięgiem spija
spirytus rektyfikowany.
Czasami koniak. A zagryzka
to cudzoziemskie sery zgniłe.
Już lepiej mieć francuską kiłę,
niźli je wąchać z bardzo bliska.
A ona delektuje obraz
w zwierciadle wody, swego lica.
I całą resztą się zachwyca,
bowiem bestyja jest nadobna.
Gdzie toń wśród szeleszczących leszczyn,
ścieli się mgły upiorny dywan
i gdzie wyrasta sosna krzywa,
rozbrzmiewa kruków krzyk złowieszczy.
Kraczą koszmarną karmaniolę
dla dusz wyschniętych od miłości.
Przeto roztropniej będzie pościć,
więc tę diablicę, bratku, olej.
Na wznak
na leżącego nie zwali się niebo
bo nie dostrzeże go wśród cieni zielska
nawet wysoko kołujący jastrząb
ludzie na drodze także nie dostrzegą
więc nie ma żadnych powodów by przestać
leżeć w ukryciu gdzie inni nie zajrzą
nie ma ochoty ani celu powstać
gdy wszystko ważne dzieje się tak blisko
pod chwiejnym masztem białego krwawnika
za parawanem łopianu i w ostach
gdzie w ślad za rosy zagubioną iskrą
czas plącze ścieżki i jak lis umyka
trawa jest miękka ciepłem dobrej matki
oddycha ziemią i jest wszystko jedno
czy dzień się kończy czy dopiero zacznie
bo pierwszy promień błyszczy jak ostatni
na świeżych liściach hymnem lub elegią
zgodnie kołysząc żyjące i martwe
Żenia na dwudziestego pierwszego marca
Jewgienij Piurnonsensowicz
Kwiecień wściekle pączkował i krzewy rozkrzewiał,
pies sąsiadów zostawiał wszędzie kłębki sierści,
gdy Jewgienij się budził i głęboko ziewał,
kiedy nad czujnym uchem banknot zaszeleścił.
Znał ten dźwięk, jakże rzadki w ostatnim kwartale:
suchy lecz zwiastujący ostre polewanie.
Spojrzał i ujrzał Lolę. Nie zdziwił go wcale,
znany widok, a tylko dziwaczny strój na niej.
Cała była w firankach i kwiatkach z bibuły,
na głowę nałożyła kapelusz z ogrodem.
Widać, że wszystkie baby wiosnę już poczuły
i ciągle biedne myślą, iż są wiecznie młode.
Wstawaj Żenia! Cholero! – rzekła poetessa.
Najwyższy czas się ruszyć i słonko powitać!
Musisz się, stary dziadzie, od łoża odessać,
bo czeka nowe życie oraz okowita.
Poczłapał więc do kuchni, a tam towarzystwo:
Erato mocno wcięta i urżnięty Pegaz,
wypili o poranku, do kropelki – wszystko.
Trzeba było za nowym paliwem pobiegać.
Uwinął się jak trzeba, wydał co do joty
na tanie eliksiry i mocarne ciecze,
uszczknięte z renty Loli, świeżutkie sto złotych,
bo utopić Marzannę, najwyższy czas, przecież.
Pegaz biegał w ogródku, Lola do łazienki,
Erato podfruwała cicho pod sufitem,
a Jewgienij sonety smarował od ręki,
bo poczuł we krwi ogień siły niespożytej.
Czysty duch się unosił, kiedy zanurzeni
w czar zbożowej gorzały, w słonecznych promieniach,
nie myśleli o zimnie, ani o jesieni,
bowiem kiedy jest dobrze, nie warto nic zmieniać.
Targowisko nocą
Pusty plac zastygł, gdy w świetle latarni
zimno błysnęło porzucone jabłko.
Lodowe piętno nadało mu gładkość
i chłód kamienia lub ciała umarłych.
Psy ze schroniska z odległej uliczki
zawyły chórem, bo marzyły wszystkie
o ciepłej budzie i o pełnej misce,
ale wolności nie umiały wyśnić.
Mróz na straganach liczył lśniące sople,
czesał na deskach szorstkie futro szronu.
Wiatr był zajęty, więc nie mógł mu pomóc,
kiedy wymiatał stąd chwile ulotne.
Skostniałe kramy patrzyły zawistnie,
jak łach plastiku podobny do śmiecia,
zerwał się z dachu i szybko odleciał,
ginąc w ciemności, jakby przestał istnieć.
Nocne anioły
Magdzie Krytkowskiej
Jeden w granicie zasnął na nagrobku,
a drugi z twarzą na stoliku w barze.
Trzeci za jakimś kurwiszonem pomknął,
czwarty zaś umarł od nadmiaru marzeń.
Piąty z alergią na blask Mlecznej Drogi
siedzi z szóstymi, których jest trzech naraz,
w starej kotłowni, gdzie buzuje ogień
i o niebiesiech zapomnieć się stara.
Siódmego nie ma i nikt go nie szuka,
choć przy śmietnikach czasami się bielił.
Bo nie on pierwszy spośród braci upadł,
żeby przystąpić do klanu meneli.
Ten po wylewie, pod ósmym numerem
spokojnie leży od paru miesięcy.
Chociaż ma skrzydła, przecież nie na wiele
mu się przydadzą, gdy nie wzleci więcej.
Dziewiąty chrapie, a dziesiąty pierdzi
somnambulicznie na starej ambonie,
wśród barokowych liści i gałęzi,
obok napisu BLISKO ŚWIATA KONIEC.
A jest ich tuzin, bowiem z jedenastym
dzisiaj dwunasty trwa na nocnej zmianie.
Obraca gwiazdy i na Ziemię patrzy,
jak wolno stygnie, i zmienia się w kamień.